Kredytowa wojna nerwów trwa w najlepsze

Mateusz Wilczyński
opublikowano: 31-05-2010, 00:00

Już na początku roku banki zapowiedziały pokryzysowe zmiany w polityce przydzielania kredytów inwestycyjnych. Miało być łatwiej, szybciej i przyjemniej.

Powolne przyspieszanie

Instytucje finansowe przygotowały oferty, pojawiły się kampanie promujące konkretne narzędzia inwestycyjne. Wydawać by się mogło, że wszyscy przedsiębiorcy, którzy narzekali na brak możliwości pożyczania pieniędzy na inwestycje w 2009 r. po takich deklaracjach banków urządzą ich oblężenie. Tak się jednak nie stało. Według danych NBP liczba udzielonych kredytów w pierwszym i drugim kwartale wzrosła zaledwie o nieco ponad 3 proc.

— Trudno mówić o wymiernych efektach zmian w bankach, jeśli liczba wniosków o kredyty inwestycyjne niemal nie drgnęła od 2009 r. — mówi Filip Mazurek, z banku Millenium.

— Trwa wielkie wyczekiwanie. Z rynku nadal płyną sygnały, że przedsiębiorcy obawiają się o przyszłość i sytuację na rynku — dodaje Adam Ambrozik, analityk Konfederacji Pracodawców Prywatnych.

Jego zdaniem firmy obawiają się, ponieważ sytuacja poprawia się dość wolno. Nie widać np. znacznych wzrostów liczby miejsc prac. Dlatego przedsiębiorcy obawiając się o przyszłość wstrzymują się z decyzjami o inwestycjach.

Obawy i trudności

Analitycy zwracają uwagę, że niechęć do składania wniosków może wynikać także z niemożności porównania ofert poszczególnych banków.

— Zwykli kredytobiorcy, zadłużający się na potrzeby niezwiązane z działalnością gospodarczą, mogą stosunkowo łatwo wybrać kilka najciekawszych ofert kierując się ceną pożyczki — mówi Agata Szymborska-Sutton, analityk firmy księgowej Tax Care.

Wprawdzie wśród przedsiębiorców pojawiają się głosy, że banki niedostatecznie zliberalizowały warunki, jednak należą one do mniejszości. Czasem są elementem gry nastawionej na uzyskanie lepszej oferty.

— Przedsiębiorcy pamiętają warunki kredytowania z lat 2006 i 2007, dlatego chcą wyczekać, aż banki zbliżą ofertę do tej z czasów hossy — tłumaczy Adam Ambrozik.

W najbliższym czasie nie będzie jednak można liczyć na powrót warunków z tamtych lat. Jak mówią bankowcy są trzy rodzaje polityki kredytowej: jedna dotyczy czasów kryzysowych i wtedy jest naprawdę trudno; druga to hossa, kiedy takie produkty są niemal rozdawane; a obecnie znajdujemy się w sytuacji, w której obowiązuje stan pośredni. I według finansistów na zmianę na lepsze trzeba jeszcze poczekać.

Inaczej sprawę widzi Loukas Notopoulos, odpowiedzialny za bankowość firmową w Polbanku.

— Znajdujemy się w sytuacji, w której obydwie strony mogą, ale o tym nie wiedzą. Ubiegły rok uczulił banki na udzielanie firmom kredytów i banki nadal traktują firmy z rezerwą. Z drugiej strony, przedsiębiorcy, po problemach z uzyskaniem kredytu w 2009 r., podchodzą bardzo sceptycznie do składania wniosków — mówi Notopoulos.

Jego zdaniem teraz dużo do zrobienia będą miały banki, które muszą przekonać klientów firmowych, że finansowanie ich inwestycji jest dostępne. A przedsiębiorca przychodzący do banku po pieniądze nie spotka się z odmową. Jest przekonany, że jeśli instytucja może zrobić odpowiedni wywiad w firmie klienta dzięki rozwiniętej sieci doradców, to ryzyko da się łatwo oszacować.

Bankowcy zwracają też uwagę, że im lepszy plan inwestycyjny przedstawi przedsiębiorca, tym łatwiej jest przyznać kredyt.

— Każde przedsiębiorstwo jest traktowane indywidualnie, a na koszt pożyczki wpłyną m.in. rating przedsiębiorcy, (czyli ocena jego wiarygodności finansowej), okres i wielkość kredytu oraz biznesplan kredytowanej inwestycji. Im lepszy i bardziej perspektywiczny, tym większa szansa na otrzymanie kredytu i korzystniejsze warunki — wyjaśnia Agata Szymborska-Sutton.

Wśród branż, które w tym roku mogą się cieszyć z odzyskania przychylności banków, jest m.in. przemysł meblarski.

