Komentarz Jacka Zalewskiego: Strefa dolarowa

Jacek Zalewski
16-05-2008, 07:56

Odbywające się co dwa lata szczyty Unii Europejskiej z Ameryką Łacińską i Karaibami z naszego punktu widzenia są wydarzeniami egzotycznymi. Polska uczestniczy w nich od czasu przystąpienia do  UE jako lojalny członek wspólnoty, zgodnie z zasadą „jak wszyscy, to wszyscy”.

III szczyt w Guadalajarze obradował w 2004 r. zaraz po naszej akcesji, a delegacji przewodniczył prezydent Aleksander Kwaśniewski. W 2006 r. na IV szczycie w Wiedniu premier Kazimierz Marcinkiewicz bronił unijnych barw nawet na boisku piłkarskim. Dzisiaj zbiera się V szczyt w Limie, do której premier Donald Tusk dotarł — jak sam stwierdził — w „podróży życia”. Notabene przywiezie z niej Słońce Peru, czyli pierwszy w życiu order ze wstęgą, przyznany szefowi rządu Polski bardzo symbolicznie — chyba za XIX-wieczne zasługi inżyniera Ernesta Malinowskiego.


Nasze relacje z Ameryką Łacińską są najwyżej ułamkiem promila związków Hiszpanii i Portugalii, które w 1494 r. traktatem z Tordesillas podzieliły między siebie odkrywany za morzami świat i na jego podstawie zagarnęły cały nowy kontynent. Budując własną cywilizację, konkwistadorzy niszczyli istniejącą — czego symbolem jest Francisco Pizarro, założyciel Limy, pochowany w katedrze tuż obok miejsca obrad V szczytu. Dzisiaj zjednoczona Europa stara się eksportować procesy demokratyczne oraz prawa człowieka, zderzając się z zupełnie innym postrzeganiem tych kwestii przez Latynosów. Obecnie nie rządzi u nich ani jedna klasyczna dyktatura wojskowa, ale ekstremizm niektórych przywódców — takich jak wenezuelski prezydent Hugo Chávez czy boliwijski Evo Morales Ayma — wywołuje polityczną i rynkową niepewność, czasami przechodzącą w panikę.


Główne hasło V szczytu jest równie szczytne i pojemne, co puste: „Wspólnie rozwiązując problemy naszych społeczeństw”. Problem generalny polega na tym, że są one kompletnie inne. Potwierdzają to pakiety tematów, jakie obie strony wstawiły do programu. Unia Europejska chce się skupić na zrównoważonym rozwoju, środowisku, zmianach klimatycznych i bezpieczeństwie energetycznym. Ameryka Łacińska kładzie na stół problemy z dużo niższej półki — ubóstwo, nierówności i wyłączenie społeczne. Jak zawsze przy okazji tego typu imprez, odbywa się także szczyt alterglobalistów. Ale gdy, powiedzmy, dwa lata temu w bogatym Wiedniu stanowili oni napływowy folklor, to w Limie wystarczy wyjechać poza kolonialne centrum i trafia się na oryginał — wyryte w górskich zboczach puebla, których mieszkańcy żyją za dolara dziennie.


Generalnie Ameryka Łacińska wraz z Karaibami była, jest i pozostanie strefą wpływów Stanów Zjednoczonych. Symbolem tego jest królowanie słabnącego dolara, wobec którego silne euro znajduje się na marginesie. Rzecz jasna, w każdym banku można je wymienić, honorowane są karty płatnicze etc., jednak eurowaluta jest pewną abstrakcją. Podobnie, jak budowanie „biregionalnego partnerstwa strategicznego” między integrującą się Unią Europejską a rozczłonkowaną Ameryką Łacińską — gdzie strefa wolnego handlu MERCOSUR to ledwie namiastka EWG we wczesnej fazie. Ale próbować zawsze można.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Komentarz Jacka Zalewskiego: Strefa dolarowa