Komentarz Jacka Zalewskiego: UE odpowiada na wyzwania współczesności

Jacek Zalewski
14-12-2007, 07:42

Statystycznemu obywatelowi Unii Europejskiej data 13 grudnia 2007 r. nie zapisze się w pamięci jako szczególnie ważna. Uroczyste podpisanie traktatu na wspaniałym dziedzińcu klasztoru Hieronimitów w Lizbonie było świętem głównie klasy politycznej, bo to jej posłuży reforma unijnych struktur i trybu podejmowania decyzji.

Do zwykłych ludzi przemawiają zupełnie inne fakty — takie jak wejście Polski i innych państw 21 grudnia do granicznej strefy Schengen. Ale związek obu wątków jest oczywistością. Przyjmijmy na wiarę, że wczoraj wydarzyło się coś wielkiego i dla tych pociągających za lejce, i dla tych w zaprzęgu. To powozowe skojarzenie jest zasadne, jako że bezpośrednio po podpisaniu traktatu w klasztorze jego sygnatariusze przejechali na śniadanie do pobliskiego muzeum złotych karet — ale na szczęście... tramwajem.


Unijnych legislatorów i dyplomatów należy podziwiać za umiejętność przepisania niemal całej treści odrzuconego traktatu konstytucyjnego w nowej formie, która raczej nie powinna napotkać przeszkód ratyfikacyjnych — chociaż nigdy nie wiadomo na pewno. Najważniejsza różnica jest stricte legislacyjna — traktat konstytucyjny zastępował wszystkie poprzednie, a podpisany wczoraj to nowelizacja. Które traktaty zmienia — podajemy w cytacie na sąsiedniej stronie u góry. Taka formuła powoduje, że nowelizujące zapisy są kompletnie niezrozumiałe dla nieprzygotowanego czytelnika, konieczne będzie pilne sporzą- dzenie ujednoliconych wersji traktatów. W każdym razie Lizbona stanęła w szeregu z Amsterdamem i Niceą, ale na pewno z tyłu za Rzymem (gdzie podpisano traktaty wspólnotowe) oraz Maastricht (traktat unijny).


Znad Wisły zajechaliśmy nad Tag z niespotykanym fasonem , w dwie karety — znaczy w dwa tupolewy 154M z napisami „Rzeczpospolita Polska”. Tanie państwo musiało chwilowo stanąć do kąta, ustępując potrzebom politycznym. Paradoksem historii okazało się podpisywanie traktatu przez premiera, którego wkład do jego treści wynosi zero — z czego Donald Tusk zdawał sobie sprawę, kurtuazyjnie podkreślając dorobek poprzedników. Cóż — taka jest kolej rzeczy, wymuszająca ciągłość polityki zagranicznej. Można jednak zrozumieć stres prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który patronując podpisom składanym o godzinie 12.42 przez obcego mu premiera i nieakceptowanego ministra Radosława Sikorskiego, myślał z goryczą „to moja krwawica...”. Tym bardziej że portugalscy organizatorzy nawet nie umieścili jego osoby w wydawanej zawsze z takiej okazji broszurce „who is who”.


Spicie traktatowej śmietanki przez nowy rząd okazało się jednak dla Polski okolicznością szczęśliwą. Największym bowiem dorobkiem wyprawy do dalekiej Lizbony stało się zdjęcie z naszego kraju etykietki zaściankowości i dziwaczności, którą europejska opinia przyklejała nam przez ostatnie dwa lata. Doskonale odczuliśmy to my, dziennikarze. W międzynarodowym biurze prasowym już nie wywoływaliśmy w oczach kolegów politowania i troski, jak pamiętnej czerwcowej nocy w Brukseli. Eurodziwakiem pozostała za to Wielka Brytania, której premier Gordon Brown niespotykanym trybem podpisania traktatu (po cichu, gdy trwało już uroczyste śniadanie!) symbolicznie się od niego zdystansował. Ale wyspiarze z założenia są wyobcowani z kontynentu, wszak dla nich sztorm na kanale — z tamtej strony zwanym Angielskim, a od naszej La Manche — oznacza, że Europa jest odcięta od świata...

Jacek Zalewski, j.zalewski@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Komentarz Jacka Zalewskiego: UE odpowiada na wyzwania współczesności