Komentarz Jacka Zalewskiego: Zastępczym piórem - ale ratyfikowany

Jacek Zalewski
opublikowano: 12-10-2009, 07:19

W komentarzu pisanym 13 grudnia 2007 r. na  kolanie — dosłownie, bo tak trzymałem laptop na dziedzińcu klasztoru Heronimitów w Lizbonie, pięćdziesiąt metrów od stołu, na którym składane były podpisy — postawiłem tezę, iż traktat "raczej nie powinien napotkać przeszkód ratyfikacyjnych — chociaż nigdy nie wiadomo na pewno".

W ówczesnej atmosferze uniesienia nawet delikatna wątpliwość wydawała się herezją — a jednak okazała się zasadna. Ratyfikacja zatoczyła wielki łuk, przez Berlin i Dublin do Warszawy, a na końcu musi jeszcze wdrapać się na niedostępny praski Hrad.

Oczekiwanie na złożenie finalnego podpisu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego trwało blisko półtora roku, od 30 kwietnia 2008 r., kiedy to weszła w życie jednozdaniowa ustawa ratyfikacyjna. Wypada przypomnieć, że Sejm uchwalił ją stosunkiem 384:56, przy 12 głosach wstrzymujących się. Owa grupka przeciwna to część klubu PiS, której reprezentanci obecnie zamierzają zaskarżyć traktat do Trybunału Konstytucyjnego.


O zawartości traktatu z Lizbony pisaliśmy już dziesiątki razy. Przypomnijmy, iż jest on kolejną (po Amsterdamie i Nicei) zmianą rzymskiego traktatu z 1957 r. ustanawiającego Wspólnotę Europejską oraz traktatu o Unii Europejskiej z Maastricht z 1992 r. Jak każdy akt nowelizujący, musi być czytany tylko łącznie z dokumentami zmienianymi. Spośród pół miliarda obywateli UE liczbę znających traktat szacuję na kilkadziesiąt tysięcy, zapoznanych z jego omówieniami na kilka milionów, a całej reszcie to "lotto". Wartość Lizbony najlepiej ocenił znający unijne realia Janusz Lewandowski, dzisiaj kandydat na komisarza, który 14 grudnia 2007 r. pisał w "PB", iż z traktatu "uczyniono warunek przeżycia Unii Europejskiej, mając oczywiste dowody, że wspólnota 27 krajów funkcjonuje i dalej żyć może zgodnie z traktatem z Nicei".

W Polsce ratyfikacja żyła wewnętrznym życiem, w oderwaniu od wyników referendów w Irlandii. Stała się elementem wojny prezydenta z premierem, w szczególności o politykę zagraniczną. Tymczasem oba te urzędy są skazane na siebie, także w procedurze ratyfikacji. Sobotni, tak nagłośniony propagandowo podpis Lecha Kaczyńskiego byłby przecież nieważny bez kontrasygnaty Donalda Tuska (patrz poniższe zdjęcie). Ratyfikacja przybrała formę entrée mocno spóźnionego, ale oczekiwanego na przyjęciu gościa — gdyby nastąpiła zwyczajnie w zeszłym roku, to nikt by jej nie zauważył. Skoro unijna wierchuszka tak zleciała się do Warszawy, to aż trudno wyobrazić sobie przyszłą fetę w Pradze, gdy wreszcie da się ubłagać Václav Klaus.

Ukrytym wrogiem ratyfikacji okazało się wieczne pióro z nazwiskiem prezydenta, które odmówiło podania atramentu, choć działało jeszcze kilka chwil przed uroczystością. Sytuację uratował czujny urzędnik protokołu MSZ, który z kieszeni wyjął zastępcze. Kiedy złośliwy przedmiot się zbuntował? Pewnie wtedy, gdy usłyszał, że głowa państwa — zresztą tak samo jak szef rządu — nie zna jedynej prawidłowej nazwy "traktat z Lizbony" i używa zniekształconej "lizboński"…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane