Komentarz Piotra Kuczyńskiego: Banki centralne są pełne obaw

Xelion
opublikowano: 13-12-2007, 09:33

W środę decyzja FOMC i reakcja rynków amerykańskich doprowadziła do spadku indeksów, ale z początku nie było widać tak panicznej wyprzedaży, jaką obserwowaliśmy dzień wcześniej w USA.

Gracze mieli nadzieję, że środowa sesja przyniesie diametralną zmianę nastrojów, ale nerwowość była spora. Na rynku walutowym rozpoczęła się rano korekta. Jednak kurs EUR/USD po naruszeniu poziomu 1,47 USD zawrócił. Przed otwarciem sesji w USA indeksy znacznie zredukowały skalę spadków, bo rynek zalewały opinie na temat środków, jakie jeszcze zastosuje Fed w celu ratowania rynków. Dzięki temu udało się nawet wypracować małe wzrosty.

W USA analitycy i komentatorzy robili w środę od początku dnia wszystko, żeby ratować rynek akcji. W zasadzie zrobili nawet wszystko, żeby doprowadzić do dużego wzrostu indeksów. Na przykład Financial Times zapowiedział, że Fed zastosuje nowe metody zasilania instytucji finansowych gotówką. Poza tym Merrill Lynch posunął się nawet do tego, żeby zapowiadać cięcie stóp między posiedzeniami Fed. Piszę ironicznie, bo to nie wiem, jak można było wyciągnąć taki wniosek, czytając to, co opublikował po posiedzeniu FOMC. Oczywiście pojawiły się też opinie o styczniowym cięciu stóp. Wszystko wróciło do normy.

Przed otwarciem sesji w USA okazało się, że "FT" miał rację. Pięknie dobrany moment. Tak dobrany, żeby wzmocnić skale wzrostów już od początku sesji. A Ben Bernanke, szef Fed, ciągle mówi, że nie będzie pomagał spekulantom… Ogłoszono, że Rezerwa Federalna dostarczy ECB i Szwajcarskiemu Bankowi Narodowemu 24 mld USD w celu zapewnienia płynności na rynku dolarowym w Europie. Współdziałać też mają Bank Anglii i Bank Kanady. Chodzi o to, żeby oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym spadło, bo decyzje Fed tego nie zapewniają. To pierwsza taka wspólna akcje Fed i ECB od czasu ataku na WTC. Widać jak bardzo banki centralne niepokoją się rozwojem sytuacji. Poza tym Fed ma przeprowadzać dodatkowe aukcje w celu udzielania pożyczek wielu instytucjom finansowym, które będą mogły jako zastawu używać znacznej ilości aktywów. Byłoby to coś znacznie większego niż normalna działalność dyskontowa banku. Fed robi co może, żeby uratować rynki. Co zrobi jednak, jeśli się wystrzela z naboi? A że to się kiedyś wydarzy jest więcej niż pewne, bo taka pomoc uczy tylko bezmyślności i zachęca do podejmowania nierozsądnego ryzyka. Poza tym zwiększenie płynności na rynkach nie rozwiąże ani problemu kredytów hipotecznych ani braku zaufania między instytucjami finansowymi.

Takie informacje odsunęły w cień raporty makroekonomiczne, ale my się im przyjrzymy. Dane o cenach płaconych w imporcie/eksporcie nie należały do dobrych. Ceny importu wzrosły aż o 2,7 procent (najmocniej od 17 lat), a eksportu tylko o 0,9 proc. Nawet wzrost cen importu bez udziału ropy był wysoki (0,5 proc.). Takie dane są bardzo proinflacyjne. Publikacja bilansu handlu zagranicznego USA nie wywołała emocji. Co prawda wzrósł on nieco mocniej niż tego oczekiwano (do 57,82 mld USD), ale różnica nie była to duża. Większy deficyt powinien osłabiać dolara, a wyższe ceny importu powinny były go wzmacniać, ale tym razem liczyło się tylko to, co postanowił Fed. Jego decyzje potraktowane zostały jako substytut cięcia stóp, co amerykańską walutę w stosunku do euro znacznie osłabiło. Bardzo mocno zyskała ona jednak w stosunku do jena. Wynikało to zapewne globalnego wzrostu apetytu na ryzyko. Piszę "zapewne", bo prawdę mówiąc ruchy kursów i cen były w środę naprawdę trudne do wyjaśnienia.

Znaczne osłabienie dolara powinno było podnieść ceny surowców i rzeczywiście ropa zdrożała. Tylko dlaczego zdrożała aż o 4,8 procent (rozbijając w puch zapowiadającą spadki formację podwójnego szczytu)? Najbardziej zabawne było to, że na jednym portalu (Bloomberg) jeden pod drugim biegły dwa tytuły - jeden mówił, że ropa drożej, bo działania Fed uchronią gospodarkę przed recesją, a drugi twierdził, że miedź tanieje (staniała o 1,6 proc.), bo działania Fed są niewystarczające… Nie jest też prawdą, że ropa zdrożała z powodu spadku zapasów w USA, bo zmieniły się one nieznacznie. Jakie rynki, takie i tłumaczenia. W miarę normalnie zachowało się złoto drożejąc o skromne 0,2 proc. Wydaje mi się, że najważniejszym czynnikiem powodującym tak gwałtowny wzrost cen ropy był raport Goldman Sachs. Firma ta podniosła prognozę średniej ceny ropy w przyszłym roku z 85 na 95 USD. Ta sama firma w marcu mówiła o wzroście ceny ropy do 105 USD, więc gracze w jej prognozy wierzą.

Jeśli zaś chodzi o rynek akcji to informacja o akcji Fed wystarczyła, żeby pojawił się szalony optymizm. Potem jednak pojawiły się schody. Dwa z największych banków amerykańskich (Bank of America i Wachovia) obniżyły prognozy zysków na czwarty kwartał. Sallie Mae (kredyty dla studentów) obniżyła prognozy na cały 2008 rok. Office Depot zapowiedział, że jego zyski będą spadały, a ceny akcji Boeinga spadały, bo analitycy wyrażali wątpliwości, co do sposobu realizacji jego programu produkcji samolotów 787 Dreamliner. Generalnie sektor finansowy zachowywał się bardzo słabo, ale pomagały bykom rosnące cena akcji w sektorze paliwowym (działał wzrost ceny ropy). Drożały też akcje General Electric, mimo że zapowiedział niższe od prognoz zyski w 2008 roku - analitycy po prostu w te zapowiedzi nie uwierzyli (może jednak lepiej by zrobili, gdyby uwierzyli?). Nadal szybko rósł kurs AT&T - po wtorkowym zwiększeniu dywidendy i zapowiedzeniem skupu akcji Lehman Brothers podniósł ich docelową cenę.

Indeksy od otwarcia sesji gwałtownie i bardzo mocno rosły, ale w zasadzie od samego początku podaż zaczęła przyciskać, co doprowadziło do stałego osuwania się cen akcji. Na godzinę przed końcem sesji wzrosty były już zdecydowanie mniejsze od jednego procenta, a potem rozpoczęła się wyprzedaż. Gracze doszli do (słusznego) wniosku, że skoro tak duży wysiłek banków centralnych nie sprowadza na rynek olbrzymiego popytu to znaczy, że akcje trzeba sprzedawać. Momentami pojawiała się nawet panika, a indeks S&P 500 spadał na 40 minut przed końcem sesji o 0,5 proc. Momentem przełomowym była rekomendacja "sprzedaj" dla akcji Citigroup. Wydał ją Morgan Stanley, którego były szef został prezesem Citigroup. Wyglądało to wszystko bardzo źle, ale oczywiste było, że zadecyduje atak w ostatnich 30 minutach sesji. Okazało się, że było to ostatnich 10 minut. Teoretycznie można powiedzieć, że wygrały byki, ale czy wzrost o 0,6 proc. po takim spadku i tak dobrej informacji jest rzeczywiście ich wygraną? Sytuacja jest poważna. Skoro takie wysiłki banków nie działają, to po co kupować akcje w tym trudnym okresie?

Ostatnie dwa dni tygodnia można nazwać "dniami inflacji". Dzisiaj zostaną opublikowane dane o amerykańskiej inflacji w cenach producenta (PPI), a jutro o inflacji w cenach konsumenta (CPI). Zdecydowanie bardziej istotna jest CPI, bo to tę miarę inflacji bacznie obserwuje Fed, ale gracze bardzo chętnie reagują też na dane o PPI - szczególnie, jeśli są korzystne dla posiadaczy akcji. Dlatego też mniejszy od oczekiwań wzrost PPI może osłabić dolara i pomóc akcjom. Większy wzrost z pewnością pomógłby dolarowi, ale graczy na rynku akcji zaniepokoiłby niezbyt mocno, bo mają jeszcze szansę w piątek przy CPI. Jednak trzeba pamiętać, że po komunikacie FOMC waga danych o inflacji znacznie wzrosła.

O tej samej godzinie (14.30) dowiemy się też, jaka był w USA sprzedaż detaliczna i ilu bezrobotnych zarejestrowało się w ostatnim tygodniu. Obserwowana będzie szczególnie mocno sprzedaż bez samochodów. Dane dotyczą listopada, czyli okresu, w którym rozpoczyna się sprzedaż świąteczna, więc spory wzrost w stosunku do października z pewnością nastąpił. Pytanie tylko jak był duży. Dobre dane pomogłyby akcjom i dolarowi. Słabe powinny zaszkodzić (tylko "powinny", bo w końcu roku każde dane mogą zostać po prostu zlekceważone). Warto też przyjrzeć się danym o bezrobociu. Ostatnio średnia 4 - tygodniowa wzrosła do poziomu dwuletniego maksimum (taka była po uderzeniu huraganu Katrina). Jeśli nadal będzie rosła to dolar może ucierpieć, ale posiadacze akcji niekoniecznie. Na razie strach przed recesją jest żaden, a nadzieja na dalsze obniżki stóp nieco mniejsza, a złe dane z rynku pracy prawdopodobieństwo takiej obniżki by zwiększyły. Opublikowane też zostaną dane o zapasach w amerykańskich firmach, ale to gracze zawsze lekceważą.

 

 

Duże spółki znowu najsilniejsze

W środę złoty od rana usiłował odrobić stracony dzień wcześniej teren, ale zwrot na rynku EUR/USD szybko ten ruch zahamował, a potem odwrócił i złoty zaczął powoli tracić. Nie mógł pomóc naszej walucie opublikowany w środę październikowy bilans płatniczy Polski. Okazało się, że deficyt wzrósł nie do 1,16 mld euro, ale aż do 1,302 mld euro. Mocny złoty szkodzi eksportowi, ale jednak jego wzrost był w październiku o 15,7 proc. (import o 17 proc.). Dopiero informacja o decyzjach Fed i ECB (szczegóły w komentarzu "amerykańskim"), kiedy kurs EUR/USD ostro ruszył na północ, nasza waluta umocniła się w stosunku do euro o dolara. Pomagał jej też wzrost kursu USD/JPY.

Dzisiaj zostanie opublikowany skrócony protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Nie spodziewam się, żeby miał on jakiś wpływa na zachowanie rynku, bo z całą pewnością nie rozjaśni sytuacji. Poza tym publikowane o tej samej godzinie dane o wzroście inflacji CPI w listopadzie dodatkowo umniejszą znaczenie tego protokołu. Niedawno Ministerstwo Finansów prognozowało, że inflacja wzrośnie o 3,5 proc. MF nie ma patentu na nieomylność, więc będziemy czekali z napięciem na realne dane. Gdyby wzrost inflacji był mniejszy to decyzja o podwyżce stóp nie zostałaby podjęta w grudniu. Jeśli wzrost cen będzie większy to RPP z całą pewnością w grudniu stopy podniesie, a oczekiwania na to powinno wzmacniać złotego. Może też już szkodzić akcjom.
 
GPW nie miała w środę rano wyjścia - indeksy musiały rozpocząć sesję dużym spadkiem, szczególnie, że tuż przed otwarciem naszej sesji na giełdach europejskich sytuacja zaczęła się szybko pogarszać. Jednak rynek dużych spółek trzymał się bardzo dzielnie, a WIG20 szybko zredukował skalę spadku do poniżej jednego procenta. Dużo gorzej wyglądał segment mniejszych spółek (MWIG40 tracił nawet dwa procent). Sytuacja szybko się zmieniła. Już po niecałej godzinie rynek wyglądał zupełnie inaczej. WIG20 tracił mniej niż pół procent, a MWIG40 około jednego procenta. Zaczęło się polowanie na odbicie w USA, co po godzinie dwunastej zaowocowało przejściem WIG20 na plusy. Mniej więcej w tym samym czasie poprawiła się też sytuacja na innych rynkach europejskich.

Przełom nastąpił po opublikowaniu informacji o kolejnej pomocy, którą Fed i ECB zaoferował rynkom finansowym. Indeksy w całej Europie szybko pomaszerowały na północ, dzięki czemu WIG20 skończył sesję wzrostem. MWIG40 jednak spadł sygnalizując, że rynek małych spółek jest nadal bardzo słaby i podatny na duże spadki. Wczorajsza sesja w USA nie zachęci popytu do kupna akcji. W zasadzie powinna zwiększyć podaż i doprowadzić do sporego spadku indeksów. Jednak posiadacze akcji powinni poczekać na dane o amerykańskiej inflacji PPI i sprzedaży detalicznej. Dopiero po nich losy sesji się rozstrzygną. Gdyby PPI wzrosła zdecydowanie mocniej niż się tego oczkuje to koniec sesji może być przykry.


Piotr Kuczyński
Główny Analityk
Xelion. Doradcy Finansowi

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Xelion

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Komentarz Piotra Kuczyńskiego: Banki centralne są pełne obaw