Komentarz Piotra Kuczyńskiego: widmo stagflacji martwi rynki akcji

Piotr Kuczyński, Xelion
22-02-2008, 09:46

W Stanach handel na rynkach finansowych był znowu bardzo nerwowy. Reagowano przede wszystkim na publikację danych makroekonomicznych, co może trochę dziwić, skoro dzień wcześniej zostały one całkowicie zlekceważone, mimo że tez były bardzo słabe. Popatrzmy, co pokazały te czwartkowe raporty.

Twierdzono, że dane o tygodniowej zmianie bezrobocia były dobre, ale to nie jest prawda. Teoretycznie ilość bezrobotnych wzrosła nieco mniej niż oczekiwano (o 349 tys., a nie o 350 tys.), ale średnia czterotygodniowa wzrosła o ponad 10 tysięcy (sięga ponad 360 tys.). To zdecydowanie nie były dobre dane. Jednak usiłowano przedstawiać je pozytywnie, więc gracze na rynku akcji też je tak przyjęli (na rynku walutowym nie dali się oszukać). Małym szokiem był opublikowany na dwie godziny wcześniej niż zwykle (być może to będzie stała pora publikowania tego raportu) indeks Fed z Filadelfii. Spadł on do poziomu najniższego od siedmiu lat (- 24 pkt.) pogłębiając dno ze stycznia. Oczekiwano, że gospodarka w okolicach Filadelfii nieco się ożywi, a tu tymczasem takie zaskoczenie… Doszła jeszcze publikacja indeksu wskaźników wyprzedających (LEI) za styczeń – spadł tak jak oczekiwano o 0,1 procent. Ten indeks od dawna w ogóle nie wpływa na nastroje, ale tym razem Conference Board (twórca systemu) w komentarzu stwierdził, że spadek indeksu o dwa procent w ciągu 6 miesięcy można uważać za ostrzeżenia o nadchodzeniu recesji.

Nic dziwnego, że początkowe wzrosty indeksów szybko zamieniły się w osuwania, które doprowadziło do jednoprocentowych spadków. Trudno było jednak uwierzyć, iż fundusze, które w środę obroniły (w bardzo dziwny zresztą sposób) rynek po publikacji danych o inflacji, poddadzą się już następnego dnia po publikacji mniej istotnych raportów makroekonomicznych. Wcale mnie więc nie zdziwiło, kiedy na dwie godziny przed końcem sesji kierunek indeksów zaczął się zmieniać. Zdziwiło mnie to i to bardzo, że byki nie odniosły choćby częściowego sukcesu. Tyle tylko, że duży spadek indeksów po publikacji bardzo słabych danych z ostatnich dwóch dni był całkowicie usprawiedliwiony. Można powiedzieć, że rynek po prostu odchorował środową, dziwną sesję. Jak widać zmienność jest nadal olbrzymia, a reakcji rynków na słabe dane makro nie da się przewidzieć.

W Polsce GPW rozpoczęła wczorajszą sesję od wzrostu, po którym przyszło 1,5 godzinne osłabienie. Rynkiem rządził nie tyle realny popyt ile zagrywki na kontraktach. Nadal mały obrót takie zachowanie znacznie ułatwiał. Po tym osłabieniu indeksy powróciły do wzrostów, chociaż nie było w nim widać nadmiernego entuzjazmu, a rynek małych i średnich spółek (MWIG40) stał w miejscu. Nawet duże wzrosty indeksów w Niemczech i we Francji (w końcu dnia znacznie zredukowane) niespecjalnie pomagały naszym bykom, co w końcu doprowadziło do powrotu indeksów do poziomu środowego zamknięcia, a fixing (po publikacji słabych danych w USA) doprowadził nawet do półprocentowego spadku WIG20.

Widać było, że rynek nadal tkwi w fazie wyczekiwania, a duzi gracze czekają na bardziej trwałe sygnały zachęcające do kupna lub sprzedaży akcji. Nic dziwnego, że WIG20 od siedmiu sesji kręci się koło poziomu 3.100 pkt. i nie może się zdecydować. Trudno oczekiwać, że dzisiaj, kiedy na horyzoncie nie widać nowych impulsów taka decyzja zostanie podjęta, ale początek sesji będzie negatywny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński, Xelion

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Komentarz Piotra Kuczyńskiego: widmo stagflacji martwi rynki akcji