Korwin-Mikke: będę często wetował i wygłaszał orędzia do narodu

PAP
opublikowano: 02-06-2010, 09:34

Częste korzystywanie z prawa weta oraz inicjatywy ustawodawczej - w pierwszej kolejności w celu reformy sądownictwa - zapowiedział w wywiadzie dla PAP kandydat na prezydenta Janusz Korwin-Mikke (Wolność i Praworządność) . Jak mówił, jeśli wygra, będzie też często wygłaszał orędzia do narodu.

Korwin-Mikke zapewnił również, że będzie dbał o możliwie duży zakres autonomii Polski w stosunku do Unii Europejskiej - w szczególności polskiej armii. Jak dodaje, z całą pewnością zawetuje próby wprowadzenia w naszym kraju wspólnej europejskiej waluty.

PAP: Dlaczego chce pan zostać prezydentem?

Janusz Korwin-Mikke: By mieć pozycję, z której można dla Polski zrobić więcej, niż obecnie.

PAP: A co chciałby pan zrobić dla Polski?

J.K-M: Przywrócić normalność. Socjal-d..kracja nie jest normalnością.

PAP: Co w takim razie oznacza dla pana normalność, którą chce pan przywrócić?

J.K-M.: Przywrócenie podstawowych zasad prawa: prawo nie działa wstecz, chcącemu nie dzieje się krzywda, ludzie nie są równi, kobiety powinny mieć przywileje, a nie tzw. równe prawa.

PAP: Proszę to rozwinąć, co oznacza: "chcącemu nie dzieje się krzywda, ludzie nie są równi, kobiety powinny mieć przywileje, a nie tzw. równe prawa".

J.K-M.: To oznacza, że jeśli chcę sobie obciąć palec, odebrać życie czy - o zgrozo - nie zapiąć pasów bezpieczeństwa w samochodzie - to nikt nie ma prawa mi tego nakazać czy zakazać. Ludziom pracowitym nie powinno się zabierać pieniędzy, by zrównywać ich pozycję z dofinansowywanymi pupilkami socjal-d...kracji, czyli patentowanymi próżniakami. Kobiety powinny mieć emeryturę w wieku 60, a nie 65 lat.

PAP: Nie podoba się panu demokracja, jak nazwałby pan ustrój, który pana zdaniem byłby lepszy?

J.K-M.: Normalnym ustrojem, panującym przez 99 proc. historii ludzkości, były rozmaite formy monarchii. D...kracja pojawiła się w historii parę razy i za każdym razem kończyła się fatalnie: korupcją, głupotą nieprawdopodobną i upadkiem państwa - Ateny, I Rzeczpospolita. A socjalizm to po prostu wytwór chorego umysłu. Obecne d...kracje skończą tak samo. To chyba już wyraźnie widać?

PAP: Przywrócenie w Polsce monarchii jest raczej mało realne. Co poza tym chciałby pan Polakom zaproponować. Jaki ma pan program jako kandydat na prezydenta?

J.K-M: Nieprawda, bo jeśli pojawi się prawdziwy kryzys, natychmiast skończą się gadaniny o tzw. równości, prawach kobiet itd. I wtedy pojawi się jakiś dyktator - i jeśli będzie dobry - ogłosi się królem. Ale to nie przed wyborami, istotnie...

Prezydent odpowiada za politykę zagraniczną - i od razu wyjaśniam, że nie mam żadnych sympatii ani antypatii politycznych. Sojusz zawiera się z tym, z kim się w danej chwili to opłaca.

Prezydent jest też zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Będę żądał zwiększenia wydatków na wojsko i policję o 50 proc. - przy czym nie na ludzi za biurkiem. Musi zostać stworzone stanowisko Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych czy "hetmana polnego" - czyli dowódcy na wypadek wojny. Poza tym powolna odbudowa od podstaw Marynarki Wojennej oraz szkolenie młodzieży szkolnej w jednostkach wojskowych; choćby dwa tygodnie, ale z prawdziwym strzelaniem z pistoletu i przyjrzeniem się życiu w wojsku. A Sztab Generalny ma tworzyć plany wojen i obronnych, i zaczepnych przeciwko wszystkim sąsiadom.

Prezydent ma również prawo inicjatywy ustawodawczej - i będę je wykorzystywał bardzo szeroko, na początek w celu zasadniczej reformy sądownictwa. Prawo weta też będę stosował bardzo szeroko. Notabene ludzie powszechnie - i słusznie - uważają posłów za matołów i oszustów, krytykują ustawy za ich głupotę, a Sejm stoi bardzo nisko w hierarchii poważania u ludzi. Jednocześnie ci sami ludzie z powagą przytakiwali oskarżeniom, że prezydent szkodzi, bo wetuje ustawy sejmowe. Zdecydowana większość ustaw jest szkodliwa, a co najmniej zbędna. Za to praktycznie nie będę korzystał z prawa łaski - obecnie używanego do werbowania kapusiów dla rozmaitych służb specjalnych.

O suwerenność III RP nie mogę już dbać, bo ta została wskutek podpisu śp. Lecha Kaczyńskiego 1 grudnia 2009 roku utracona (podpisanie aktu ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego - PAP). Będę jednak dbał o możliwie duży zakres autonomii III RP w stosunku do Unii Europejskiej - co nie znaczy, że będę się sprzeciwiał tym dyrektywom z Brukseli, które są lepsze od ustaw krajowych. Z całą pewnością będę strzegł tego, by armia nie została podporządkowana jakiejś euro-komendanturze i zawetuje próby wprowadzenia euro.

Będę ponadto kierował wnioski o stawianie urzędników przed Trybunałem Stanu i dość często uciekał się do wyjaśniania ludziom sytuacji poprzez orędzia do narodu.

