Kowalski bierze kredyt na kredyt

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 02-06-2009, 00:00

Mają po 60 lat i 15 kredytów. Spłacają je wzorowo: stare długi rolują nowymi. I przy okazji banki. Ale one też nie są bez winy.

W pętli zadłużenia jest już 70 tys. osób winnych 7 mld zł

Mają po 60 lat i 15 kredytów. Spłacają je wzorowo: stare długi rolują nowymi. I przy okazji banki. Ale one też nie są bez winy.

Dochód pani Marii, rencistki z Dolnego Śląska, wynosi 1089 zł. Miesięcznie płaci raty różnych kredytów o łącznej wysokości 2537 zł. Płaci wzorowo. Od kiedy w lipcu 2005 r. była w banku po raz pierwszy po kredyt, ani razu nie przekroczyła terminu spłaty. Z punktu widzenia Biura Informacji Kredytowej (BIK) jest rzetelnym i wiarygodnym klientem. Dla banków, w których zaciągnęła kredyt, a ma ich na koncie kilkanaście, to tykająca bomba, która prędzej czy później wybuchnie.

Spirala się kręci

Takich osób jak pani Maria było na koniec 2008 r. 70 tys., a ich długi wobec banków wynosiły 7 mld zł. Tak wynika z datowanego na luty opracowania na temat przekredytowania osób indywidualnych w Polsce, do których dotarł "Puls Biznesu". Dzisiaj liczba dłużników jest już o 10 tys. wyższa, a zadłużenia — o 1 mld zł.

— Zawsze istnieje odsetek kredytobiorców, którzy biorą po kilka kredytów, kolejnym spłacając raty zaciągniętego wcześniej. Dotąd był to margines. Dzisiaj to poważny problem. Spirala kręci się coraz szybciej. Jeśli banki nie zabiorą się do rozwiązania tego problemu, na koniec roku długi mogą urosnąć do 12 mld zł — mówi Mariusz Karpiński, do niedawna prezes Meritum Banku.

Wcześniej przez 14 lat szefował GE Money Bankowi, wyspecjalizowanemu w kredytach detalicznych.

Kredyt na kredyt

Mariusz Karpiński zwrócił uwagę na problem jesienią ubiegłego roku, po rozmowach z szefami kilku banków. Okazało się, że na rynku jest coraz więcej osób zadłużonych u kilku kredytodawców. W papierach wszystko było w porządku. Z zapytań wysyłanych do BIK wynikało, że na wnioskodawcach nie ciążą żadne zaległości i długi spłacają terminowo. Niepokojące było to, że osoby o stosunkowo niskich dochodach dostają pożyczki w kolejnych bankach. W wielu przypadkach zadłużenie często przekraczało miesięczne dochody kredytobiorcy dwa razy i więcej.

Wtedy na odpowiednio dużej próbie oraz z wykorzystaniem modelu matematycznego zrobił symulację, jak duża jest skala zjawiska.

Wyniki były niepokojące. Mariusz Karpiński zwrócił się więc do BIK o dane pozwalające zidentyfikować zasięg problemu w całym sektorze.

— Klientów, którzy zaciągają pożyczki, żeby spłacić kolejne, ma kilkadziesiąt banków, w kilkunastu to spora grupa kredytobiorców — mówi Mariusz Karpiński.

Nie wszystkie banki zauważają problem. Zjawisko, o którym mowa, ma ukryty charakter, ponieważ ta grupa kredytobiorców płaci rachunki na czas. Pytanie, jak długo?

— Problem zaczął się dwa-trzy lata temu, kiedy banki poluzowały politykę kredytową. Ludzie zaczęli się zadłużać ponad stan. Znaleźli jednak sposób: brali kolejne kredyty — wyjaśnia Mariusz Karpiński.

Było to możliwe, ponieważ banki zaczęły dawać pieniądze od ręki, na dowód, bez zaświadczeń, opierając się przy tym na tzw. modelach behawioralnych. Opisują one zachowanie klienta od momentu, gdy znajdzie się w bazie kredytobiorców. Jeśli spłacał przykładnie raty, wówczas bank traktuje go z większym zaufaniem i bez specjalnej weryfikacji daje kolejny kredyt. System okazał się dziurawy jak durszlak.

— Jest dużo racji w tym co mówi prezes Karpiński. Problem jest szczególnie jaskrawo widoczny w przypadku wniosków dostarczanych przez pośredników, którzy "przepuszczają" je przez systemy scoringowe kilku banków, żeby klient dostał kredyt — mówi Szymon Midera, wiceprezes Banku Pocztowego.

A z tym jest coraz gorzej. Dawniej tzw. współczynnik konwersji, czyli odsetek akceptowanych wniosków, wynosił około 50 proc. Dzisiaj już tylko około 10 proc.

— U pośredników jest to jeszcze mniej. Do nich przychodzą ludzie już w absolutnej desperacji, potrzebujący kredytu na zrolowanie starego — wyjaśnia Szymon Midera.

Jak to odkręcić

Problemem przekredytowania zainteresowała się już Komisja Nadzoru Finansowego (KNF). Na początku maja Krzysztof Broda, wicedyrektor pionu nadzoru bankowego w KNF, wysłał do prezesów banków, pismo nakazując im weryfikację modeli oceny ryzyka, gdyż w pewnych okolicznościach "mogą okazać się niewrażliwe na zjawisko spirali kredytowej".

— Monitorujemy to zjawisko. Razem z firmami, które prowadzą bazy danych nierzetelnych dłużników, rozpoczynamy badanie jego skali. Banki otrzymały od nas także zalecenia. Powinny dążyć do powstrzymania narastania zadłużenia osób przekredytowanych lub zbliżających się do tej granicy — mówi Marta Chmielewska-Racławska, rzecznik KNF.

— Sprawa wymaga podjęcia natychmiastowych działań. W moim przekonaniu banki nie mają innego wyjścia, tylko muszą wspólnie z kredytobiorcami rozwiązać problem — mówi Mariusz Karpiński.

Sam się nie rozwiąże. Nie ma żadnych szans, żeby dłużnicy sami wyszli ze spirali zadłużenia. Ci, którzy w nią wpadli, to, jak wynika z danych BIK, w 40 proc. emeryci, w 20 proc. renciści, 40 proc. to osoby pracujące. Średnia wieku dłużnika przekracza 50 lat.

— Minę można jeszcze rozbroić. Banki będą musiały jednak zrestrukturyzować dług — uważa Mariusz Karpiński.

Równolegle trzeba też uszczelnić system, żeby ustrzec się podobnych przypadków w przyszłości. Mariusz Karpiński uważa, że jak najszybciej trzeba wprowadzić w życie niektóre elementy rekomendacji T, która ustala zasady udzielania kredytów i monitoringu spłaty. W projekcie, dyskutowanym z bankami, KNF proponuje, żeby wysokość rat nie przekraczała 50 proc. dochodów klienta.

— Można się spierać o wysokość tego limitu. Niech będzie więc 70 proc., ale niech w ogóle będzie. Poza tym zobowiązałbym banki do przekazywania danych o wszystkich klientach do BIK oraz — to kosztuje, ale w końcowym rachunku z pewnością się opłaca — sprawdzania w BIK zadłużenia każdej osoby, której bank zamierza dać kredyt — przekonuje Mariusz Karpiński.

Na razie na to się jednak nie zanosi. Ostatnio Stanisław Kluza, szef KNF, potwierdził, że rekomendacja wejdzie w życie dopiero w przyszłym roku. Bankom jest to na rękę. Na zakończenie prac w ramach "Paktu na rzecz rozwoju akcji kredytowej", zaaranżowanych przez NBP, branża zaproponowała m.in.: "Odłożenie w czasie wdrożenia rekomendacji T — w obecnej sytuacji mogłoby ograniczyć kredytowanie gospodarstw domowych".

Dlaczego BIK nie wyłapuje

przekredytowanych klientów?

Po pierwsze: banki nie zawsze są dociekliwe i często nie pytają w BIK o "starych" klientów, którzy od dłuższego czasu regularnie spłacają nawet duże zobowiązania;

Po drugie: banki, wysyłając do biura informacje o kredytobiorcy, najczęściej nie wypełniają rubryki "dochody". Jest to kluczowa informacja do obliczenia zdolności kredytowej klienta.

Po trzecie: winni są sami dłużnicy. Można się rozczulać nad losem pani Marii, która ma do spłacenia ponad 70 tys. zł, ale nie da się ukryć faktu, że w takich przypadkach często dochodzi po prostu do wyłudzeń. Nawet w najbardziej liberalnym banku klient pytany jest o kredyty w innych instytucjach.

Do tej pory banki robiły odpisy na opcje i kredyty dla firm. Teraz przychodzi czas na pożyczki dla Kowalskiego.

400 mld zł — tyle wynosi obecnie zadłużenie gospodarstw domowych w Polsce. W tej kwocie 182 mld zł stanowią kredyty gotówkowe, ratalne, samochodowe i karty kredytowe.

— 7 mld zł przekredytowania to duża kwota, jednak w skali całego portfela kredytów detalicznych nie jest aż tak wielka. Pamiętajmy, że jest to około 4 proc. łącznego zadłużenia klientów indywidualnych, z wyłączeniem hipotek — mówi Marta Jeżewska, analityk DI BRE Banku.

Mniej więcej na tyle analitycy szacują w tym roku koszty ryzyka. Według prognoz portfel kredytowy w części detalicznej pogorszy się właśnie o około 4 proc. Marta Jeżewska ocenia, że wśród nich znajdzie się sporo kredytów, które zassała spirala zadłużenia.

— To są osoby, które jako pierwsze odczują rosnącą restrykcyjność banków w udzielaniu kredytów. Banki już częściowo uwzględniły te kredyty w rezerwach, ale odpisy będą oczywiście rosły. W skali jednego banku mogą to być kwoty rzędu kilkuset milionów złotych. Nie oznacza to jednak, że dzieje się w nim coś złego — mówi Marta Jeżewska.

Psucie się portfela kredytowego jest procesem naturalnym w czasach spowolnienia gospodarczego. To zrozumiałe. Hannę Kędziorę, analityka DM PKO BP, zastanawia jednak, jak banki mogły dopuścić do nakręcenia spirali zadłużenia.

— Jeśli obliczenia dotyczące liczby osób i wysokości zadłużenia są prawdziwe, mamy poważny problem. Na rynku zawsze jest odsetek osób, które zaciągają kilka kredytów i nie mogą ich spłacić, ale nie sądziłam, że jest ich tak dużo — mówi Hanna Kędziora.

Pozostaje pytanie, jaka będzie szkodowość tej części portfela kredytowego, który trafił w wirówkę spirali zadłużenia. Hanna Kędziora zwraca uwagę, że chociaż wartość zadłużenia przekracza miesięczne wpływy, to dłużnicy mimo wszystko jakieś dochody mają.

Nawet jeśli dług je przyciśnie, a kolejny bank nie da już kolejnego kredytu, zadłużenie można restrukturyzować. A to, że ktoś w końcu powie "sprawdzam", jest niemal pewne. Pytanie tylko, kiedy.

— Kredyty są coraz mniej dostępne i coraz droższe. Ktoś, kto znalazł się w spirali zadłużenia, prędzej czy później nigdzie nie dostanie pieniędzy — mówi Hanna Kędziora.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu