Kluski do rosołu

Jarosław Sobkowski
05-04-2006, 00:00

Przyzwyczajenia Polaków są trwałe: niedzielny obiad to rosół — twierdzą szefowie podczęstochowskiej firmy Goliard, produkującej makaron.

Co czternasta paczka makaronu w polskich sklepach pochodzi z tej firmy.

— Trzech największych producentów ma 40 proc. makaronowego rynku. 22 proc. — Lubella, 11 proc. — Malma i 7 proc. — my — mówi Bogumił Gonera, współwłaściciel spółki z o.o. Goliard z Rudnik.

Zmysł obserwacji

Zarejestrowana w 1991 r. firma była jednym z pierwszych prywatnych przedsiębiorstw tej branży w Polsce.

— Na przełomie lat 80. i 90. pracowałem na Węgrzech jako maszynista kolejowy. Zastanawiałem się, co będę robił po powrocie do domu. Zauważyłem, że większość wracających Polaków kupowała makaron lub maszynki do jego robienia. U Madziarów było dużo małych zakładów, które wytwarzały tradycyjny, domowy makaron. Poznałem Węgra, który go produkował. Od niego dowiedziałem się, jaka jest technologia, gdzie się kupuje maszyny — wspomina Bogumił Gonera.

Pomysłem podzielił się z kolegą.

— Pochodzimy z jednej wsi, z Nieznanic. Zajmowałem się ogrodnictwem, wcześniej próbowałem innych rzeczy. Zawsze chciałem być na swoim. Zaczęliśmy produkcję na niespełna 30 metrach kwadratowych w moim domu w Rędzinach — mówi Jerzy Urbańczyk, współwłaściciel firmy.

— Właściwie w twojej dawnej sypialni — śmieje się Bogumił Gonera.

Ich ówczesny dzienny urobek wynosił 50 kilogramów makaronu.

Makaron Rędziński

— Początkowo robiliśmy wszystko na wzór węgierski. Makaron był 8-jajeczny. Dostarczaliśmy go na targowisko w Częstochowie. Poszła fama, że jest bardzo dobry. To klienci nadali mu nazwę „rędziński”, którą później umieściliśmy na opakowaniu — przyznaje Jerzy Urbańczyk.

— Zainteresowanie było tak duże, że przyjmowaliśmy zapisy, a nawet przedpłaty. Po roku mieliśmy już 50 pracowników i wytwarzaliśmy po 100 ton miesięcznie — dodaje Bogumił Gonera.

W ciągu kilku lat uruchomili zakłady w Częstochowie, Łojkach i Rudnikach. W 1997 r. zatrudniali prawie 500 osób i produkowali około 1000 ton „nitki domowej” na miesiąc.

Kluski dla pasibrzucha

— Nazwę naszego makaronu podchwycili konkurenci. I choć robili go, powiedzmy, w Radomsku, nazywali „rędzińskim”. Postanowiliśmy więc zmienić taktykę marketingową. Postawiliśmy na promocję marki Goliard — mówi Jerzy Urbańczyk.

— Goliard to z łaciny — wędrowiec i obżartuch, z greki — pasibrzuch. Makaron syci i ma wiele wartościowych substancji. Pomyśleliśmy, że to dobra nazwa — wyjaśnia Bogumił Gonera.

Nadal jednak naśladowano ich opakowania, a nawet nazwę firmy. Próbując porządkować i rozwijać branżę, właściciele Goliarda zostali współzałożycielami Polskiej Izby Makaronowej, która skupia ponad 100 producentów. Uważają, że obecnie najważniejsza jest produkcja nowoczesna technologicznie, ale jak najbardziej zbliżona do tradycyjnej.

— Czyli niewyciskanej, jak przez maszynkę do mięsa, a walcowanej — objaśnia Jerzy Urbańczyk.

— Ważna jest automatyzacja, bo obniża koszty i pozwala taniej sprzedawać. Kiedyś pracowało u nas 50 kobiet, tak zwanych wybijaczek, które przez osiem godzin tłukły jajka. Na trzy zmiany. Na każdej wybijały około 50 tysięcy sztuk. Teraz kupujemy gotową masę jajeczną — podkreśla Bogumił Gonera.

Szefowie Goliarda wciąż szukają nowości. Od roku oferują makaron z jaj przepiórczych, którego pomysł opatentowali.

— Trzeba rozszerzać asortyment, szukać nisz rynkowych. Kiedyś 100 proc. produkcji trafiało do sklepów. Dziś — 40 proc., a reszta do sieci handlowych. Ważna staje się wysoka jakość, niska cena i znana z tego marka — mówi Bogumił Gonera.

Goliard eksportuje makaron do USA, Niemiec, Anglii i Australii.

— Sprzedajemy tam, gdzie są skupiska Polaków. Przychodzi niedziela i jest rosół z makaronem. Nawet na obczyźnie — podkreśla Jerzy Urbańczyk.

Przez 15 lat wyroby firmy uzyskały wiele prestiżowych nagród. Są wśród nich: złoty medal na targach Biel-Expo w Białymstoku, brązowy z berlińskiego Grune Woche, medale europejskie z lat: 2002, 2003, 2004 za makaron niteczki, gniazdka i domowy. Firma jest także naszą Gazelą Biznesu.

Dziecięce pasje

Zdaniem szefów Goliarda, ich życie przez ostatnie lata niewiele się zmieniło.

— Owszem, podniósł się standard życia, ale pasje i przyjaciele pozostali. Zawsze kochałem piłkę nożną i jestem jej wierny. Do niedawna wspierałem lokalny klub Lotnik Kościelec, obecnie włączyłem się do naprawy częstochowskiego Rakowa. Byłem nawet wiceprezesem Okręgowego Związku Piłki Nożnej — wspomina Bogumił Gonera.

— W moim przypadku jest podobnie. Jestem ze wsi i zawsze u nas były konie. Takie chłopskie, pociągowe. Dziś mam trzy pary rasy wielkopolskiej i hanowery, do tego ładne powozy, a właściwie kopie Glass Landonera i Calescha — zwierza się Jerzy Urbańczyk.

Twierdzą, że pasje pochłaniają ich coraz bardziej. Co zatem będzie z firmą?

— Każdy z nas ma syna i przygotowujemy ich na następców w Goliardzie — śmieją się.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Sobkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Kluski do rosołu