PAP: Mówił pan, że często wykorzystywałby pan prawo prezydenta do inicjatywy ustawodawczej i że w pierwszej kolejności dotyczyłoby to reformy wymiaru sprawiedliwości, na czym miałaby ona polegać?

J.K-M.: Chodzi o zasadnicze uproszczenie procedur i ograniczenie biurokracji. Chcę: wprowadzenia zasady, że sędzia nie sądzi we własnym ani sąsiednim mieście, losowania spraw, prowadzenia sprawy sądowej do końca bez przekładania i odraczania, godziwych diet dla świadków oraz drakońskich kar dla świadków i innych osób za nieobecność na rozprawie. I całej kupy drobiazgów zupełnie oczywistych, a nie wprowadzanych, bo nikomu się nie chce.

PAP: Powiedział pan, że ludzie nie są równi. Rozumiem, że chodzi o to, że nie są tacy sami, bo mają różne zdolności, możliwości itd. Nie uważa pan, że państwo powinno wspierać tych, którzy niezależnie od siebie zaczynają ze słabszej pozycji, bo np. urodzili się w biedzie, czy nie mieli odpowiednich wzorów?

J.K-M: Nie. Czy powinno się też fundować operacje plastyczne brzydkim dziewczynom?

PAP: W ostatnim czasie byliśmy świadkami konfliktów na linii rząd - prezydent, jeśli chodzi np. o reprezentację Polski na międzynarodowych spotkaniach. Czy pan, jako prezydent, chciałby uczestniczyć w szczytach europejskich i jak wyobraża pan sobie współpracę z rządem, jeśli zapowiada pan szerokie stosowanie weta?

J.K-M: Konstytucja i ustawa o prerogatywach powinna jasno rozdzielać te kompetencje. W zasadzie prezydent spotyka się z koronowanymi głowami i innymi prezydentami, a premier z premierami. I koniec. Jednak są komplikacje - np. prezydent USA jest jednocześnie premierem. UE zaś przyjęła rozsądna skądinąd zasadę, że reprezentuje państwo ten, kto sprawuje władzę nad wojskiem i policją. Problem w tym, że prezydent w Polsce jest zwierzchnikiem wojska, ale nie jest zwierzchnikiem policji. Obawiam się - ponieważ jestem opcji anty-niemieckiej, a PO to partia "niemiecka" - że tu byłyby poważne konflikty.

Natomiast co do weta - to nie rozumiem. Po zawetowaniu ustawy może się na mnie obrazić ta większa część Senatu lub Sejmu, która ją forsowała, ale co ma do tego rząd? Jaką ustawę otrzymał od maszynki parlament-prezydent-Trybunał Konstytucyjny, taką ma wykonywać. Żadnego konfliktu nie widzę.

PAP: To rząd ma większość w parlamencie i ma inicjatywę ustawodawczą.

J.K-M.: Inicjatywy inicjatywami. Po pierwsze, rząd jako władza wykonawcza powinien zajmować się rządzeniem, czyli wykonywaniem ustaw, a nie projektowaniem nowych. A po drugie, czy rząd obraża się na parlament, który mu jakiejś ustawy nie uchwali? To dlaczego miałby obrażać się na prezydenta?

Natomiast - skoro pani pyta - w stosownym momencie zgłoszę projekt zasadniczej zmiany Konstytucji. Chodzi o utworzenie Rady Stanu - swoistej III Izby Parlamentu, która przejęłaby od rządu wszystkie funkcje projektowania ustaw. Rząd wreszcie zająłby się wykonywanie ustaw, a nie ich projektowaniem. Pamiętam, że gdy byłem posłem pod koniec kadencji zaistniała taka sytuacja, że rząd przez dwa lata nie stworzył przepisów wykonawczych do 70 ustaw, a jednocześnie zaprojektował 90 nowych.

PAP: Gdzie udałby się pan jako prezydent z pierwszą wizytą zagraniczną i dlaczego?

J.K-M: Wiem doskonale. Odmawiam odpowiedzi. Na pewno do żadnego z tych krajów, o których pani myśli. Żadne z mocarstw ani żaden sąsiad Polski.

PAP: Dlaczego nie chce pan tego zdradzić?

J.K-M: Bo wszystko, co powiem, może być użyte przeciwko mnie, a nie jest to sprawa tak ważna, by wymagała wyjaśnienia PT Wyborcom.

PAP: Na jaki wynik pan liczy?

J.K-M: Na dobry. Jeśli nie - uznam, że Polacy chcą, by panowała głupota i korupcja.

PAP: Kogo mógłby pan poprzeć w drugiej turze - Jarosława Kaczyńskiego czy Bronisława Komorowskiego?

J.K-M.: Mam nadzieje, że w drugiej rundzie będzie inny układ.

PAP: Jaki?

J.K-M.: Dwóch innych z trzech kandydatów na "K".

PAP: Ile wyda pan na swoją kampanię wyborczą?

J.K-M.: Nie wiem. Pieniądze wpływają. W poprzednich wyborach wydałem niecałe 200 tys., a pani Henryka Bochniarzowa około dziewięć milionów i nieustannie była w mediach. Ale mimo to otrzymała mniej głosów ode mnie. Więc nie od pieniędzy to zależy.

PAP: Chciałby pan stanąć do debaty prezydenckiej z pozostałymi kandydatami?

J.K-M.: Oczywiście. Tylko oni wszyscy - bądź prawie wszyscy - się boją. Debata powinna być w grupach dwu-, trzyosobowych. Boją się, bo my mamy argumenty, a oni plotą duby smalone, obiecują niestworzone rzeczy albo po prostu bełkocą slogany. Zero konkretów.

PAP: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marzena Kozłowska (PAP)

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane