Klucz do hossy tkwi w płynności

Marek Wierciszewski
23-06-2010, 00:00

Od ponad półtora miesiąca główne indeksy warszawskiego parkietu znajdują się w krótkoterminowym trendzie spadkowym. W tym czasie na światowe rynki napłynęła spora liczba niepokojących informacji.

Głównym bodźcem do spadków było zaostrzenie się kryzysu zadłużeniowego w gospodarkach peryferyjnych strefy euro oraz pojawienie się obaw o rozprzestrzenienie się zarazy na inne kraje. Rosnące zaniepokojenie kondycją budżetów prowadziło do wzrostu rentowności emitowanych papierów skarbowych. To z kolei powodowało dalsze pogorszenie sytuacji zagrożonych krajów w związku z rosnącymi kosztami obsługi długu i kolejne obawy inwestorów. W ten sposób doszło do nakręcenia spirali obaw i ucieczki od wszystkich ryzykownych aktywów.

Jeżeli wrócimy do początków trwającej od kilkunastu miesięcy fali hossy, to jej źródeł szukać należy w dużej części w zdecydowanej reakcji Rezerwy Federalnej na upadek banku Lehman Brothers. W okresie od upadku banku do końca stycznia 2009 przyrost bazy monetarnej sięgnął poziomu 100 proc., co oznacza, że ilość dolarów w obiegu podwoiła się w ciągu zaledwie stu kilkudziesięciu dni. O tym, jak niespotykane jest to wydarzenie, świadczy to, że nawet w okresie finansowania wysiłku wojennego na przełomie lat 30. i 40. ubiegłego stulecia przyrost bazy monetarnej sięgał "jedynie" 30 proc. w skali roku.

Wprawdzie płynność ta zassana została przez zmuszony do uzupełnienia rezerw chwiejący się sektor bankowy, jednak agregat monetarny M2 i tak rósł między wrześniem a styczniem 2009 r. najszybciej od blisko trzech dekad. Przez następnych 15 miesięcy gospodarka amerykańska odnotowała znaczną poprawę, a SP 500 odrobił całość strat poniesionych w czasie krachu z roku 2008. Byki powstrzymało dopiero dotarcie indeksu do poziomów przełamanych po upadku Lehman Brothers, w kwietniu 2010 r.

Prognozy ekonomistów na najbliższe kwartały zakładają bardzo umiarkowane tempo wzrostu, a głównym czynnikiem hamującym ożywienie jest wspomniana już niepewność co do deficytów budżetowych. W tym kontekście przed globalną gospodarką rysują się dwa scenariusze — deflacyjny oraz inflacyjny. To, który z nich zostanie zrealizowany, zależeć będzie od sposobu podejścia rządów i banków centralnych do problemu zadłużenia.

Dotychczasowe posunięcia w Europie i w USA wskazują na wybór scenariusza inflacyjnego. Zarówno w strefie euro, jak i w USA perspektywa podniesienia stóp procentowych z obecnych rekordowo niskich poziomów jest odsunięta w odległą przyszłość. W Europie przeprowadzanym właśnie w krajach grupy PIIGS cięciom budżetowym towarzyszy skup obligacji rządowych przez EBC, co zdaniem wielu ekonomistów podważa niezależność banku.

Z kolei brak planów ograniczenia deficytu budżetu USA pozwala sądzić, że rozwiązaniem problemu będzie monetyzacja deficytu, czyli skup obligacji rządowych za pomocą świeżo wydrukowanych dolarów. Wprawdzie z ust Bena Bernanke padają delikatne sugestie o konieczności ograniczenia deficytu, jednak nie ulega wątpliwości, że Fed nie zawahałby się udzielić rządowi pomocy, gdyby ten miał problemy ze sfinansowaniem dziury budżetowej. O zmniejszeniu rzeczywistej niezależności Fed świadczy także zwiększona liczba przesłuchań członków Fed przed Kongresem. W zeszłym roku było ich najwięcej od 18 lat, a wiele wskazuje, że w tym roku rekord ten zostanie pobity.

Czy takie działania mogą doprowadzić do wzrostu cen w gospodarce na miarę tego, co się działo w latach 70.? Na razie nic takiego się nie zapowiada. Konsumenci z państw rozwiniętych przestraszyli się kryzysu i jeszcze przez wiele lat będą trzymać w ryzach wydatki, odkładając każdy zaoszczędzony grosz.

Jednak oprócz inflacji w tradycyjnym znaczeniu można mówić o inflacji cen aktywów. Była ona oczywistym skutkiem fali łagodzenia polityki pieniężnej sprzed dwóch lat. Perspektywa utrzymywania przez kilka kwartałów niskich stóp, a być może nawet emisji pieniądza na potrzeby finansowania deficytów budżetowych, oznacza, że nadwyżka płynności lokowana będzie na rynkach różnych klas aktywów, podbijając ich ceny. W takiej sytuacji trudno wyobrazić sobie powrót do bessy, który wieszczą pesymiści. Nie pozwolą na to Bernanke, Trichet i ich prasy drukarskie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Klucz do hossy tkwi w płynności