Komentarz Jacka Zalewskiego: Drwa i wióry

Jacek Zalewski
opublikowano: 09-02-2009, 07:52

Poświęcona bezpieczeństwu konferencja w  Monachium ma staż o kilka lat dłuższy od forum ekonomicznego w Davos — odbyła się po raz 45. W obu ważnych spotkaniach uczestniczył premier Donald Tusk. Niestety, w Monachium na polskich rozmowach głębokim cieniem położyła się tragedia inżyniera uprowadzonego w Pakistanie. Nikt odpowiedzialny już nie wierzy, że Polak jeszcze żyje, chociaż prawnie może to zostać stwierdzone dopiero po identyfikacji zwłok — lub sądownie, w trybie postępowania wobec ofiar katastrof morskich czy wypadków w niedostępnych górach.

Zjazd w Monachium stał się okazją do pierwszego pokazania się nowej ekipy prezydenckiej z Waszyngtonu, w osobie nie międzynarodowego żółtodzioba Baracka Obamy, lecz starego wyjadacza Josepha Bidena. Wiceprezydent USA bardzo hasłowo przedstawił nową koncepcję rozłożenia odpowiedzialności za bezpieczeństwo zachodniej cywilizacji na wszystkich jej udziałowców. To istotna zmiana w stosunku do filozofii George’a W. Busha, który stawiał świat przed faktami dokonanymi — przykładem najbardziej jaskrawym był Irak — i dopiero później domagał się od sojuszników pomocy.

Głównym celem bytności Donalda Tuska była bezpośrednia rozmowa z Josephem Bidenem o przyszłości amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Premier skomentował to spotkanie standardowo, jako optymista widzący szklankę do połowy pełną. Rzeczywiście, wiceprezydent jeszcze nie oznajmił wprost, że ekipa Obamy wycofuje się z idée fixe Busha. Jednak pusta połowa tejże samej szklanki jest czytelnym sygnałem, iż do ratyfikowania umowy przez USA i Polskę (a w części dotyczącej radaru — także przez Czechy) nigdy nie dojdzie. Biden zapowiedział to słowami: "Stany Zjednoczone będą rozwijać system obrony przeciwrakietowej, o ile okaże się on skuteczny i racjonalny ekonomicznie, konsultując się w tej sprawie z NATO i Rosją". Mieszkańcy Redzikowa koło Słupska chyba mogą odetchnąć.

Lejtmotywem monachijskiej konferencji stała się gwałtowna chęć naprawienia stosunków Zachodu z Rosją, popsutych kryzysem gazowym. Temu samemu celowi służyła piątkowa wyprawa Komisji Europejskiej do Moskwy. Przodownikami takiego ugodowego kursu są Niemcy i Francja, które będą 3-4 kwietnia nad brzegami Renu współgospodarzami szczytu 60-lecia NATO. W związku z tym jakichkolwiek szans na stanowisko sekretarza generalnego sojuszu nie ma nasz medialny kandydat Radosław Sikorski, i w ogóle nikt postrzegany jako rusofob. Na pewno znajdzie się jakiś układowy wobec Moskwy kandydat wywodzący się z twardego jądra NATO.

A wracając do tragedii polskiego geologa — w politycznych i medialnych komentarzach z ogromnym trudem przebija się prawda o jej genezie. Przecież w Pasztunistanie, rozciętym granicami państwowymi między Pakistan a Afganistan, ugruntowane wielowiekową tradycją porwania stały się integralną częścią kodeksu honorowego. Traktowane są niczym zwyczajne kontrakty handlowe. I skoro pakistański rząd praktycznie nie podjął negocjacji, to zlikwidowanie przedmiotu niedoszłej transakcji wynika wprost z pasztuńskiego kodeksu. To prawda straszliwa, jakże obca naszej cywilizacji — ale prawda. Muzułmańskim fanatykom naprawdę jest wszystko jedno, czy ich honorowe biznesy dotyczą inżyniera amerykańskiego, polskiego czy na przykład chińskiego. Gdzie globalizacja drwa rąbie, ludzkie wióry lecą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane