Koń, który (nie) mówi

Kazimierz Krupa
17-06-2004, 00:00

Czy rząd, który niby jest, ale jakby go nie było, może podejmować decyzje warunkujące kierunki polskiej polityki europejskiej na wiele najbliższych lat? A w takiej sytuacji jest premier Marek Belka. Wyjechał do Brukseli, na szczyt Rady Europejskiej, jako premier nominat. Na szczyt, na którym mogą zapadać decyzje, których konsekwencje będą odczuwalne przez następne dziesięciolecia. Tymczasem... Tryb powoływania rządu, premiera rządu, jest dwustopniowy. Najpierw prezydent mianuje premiera, ale musi on uzyskać niejako kontrasygnatę parlamentu. Upraszczając sprawę i porównując np. do egzaminu dojrzałości, premier musi zdać egzamin pisemny (teczka od prezydenta) i ustny (błogosławieństwo od Sejmu). Czy można więc uznać, że premier Belka, który jest po części pisemnej (dostał teczkę), ma już maturę w kieszeni, zdał egzamin dojrzałości? No, chyba jednak nie — nie zaliczył „ustnego”. Ale jest jeszcze gorzej. Bo on już raz do tego ustnego podchodził. I oblał z kretesem. Teraz złagodzono mu kryteria i będzie poprawiał za kilka dni.

Może za drugim razem się uda, bo komisja egzaminacyjna (Sejm) jest już tak pokłócona, że nie może się zgodzić nawet co do aktualnej godziny. Ale póki co — z całym szacunkiem dla pana prezydenta i jego kandydata — czym on się różni (w sensie proceduralnym, oczywiście, nie fizycznym) od konia, którego senatorem zrobił cesarz Kaligula? I jeden, i drugi nie mają nieodzownej do wykonywania swojej funkcji akceptacji parlamentu. Parlamentu, warto dodać, w którym nie wiadomo kto zasiada, bo 17 posłów wybrało cieplejsze posadki posłów Parlamentu Europejskiego.

No i zaczął się problem: kiedy zaczynają oni być posłami europejskimi, czyli kiedy przestają być krajowymi. Zawsze wydawało nam się, że posłem staje się delikwent w momencie złożenia ślubowania, a nie uzyskania kwitu o wyborze. Opinia Państwowej Komisji Wyborczej jest jednak inna, a marszałka Sejmu jeszcze inna. W efekcie jeden z lepiej wychowanych posłów w naszym parlamencie mówi, że „ni cholery” nie wie, kim jest, a drugi przyznaje się, że chyba „nielegalnie” głosował. Potencjalni następcy tych posłów „za cholerę” nie chcą do tego parlamentu — jedni „programowo”, a drugim się nie opłaca, bo „za krótko”. Podobno marszałek Oleksy przekonuje ich prośbą i groźbą. Ale czy można się dziwić, że nie chcą akurat do takiego parlamentu? Chyba nie.

No i co w takiej sytuacji ma zrobić prof. Belka? Jechać musiał. Może więc dobrym pomysłem jest stara zasada: jak nie wiesz, co powiedzieć, najlepiej milcz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Koń, który (nie) mówi