Komentarz Adama Sofuła: Weto na życzenie

Adam Sofuł
25-07-2008, 07:51

Menedżerowie w państwowych firmach nadal będą zarabiać sześć średnich krajowych i ani grosza więcej. Bo mogliby przecież zarobić za dużo — zdecydował prezydent Lech Kaczyński, odmawiając podpisu pod nowelizacją tzw. ustawy kominowej.

Uznał ja za niemożliwą do podpisania i nader skąpo uzasadnił decyzję. A uzasadnienie jest proste — poprosiły go o to związki zawodowe, zwłaszcza Solidarność, której przewodniczący został nawet zaproszony do prezydenckiej rezydencji na Helu. Prezydentowi pozostało już tak niewielu zwolenników, że o każdego trzeba dbać. Więc skoro Solidarność prosi….

Fatalna decyzja prezydenta doskonale wpisuje się w klimat głębokiej nieufności wobec ludzi bogatych wyrażonej z górą dwa lata temu (skądinąd podczas zjazdu Solidarności) hasłem: W Polsce, jak ktoś ma duże pieniądze, to na ogół skądś je ma. A nie daj Boże, żeby ktoś miał duże pieniądze z firmy państwowej. Przecież każde dziecko wie, że firmy państwowe w odróżnieniu od innych przedsiębiorstw nie służą do zarabiania pieniędzy, lecz jedynie do pobierania dotacji (teraz po wejściu do Unii sprawa się nieco skomplikowała, bo może trzeba będzie je zwrócić i jest kłopot). Prezydent uznał za niedopuszczalne, że menedżerowie mogą dostać większe podwyżki niż pracownicy. A wszyscy mamy przecież równe żołądki.

Ustawa kominowa powstała przed ośmiu laty w reakcji na płacowe rozpasanie (nieuzasadnione żadnymi wynikami) w spółkach skarbu państwa i samorządach. Lekarstwo okazało się jednak gorsze od choroby — z jednej strony niskie (w porównaniu z rynkowymi) płace zniechęcały dobrych menedżerów do pracy w firmach państwowych, z drugiej powstały dziesiątki sposobów na ominięcie ograniczeń. Zamiast oszczędności ustawa kominowa przyniosła patologie.

Apele związków zawodowych o prezydenckie weto to klasyczny strzał w stopę. Bo ograniczenie płac menedżerów wcale nie musi oznaczać większej puli płac dla załogi. Po wecie trudno od pracodawców oczekiwać większej otwartości na płacowe żądania związkowców. Można oczywiście podwyżki wymusić protestami, strajkami i w państwowych firmach to się udawało, ale tylko do czasu, aż w kasie spółki nie zaświeci dno. Być może weto ograniczy rozwarstwienie dochodów w państwowych spółkach (choć ze względu na omijanie ustawy kominowej to wcale nie jest takie pewne) i to najgorszym z możliwych sposobów. Jak w starym gorzkim dowcipie — chłop zamiast modlić się o krowę dla siebie, prosi Boga, by u sąsiada padła krasula. Tym razem związki wyprosiły.

Decyzje prezydenta można poprzeć tylko z jednego powodu — polityka kadrowa w spółkach skarbu państwa przez ostatnie lata często wołała o pomstę do nieba. Dla wielu menedżerów z partyjnego rozdania, którzy akurat postanowili „sprawdzić się w biznesie”, sześciokrotność średniej płacy to i tak aż nadto. Wątpliwe jednak, by taka właśnie była motywacja prezydenckiego weta. Zresztą na upartyjnienie spółek jest dość prosty sposób — prywatyzacja. Ale i w tej sprawie trudno liczyć na poparcie prezydenta.

Adam Sofuł, a.soful@pb.pl 


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Komentarz Adama Sofuła: Weto na życzenie