— W zeszłym roku te firmy znalazły się w bardzo trudnej sytuacji i określało się je jako klientów podwyższonego ryzyka. Teraz odzyskały zaufanie bankowców — zaznacza Filip Mazurek.

Rozwiązaniem dla mniejszych firm może być także oferta kredytów dofinansowywanych przez Europejski Bank Inwestycyjny. Te banki, które na zdecydowały się na współpracę z EBI mogą zaoferować firmom zatrudniającym mniej niż 250 pracowników preferencyjne stawki oprocentowania — niższe o około 0,3-0,5 punktu proc. l

Okiem eksperta

Nie tylko podstawowa działalność mnoży zyski

Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. instrumentów dłużnych, Union Investment TFI

Z chwilą, kiedy w przedsiębiorstwie pojawiają się nadwyżki finansowe, pojawia się też pytanie: "Co można z tymi pieniędzmi zrobić?". Najważniejsze czynniki, jakie należy brać pod uwagę przy inwestowaniu wolnych środków, to: bezpieczeństwo, płynność i oczywiście zyskowność.

Inwestujące przedsiębiorstwa mogą korzystać z najprostszych narzędzi, czyli lokat bankowych, ale mogą także kupować obligacje, waluty czy akcje. Samodzielne inwestowanie przez przedsiębiorstwo wymaga jednak specjalistycznej wiedzy. Ostatnie, negatywne doświadczenia związane ze stratami na opcjach walutowych, spowodowały, że przedsiębiorstwa coraz częściej inwestują nadwyżki poprzez instytucje zbiorowego inwestowania, oferujące fundusze inwestycyjne lub zarządzanie portfelem indywidualnym. Korzystając z funduszy inwestycyjnych, przedsiębiorca ma do wyboru zróżnicowane strategie inwestycyjne i niemal wszystkie klasy aktywów. Po jego stronie pozostaje więc wyłącznie określenie poziomu ryzyka, które decyduje się podjąć. Korzystając z usług firmy zarządzającej nie musi już codziennie śledzić rynków finansowych i dokonywać transakcji kupna i sprzedaży, ponieważ zrobią to za niego profesjonaliści.

Wybierając dla swojej firmy odpowiedni instrument finansowy warto mieć na uwadze, że nawet najwyższe zyski w przeszłości nie gwarantują, że dana klasa aktywów zawsze będzie przynosiła takie dochody. Oczywiście, fundusze inwestycyjne to bardzo szerokie spektrum portfeli inwestycyjnych, które niosą za sobą różne poziomy ryzyka — od najbardziej ryzykownych funduszy akcyjnych, w których wartość jednostki podlega dużym wahaniom, do funduszy bezpiecznych (pieniężnych), których jednostka systematycznie rośnie, nie gwarantując jednak tak spektakularnych zysków, jak w przypadku funduszy akcyjnych.

Niemniej jednak, nawet w stosunku do lokat bankowych fundusze inwestycyjne mają wiele zalet. Po pierwsze, gwarantują stały dostęp do pieniędzy bez ryzyka utraty części zarobionych środków, jak ma to miejsce w przypadku przedterminowej likwidacji depozytu bankowego. Pozwala to na elastyczne wykorzystywanie środków zainwestowanych w funduszu i obracanie nimi zależnie od potrzeb, nawet w cyklu dziennym. Po drugie, oprocentowanie jest atrakcyjne niezależnie od wielkości zainwestowanych środków. Po trzecie, dzięki konstrukcji portfela, złożonego z różnych aktywów finansowych, fundusz umożliwia dywersyfikację ryzyka inwestycyjnego, a środki finansowe przedsiębiorstw-inwestorów są w pełni bezpieczne, ponieważ są wydzielone z majątku funduszu.

Dla wielu firm najbardziej atrakcyjnym instrumentem do zarządzania płynnością są dziś fundusze pieniężne tworzone przez towarzystwa w taki sposób, by zaproponować atrakcyjną stopę zwrotu przy ograniczonym ryzyku inwestycyjnym. O zaufaniu w stosunku do tego rodzaju inwestycji może świadczyć to, że aktywa zarządzane przez fundusze przeznaczone dla przedsiębiorstw od kilku lat systematycznie rosną. Najstarszy z nich — utworzony przez Union Investment TFI w 2003 r. UniWIBID — aktualnie zarządza aktywami wartymi przeszło 700 mln zł. Coraz większe środki płyną też do innych funduszy pieniężnych stworzonych z myślą o zarządzaniu ich płynnością i lokowaniu nadwyżek finansowych firm.

Dalszy rozwój rynku kapitałowgo i wzrost świadomości przedsiębiorców sprawi, że będzie przybywać możliwości lokowania przez nich nadwyżek finansowych i pozwoli skupić się przedsiębiorcom na ich podstawowej działalności.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mateusz Wilczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu