Koniec "teflonowych przywódców"

Wiktor Krzyżanowski, Marek Knitter
opublikowano: 11-04-2003, 00:00

Polska ma złą passę. Główny problem? Wielka grupa społeczna — ludzie w wieku 25-30 lat — nie ma żadnego wpływu na losy kraju! Rządzą ludzie w okolicy pięćdziesiątki, którzy wytworzyli wokół siebie rodzaj kokonu — ocenia Jan Krzysztof Bielecki.

„Puls Biznesu”: Świat koncentruje się na wojnie w Iraku, my mamy naszą wojnę na szczytach władzy. Jak z perspektywy Londynu ocenia Pan sytuację gospodarczą w Polsce?

Jan Krzysztof Bielecki: W najbliższych miesiącach cudu nie będzie. Nie ma bowiem możliwości szybkiego powrotu do dynamicznego wzrostu gospodarczego z lat 90. Jeśli nawet nie dojdzie do drugiego „dołka”, który niektórzy przewidują, to nic nie wskazuje, by gospodarka raptem miała dynamicznie rosnąć.

- Bo właściwie nikt — ani w Polsce, ani na świecie — nie ma recepty na wzrost. Czy to oznacza, że dynamiczny rozwój z ostatniej dekady XX wieku był manipulacją?

— Nie. Postęp technologiczny, który pozwolił na większą wydajność pracy, jest rzeczywisty. Na każdym kroku to widzimy, również Polsce. Telefony komórkowe, rozwój Internetu — wszystko przecież istnieje... Tyle że ludzie jakby nie byli jeszcze gotowi, by w pełni skonsumować rewolucję technologiczną. Wielkie koncerny nie przewidziały, że każda rewolucja ma swoje „dzieci” — pokolenie, które nowe tendencje niesie. Tak było na przykład z samochodami — trzeba było lat, by nowość stała się powszechna. Wszystko wymaga czasu. A my właśnie znajdujemy się w dostosowawczej fazie cyklu koniunkturalnego. Potrwa ona parę miesięcy albo kilka lat.

Drugi problem w tym, że uśpił nas ten czas dobrobytu. Nasz kontynent miał prawie dekadę niezwykłego spokoju i stabilizacji. W czasach zimnej wojny Europa wydawała około 3 proc. PKB na zbrojenia. Później podobne wydatki nagle spadły do 1,6 proc. PKB. Całą nadwyżkę skonsumowano, poprawiając poziom życia, rozbudowując system pomocy społecznej. To wszystko spowodowało, że w sferze polityki potrzebowano „teflonowych przywódców”: nie mieli żadnych konkretnych poglądów, byli kimś w rodzaju mediatorów, dobrze wyglądających w telewizji — co okazało się bardzo ważne. Tacy politycy, jak Bill Clinton czy Gerhard Schroeder potrzebni byli w dobie dobrobytu. Mamy jednak inne czasy, pojawiały się nowe zagrożenia... Przywództwo wymaga teraz zdecydowanego identyfikowania zagrożeń i próby ich rozwiązywania.

 Czy Irak jest takim zagrożeniem?

— Trudno powiedzieć... Z pewnością ogólnoświatowy terroryzm pozostaje takim zagrożeniem. Przykładem zamach z 11 września. Świadomość o tych niebezpieczeństwach pojawiła się w USA już za rządów Billa Clintona — ale nic z tego nie wynikało. Brakowało decyzji. Obecnie rządząca administracja w podejmowaniu rozstrzygnięć jest znacznie bardziej zdeterminowana.

- Wróćmy jednak do recepty na powrót do szybkiego wzrostu, zwłaszcza w Polsce.

— Polska ma złą passę. Główny problem polega na tym, że u nas młode pokolenie dziś jeszcze jest za słabe, co oczywiście nie znaczy, że go nie ma. W zachodniej Europie społeczeństwo się zestarzało. W Polsce — dokładnie odwrotnie. Istotną, wielką grupę społeczną stanowią ludzie w wieku 25-30 lat. Czyli ogromna rzesza, która jeszcze nie ma żadnego wpływu na losy kraju! W tej chwili w Polsce rządzą ludzie w okolicy pięćdziesiątki, którzy zintegrowali się i wytworzyli wokół siebie rodzaj kokonu. Problem, że obok nich jest pustka: brak młodszego pokolenia — następców i konkurentów.

Jeśli jednak skłaniam się do optymizmu, to dlatego, że tak wielka armia młodych po prostu musi sobie znaleźć miejsce. Ci ludzie są zupełnie inni — technologicznie lepiej przystosowani, bardziej otwarci na świat, przez ostatnich kilkanaście lat mieszkają w kraju w pełni suwerennym. To pokolenie — w przeciwieństwie do mojego — nie marnowało czasu na prozaiczne uciążliwości w latach niedostatku — no choćby marnotrawienie czasu w kolejkach. Oni zdobywali wiedzę. I doświadczenie.

- Kłopot w tym, że i w polityce, i w biznesie przywołany przez Pana kokon tak trudno przebić...

— Uprzejmie przypominam, że w czasach Solidarności garstce ludzi, którzy naprawdę wierzyli w zmiany, udało się doprowadzić do rewolucji. Myślę, że i tym razem powinno się udać.

- Ale potrzeba lat, wymiany pokoleniowej... Czy to znaczy, że dopóki nie dojdzie do zmiany warty, trudno oczekiwać powrotu na ścieżkę szybkiego wzrostu?

— Po pierwsze: mieliśmy ostatnio dwa trudne lata, ale to jeszcze nie koniec świata! Przedsiębiorca powinien spostrzec i dobre zjawiska, które może nie zaowocują od razu, jutro, ale w dłuższej perspektywie. Przede wszystkim nowe możliwości po wejściu Polski do struktur unijnych. I nowe możliwości tej pięciomilionowej młodej generacji, mogącej podnieść jakość nie o jedną, ale o kilkanaście poprzeczek w górę.

Pamiętajmy, że rozstrzygnięcia traktatu w Nicei stawiają Polskę wśród krajów naprawdę dużych i ważnych. Przecież w porównaniu z Holandią nasz kraj gospodarczo i militarnie jest „pchełką”. Lecz jako siła polityczna w przyszłym Parlamencie Europejskim czy w Komisji będziemy mieli więcej do powiedzenia. To dla Polski szansa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wiktor Krzyżanowski, Marek Knitter

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Koniec "teflonowych przywódców"