Komentarz Adama Sofuła: siła rozpędu

Adam Sofuł
22-02-2008, 08:47

Za chwilę minie sto dni funkcjonowania rządu Donalda Tuska. Zleciało jak z bicza strzelił. I gdyby nie ta magiczna data, można by nie zauważyć, że 21 października odbyły się wybory, bo kampania wyborcza nie zakończyła się z chwilą zamknięcia urn . Po prostu weszła w nowy etap. Rządzący i opozycja zamienili się wprawdzie miejscami, ale polityczna wojna domowa ma się w najlepsze. W jej zgiełku giną zaniechania i dokonania rządu.


Rząd Donalda Tuska zmienił styl uprawiania polityki, wyraźnie unika starcia i konfrontacji. To po ostatnich dwóch latach dużo, ale o wiele za mało, by zapisać się w historii jako dobry rząd. Czasami można odnieść wrażenie, że ta wykpiwana (często niesłusznie) polityka uśmiechów paraliżuje obóz rządowy przed śmielszymi pomysłami, które mogą wywołać kontrowersje i spory. Unikanie konfliktu jest cenne, ale stwarza zagrożenie zaniechania koniecznych reform. Donald Tusk w dotychczasowych wywiadach dawał do zrozumienia, że wobec niechętnego rządowi prezydenta nie będzie forsował ustaw skazanych na weto. Można zrozumieć taktykę premiera, że nie chce iść na z góry przegrane wojny. Czasem jednak wypadałoby chociaż podjąć walkę.


Podczas kampanii wyborczej Platforma Obywatelska jako strategię przyjęła odróżnienie się od Prawa i Sprawiedliwości. Chociażby uśmiechem. I tę strategię siłą rozpędu realizuje również po wyborach. Na razie jednak ta odmienność od PiS nie wykracza poza sferę słów — np. są, nawet dość realnie brzmiące, plany przyspieszenia prywatyzacji, ale nad czteroletnią strategią rząd wciąż pracuje. Jest deklaracja woli reformy służby zdrowia i biały szczyt, ale konkretne rozwiązania dopiero się rodzą. I tak dalej.


Sto dni to zbyt krótki okres, by oceniać działania rządu — bo w takim czasie nie da się przygotować żadnej sensownej reformy (wyjąwszy plan Balcerowicza), biorąc chociażby pod uwagę proces legislacyjny. Powinien być to jednak wystarczający okres, by ustalić, jakie są rzeczywiście strategiczne cele rządu i co było jedynie hasłem na użytek kampanii wyborczej, a co będzie priorytetem. I tu pojawia się kłopot, bo w większości resortów mamy do czynienia ledwie ze słowami. Najbardziej zauważalne zmiany (niezależnie od ich oceny) zaszły w resortach niegospodarczych — spraw zagranicznych (gdzie zmiana stylu jest szczególnie widoczna) i sprawiedliwości. Nieprzypadkowo — tu najłatwiej było się odróżnić od poprzedników.


Trudno się w działaniach rządu dopatrzeć porywającej idei (na miarę planu Balcerowicza czy czterech reform rządu Buzka, o planie IV RP nie wspominając). I to jest, zdaje się, świadomy wybór. Ten gabinet chce stosować taktykę małych kroczków, które przyniosą zauważalne rezultaty pod koniec kadencji. Może to słuszna strategia, o ile rzeczywiście jest dobrze zaplanowaną strategią, a nie serią mniej lub bardziej przypadkowych zmian. Nawet małe kroczki muszą posuwać do przodu, a nie oznaczać dreptania w miejscu. Na razie rząd jeszcze prze do przodu siłą rozpędu z kampanii wyborczej, uskrzydlony niesłabnącym zaufaniem wyborców. To jednak na długo nie wystarczy. Trzeba będzie w końcu zapuścić silnik, a taka studniówka to wręcz wymarzona ku temu okazja.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Komentarz Adama Sofuła: siła rozpędu