Komentarz tygodniowy Gold Finance: GPW w gronie najsilniejszych rynków akcji na świecie

Roman Przasnyski
06-03-2009, 18:25

Warszawska giełda należała do  najsilniejszych rynków akcji na świecie. Indeks największych spółek do czwartku zwiększył swoją wartość o 7,6%, a WIG o 5,8%. Nie są to wzrosty powalające z nóg, ale na tle innych parkietów naprawdę imponujące. Trudno jednoznacznie określić przyczyny tak dobrego zachowania naszego rynku.

Chciałoby się powiedzieć, że inwestorzy jednak zauważyli i docenili fakt, że polska gospodarka, jako jedna z niewielu na świecie i w regionie, jednak w czwartym kwartale zanotowała niemal 3% wzrost. Trudno jednak w to uwierzyć, podobnie jak w to, że nagle przestali wrzucać do jednego worka tak różne gospodarki jak polska i węgierska, estońska czy rumuńska.

Najbardziej zadziwiający był fakt, że nasz rynek wziął zdecydowany rozwód z Ameryką i zaczął ignorować to, co się dzieje na tamtejszej giełdzie. To zjawisko niespotykane od bardzo długiego czasu. Doskonale widać to na wykresach indeksów. Od trzech lat WIG20 niemal idealnie kalkował zachowanie indeksów amerykańskich i nagle z bliżej nieznanych powodów przestał. Z nieco podobną sytuacją mieliśmy do czynienia od połowy listopada ubiegłego roku do początku stycznia. Być może teraz także uda nam się zachować względną niezależność od Wall Street.

Wydaje się, że za siłę warszawskiego parkietu odpowiada jakaś grupa inwestorów instytucjonalnych. Biorąc pod uwagę tzw. negatywny sentyment do krajów naszego regionu, nienajlepsze opinie (całkiem niezasłużone) o gospodarce Polski i kuriozalne czasem oceny i prognozy, formułowane przez zagraniczną prasę i „ekspertów", trudno przypuszczać, że nasze akcje kupują inwestorzy zagraniczni. Ale wykluczyć tego nie można. Tej tezy nie potwierdzają wciąż niewielkie obroty. Źródłem dużego popytu nie  są też raczej fundusze inwestycyjne, choć z ich strony na pewno znacznie zmniejszyła się presja podażowa. Choć w styczniu (danych za luty jeszcze nie ma) saldo wpłat  do funduszy i umorzeń jednostek uczestnictwa nadal było ujemne, to skala tej nierównowagi była o wiele mniejsza, niż poprzednio. Niestety sprzedaż jednostek przez fundusze, czyli napływ nowych środków, które mogły być przeznaczone na zakupy akcji, była najniższa od listopada 2006 r. Jedyną grupą, którą można „podejrzewać"  o spowodowanie poprawy nastrojów na naszym rynku stanowią fundusze emerytalne.

W każdym razie mamy do czynienia z marcowym rajdem, którego wystąpienia spodziewałem się raczej w okolicy Dnia Kobiet. Przyszedł wcześniej pewnie dlatego, że 8 marca w tym roku przypada w niedzielę. W jego wyniku WIG20 oddalił się od dołka ustanowionego 18 lutego o 16%, a WIG o 11%. Jak na obecne czasy i warunki to całkiem solidna zwyżka. Czy będzie kontynuowana w kolejnych dniach? Dobre pytanie.

W mijającym tygodniu bardzo dobrze radziły sobie spółki deweloperskie. Subindeks obrazujący koniunkturę w tej branży wzrósł o prawie 8%. Nieźle też było  w mediach (wzrost o 6,5%) oraz budownictwie (4,5% na plusie). Niedawną siłę straciły spółki reprezentujące przemysł spożywczy (spadek subindeksu o ponad 4%) oraz małe firmy (indeks sWIG80 zwyżkował o zaledwie 1%). Spośród większych spółek liderem wzrostów były papiery KGHM, które zyskały ponad 20%. To zasługa drożejącej miedzi. Wcześniejsze straty odrabiają też walory TVN (wzrost o niemal 19%).

Europa

Na europejskich parkietach było dużo gorzej, niż w Warszawie. Niemiecki DAX stracił prawie 4% (w czwartek obniżył swoją wartość aż o 5%), podobnie francuski CAC. Nieco lepiej radził sobie indeks giełdy londyńskiej. Trudno się temu dziwić, bo europejskie gospodarki są w ciężkiej zapaści, a o programach ich ratowania nie mówi się aż tak głośno, jak za oceanem. Giełdy naszego regionu wypadają raczej słabo. Największą siłę prezentuje indeks moskiewskiego parkietu, który zyskał 2% ale początek tygodnia miał fatalny. Duże wahania nastrojów to tam wciąż norma. Najgorzej wypadł węgierski BUX ale też sytuacja gospodarcza w tym kraju jest bardzo poważna. W piątek przyszło spore odreagowanie i wzrost o prawie 3%. To jednak nie zmienia zasadniczo sytuacji tamtejszego rynku.

USA

Amerykańskie giełdy zachowują się fatalnie. Tamtejsze indeksy biją rekordy spadków z ostatnich kilkunastu lat. Cała ostatnia hossa została z nawiązką wymazana nie tylko z pamięci, ale i portfeli tamtejszych inwestorów. Wykres Dow Jones'a wygląda dramatycznie i tylko obawa przed wywoływaniem wilka z lasu powstrzymuje od porównań z sytuacją z przełomu lat 20.i 30. ubiegłego wieku. Analogia z kryzysem z lat 70. jest bezpieczniejsza, choć wcale nie bardziej optymistyczna. Marazm, jaki po nim nastąpił trwał niemal 10 lat. Perspektywa powtórki tego scenariusza, nie wspominając o jego gorszej wersji, jest przygnębiająca. Pozostaje mieć wiarę w to, że amerykańska gospodarka potrafi szybko podnieść się z kolan, co udowodniła już wielokrotnie wcześniej. Jej elastyczność i zdolność do regeneracji potrafi być zadziwiająca i potężne spadki PKB  w ciągu kilku miesięcy mogą zostać przezwyciężone. Ta zmienność porównywalna jest chyba tylko z wahaniami giełdowych indeksów, która od lat nie była tak duża. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy najwyższa wartość indeksu Dow Jones sięgała 13 137 punktów, a najniższa 6544 pkt. Różnica między nimi wynosi niemal równo 50%. Gorzej pod tym względem wypadają takie indeksy, jak rosyjski RTS, węgierski BUX czy rumuński BET.

Mało pocieszające jest to, że wciąż nie widać choćby najmniejszych oznak, by amerykańska gospodarka reagowała na ogromną masę pieniądza, jaki został do niej wpompowany. Banki i instytucje finansowe, które były głównym beneficjentem tej pomocy wciąż zaskakują fatalnymi informacjami. Firmy motoryzacyjne znajdują się  w zapaści chyba największej w historii i generują straty równe deficytom budżetowym krajów średniej wielkości. Powiększa się grono guru wieszczących coraz czarniejsze scenariusze i podnoszących ręce do góry wobec kryzysu. Przedstawiciele administracji rządowej nie przejawiają zbytniej aktywności w próbach uspokojenia nastrojów. Sytuacja na giełdach najwyraźniej więc dojrzewa do …mocnego odreagowania. Można zaryzykować tezę, że nawał złych informacji jest tak duży, że inwestorzy wkrótce przestaną na nie reagować, a najdrobniejsza iskierka zwiastująca poprawę może diametralnie zmienić ich nastawienie do akcji. Graniczące z paniką ponad 4% spadki indeksów obserwowane dwukrotnie w tym tygodniu mogą zwiastować zbliżanie się przełomu i odreagowanie.

Azja

Giełdy azjatyckie są na ogół w nieco lepszej sytuacji, niż amerykańskie. Indeks giełdy w Hong Kongu jest mniej więcej na poziomie z połowy 2004 r. i do dołka utworzonego po pęknięciu internetowej bańki sporo mu jeszcze brakuje. Podobnie,  a nawet nieco lepiej, jest w przypadku koreańskiego KOSPI. Rewelacyjnie spisuje się  w ostatnich tygodniach wskaźnik giełdy chińskiej. Choć w ciągu dwunastu miesięcy stracił 55%, to od grudnia wzrósł o około 40%, wymazując niemal połowę bessy. Warto zauważyć, że zwyżkowa fala tamtejszego indeksu utrzymuje się od listopada ubiegłego roku z dwiema niewielkimi korektami. Z drugą mamy do czynienia w lutym i początkach marca, ale większej krzywdy temu trendowi jak na razie nie robi. Zwiększa się tylko zakres wahań.

Interesujący jest rosnący wpływ tego, co dzieje się w chińskiej gospodarce na sytuację innych giełd, co było bardzo wyraźnie widoczne w mijającym tygodniu. Reakcja głównych parkietów europejskich i amerykańskich na oświadczenie chińskich władz o wstrzymaniu się z powiększaniem pakietu pomocy dla gospodarki była bardzo zdecydowana. I dość kuriozalna, bo jeśli premier stwierdza, że gospodarka da sobie radę bez wielomiliardowej kroplówki i wzrośnie o 8%, to powinno wywołać euforię, a nie prowokować do wyprzedaży akcji. Do tego, że wieści z Państwa Środka wywołują duże poruszenie na rynkach surowcowych zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale tak silne oddziaływanie na giełdy akcji jest pewną nowością.

Zdecydowanie nie błyszczy giełda japońska. Podobnie, jak gospodarka tego kraju, która przeżywa najpoważniejszy od wielu lat kryzys. O ile od października ubiegłego roku do stycznia Nikkei zachowywał się podobnie, jak indeks giełdy w Szanghaju, czyli dość zdecydowanie rósł, to w ostatnich tygodniach wyraźnie zmienił kierunek ruchu. Od pierwszej dekady stycznia stracił ponad 20%.

Rosja

Patrząc z dłuższej, kilkuletniej perspektywy indeks RTS zachowuje się nieco podobnie, jak wskaźniki giełdowe w Warszawie. Znajduje się on na poziomie z połowy 2004 r. i usilnie stara się oddalić ustanowionego niedawno dołka. Tam tradycyjnie zmienność wahań jest znacznie większa, niż u nas, a sytuacja zależy mocno od tego, co dzieje się z cenami surowców, głownie metali i ropy naftowej. Tamtejsza gospodarka nie jest w najlepszej kondycji, a i problemy z walutą są spore, jednak na razie nie płyną stamtąd alarmujące wieści. Gdyby się pojawiły, mogłoby to mieć fatalne konsekwencje dla całego regionu, w tym i dla Polski.

Rynek walut

Na światowym rynku walutowym dominującą od początku roku tendencją jest umacniane się dolara wobec euro. Ona determinuje w dużej mierze sytuację naszej waluty. Widać to było bardzo wyraźnie w czwartek. Złoty rozpoczął dzień w bardzo dobrej formie. Oczekiwanie na dość przewidywalną przecież decyzję Europejskiego Banku Centralnego w sprawie obniżenia stóp procentowych powodowało jednak osłabienie naszej waluty. Co ciekawe, pod koniec dnia ta tendencja uległa odwróceniu.

Obserwując to, co dzieje się na naszym rynku walutowym, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ścierają się na nim coraz bardziej zrównoważone siły. Dynamika dziennych zmian kursów bardzo zmalała w porównaniu z niedawnym okresem, gdy złoty tracił lub zyskiwał po kilkanaście groszy. Jednak kursy walut nie poruszają się tak zdecydowanie w jedną lub drugą stronę. Kierunek ruchu zmienia się w ciągu dnia. W jednym z wcześniejszych komentarzy pisałem, że nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że kontynuowane są interwencje. Wydaje się, że ta teza znalazła potwierdzenie w czwartkowej wypowiedzi Sławomira Skrzypka, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Mówił on dość enigmatycznie, że Bank Centralny od około dwóch
miesięcy „wykonuje operacje na parach walut" i rozważa operacje na złotym „ale w takim charakterze, aby nie było to jeszcze interwencją na rynku walutowym". Trudno rozszyfrować słowa prezesa, ale może to i dobrze. Alan Greenspan jest w tej dziedzinie wzorem niedoścignionym i czasem warto brać z niego przykład. W sferze finansów słowa są często bardziej skuteczne niż czyny.

Wracając do konkretów, bilans tygodnia jest dla złotego nieznacznie niekorzystny. Różnica w przypadku franka szwajcarskiego i euro sięga zaledwie 2-4 groszy. W przypadku dolara sytuacja jest bardziej skomplikowana. Szczególnie piątek przyniósł ciekawe rozstrzygnięcia. Po pierwsze dolar gwałtownie stracił w stosunku do euro. To dość zaskakujące z dwóch powodów. Po pierwsze, w czwartek Europejski Bank Centralny obniżył stopy procentowe z 2 do 1,5%, co powinno osłabiać europejską walutę. I tak rzeczywiście było w czwartek. Po drugie, czwartkowa sesja w Stanach Zjednoczonych zakończyła się mocnym spadkiem indeksów, a pogorszenie się sytuacji na giełdach skutkowało ostatnio niemal automatycznie umacnianiem się dolara. W piątek żaden z tych czynników nie zadziałał. W efekcie doszło do dość rzadkiej sytuacji, gdy złoty tracił – i to dość mocno - wobec euro i franka a zyskiwał w stosunku do dolara.

Rynek surowców

Na rynkach surowcowych działo się w mijającym tygodniu bardzo wiele. Głównie za sprawą wieści z Chin. Tamtejsza gospodarka ma decydujący wpływ na ceny wielu z nich. Najpierw wielkie nadzieje na wzrost popytu wzbudziły spekulacje, że rząd Chin zwiększy skalę programu stymulacyjnego. W środę notowania miedzi i ceny ropy wystrzeliły w górę. O kilka procent. W przypadku akcji spółek zajmujących się wydobyciem i przetwórstwem miedzi mieliśmy do czynienia wręcz z amokiem zakupów.  O kilkanaście procent rósł nie tylko kurs KGHM, ale i największych światowych koncernów, takich jak BPH Billiton czy Rio Tinto. Zapał grających na zwyżkę zgasł jednak równie gwałtownie, jak się pojawił, gdy okazało się, że zastrzyk kasy chińskim firmom nie jest jednak potrzebny, bo gospodarka tego kraju i bez tego jest w stanie osiągnąć 8% wzrost PKB.

Jak widać, interpretacje informacji przez inwestorów często bywają zadziwiające. Widocznie posunięcia amerykańskiej administracji i władz monetarnych przyzwyczaiły ich
do tego, że zasilanie gospodarki kosmicznymi kwotami dolarów jest jedyną metodą poprawy nastrojów i sytuacji. Jak wskazuje obserwacja zachowania indeksów giełd w USA,
nie jest to takie oczywiste.

Spore były wahania cen ropy naftowej, po części spowodowane tymi samymi  przyczynami, jak w przypadku miedzi. Bilans tygodnia nie był jednak wstrząsający. Ciekawie też działo się na rynku złota. Na początku tygodnia mieliśmy do czynienia ze sporą korektą niedawnych wzrostów. Cena uncji kruszcu spadła w ciągu dwóch dni o około 50 dolarów, czyli mniej więcej 5%. Po krótkiej stabilizacji na poziomie nieco ponad 900 dolarów, w czwartek i piętek dynamicznie odrabiała straty. Do bariery 1000 dolarów sporo jeszcze brakuje, ale jeśli nastroje na giełdach akcji i na rynku walutowym nie ulegną poprawie, możliwe jest rychłe dotarcie cen do tego poziomu. Mocno rosły też ceny srebra i platyny.

Wieści z rynku

Reakcje banków na niedawną decyzję Rady Polityki Pieniężnej o obniżce stóp procentowych do 4% są dość zróżnicowane. Zwykle potrzebują one nieco czasu na podjęcie decyzji o zmianach kosztu kredytów czy oprocentowania depozytów. Tendencja do obniżania stóp przez RPP ma charakter trwały. Odsetki od kredytów powinny więc spadać. To może sprzyjać pobudzeniu popytu na rynku mieszkaniowym. Tym bardziej, że rozkręca się coraz bardziej rządowy program „Rodzina na swoim", w ramach którego można uzyskać zwrot połowy odsetek od kredytu przez okres ośmiu lat.

Prognozy na przyszły tydzień

Sytuacja na rynkach finansowych w dalszym ciągu daleka jest od jednoznacznego wyjaśnienia. Najważniejsze wciąż są informacje i sygnały płynące ze Stanów Zjednoczonych. Tam zaś trwa huśtawka nastrojów. Każdego dnia można się spodziewać gwałtownego załamania, choć trudno już wyobrazić sobie, by mgło być gorzej. Pozostałe giełdy, w tym w naszym regionie powoli zaczynają się uodparniać, na to, co dzieje się za oceanem. Może to sygnał, że w decyzjach argumenty racjonalne zaczynają przeważać nad emocjami. Jakiekolwiek prognozy są obecnie obarczone dużym ryzykiem. CI, którzy nie są skłonni do jego ponoszenia powinni wstrzymywać się z decyzjami lub poszukiwać najbardziej bezpiecznych instrumentów, ci, którzy ryzyko są w stanie podjąć powinni robić to z rozwagą i raczej reagować szybko i elastycznie na to, co się dzieje, niż tworzyć wyszukane scenariusze. Wydaje się, że dla inwestorów o dłuższym, kilkuletnim  horyzoncie, nadchodzi dobry czas na budowanie portfela.

Roman Przasnyski
Autor jest głównym analitykiem Gold Finance


 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Roman Przasnyski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Komentarz tygodniowy Gold Finance: GPW w gronie najsilniejszych rynków akcji na świecie