Komentarz Adama Sofuła: Ziemie odzyskane na Woronicza

Adam Sofuł
23-01-2008, 08:00

Powoli staje się polityczną tradycją, że nowa kadencja parlamentu rozpoczyna się od nowelizacji ustawy o radiofonii i  telewizji. Bynajmniej nie dlatego, że poprzednia wersja tej ustawy jest zła.

Nowelizacja jest potrzebna jedynie po to, by wymienić skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wszystko oczywiście w imię jej politycznej niezależności. Przerabialiśmy to już dwa lata temu, gdy władzę obejmowało PiS, przeżywamy obecnie, gdy ster rządów przejęła PO. Partia ta obiecywała wprawdzie likwidację Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Teraz chce zwiększyć jej skład z pięciu do siedmiu członków, przy jednoczesnym uszczupleniu kompetencji tego ciała. Pomysł, by wydawanie koncesji należało do Urzędu Komunikacji Elektronicznej wydaje się logiczny. PO zabrakło jednak odwagi, by przeforsować zmianę konstytucji i likwidację KRRiT.

Na obrońców niezależności publicznych mediów kreuje się obecnie egzotyczna, chociaż nie zaskakująca w tym kontekście, koalicja PiS i LiD. Jak wiadomo pod rządami obu tych partii publiczne media były wzorem obiektywizmu i niezależności, a np. powodem dymisji Bronisława Wildsteina były zapewne, jakże modne obecnie, względy osobiste, a nie uzgodnienia na szczytach koalicji. Dziś apolityczności mediów broni była apolityczna przewodnicząca KRRiT, która z dnia na dzień przeistoczyła się w niemniej apolityczną posłankę PiS. Z drugiej strony PO, niemniej zaciekle walcząc o uniezależnienie mediów od polityki, składa decyzje personalne w mediach w ręce ministra skarbu.

Dawno, dawno temu, w 1993 roku powstanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji miało być gwarancją odizolowania polityki od publicznych mediów. Nie było, choć w pierwszych latach udawało się utrzymać polityczną równowagę. Podobnie proponowana przez PO nowa ustawa żadnych gwarancji nie daje, choć, gdyby dzięki niej udało się przywrócić równowagę nie byłoby najgorzej. Patrząc na kilkunastoletnią historię ustawy medialnej trudno się oprzeć wrażeniu, że politycy nie dorośli do stosowania prawa, które sami tworzą. Dlatego po każdych wyborach tereny przy ulicy Woronicza stają się ziemiami odzyskanymi. Dopóki nie odzyska ich ktoś inny.

Adam Sofuł, a.soful@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Komentarz Adama Sofuła: Ziemie odzyskane na Woronicza