Krem do zjedzenia

AGNIESZKA RODOWICZ
23-02-2017, 22:00

IDĘ NA SWOJE: Iossi to luksusowe, ręcznie robione kosmetyki z naturalnych składników. W przystępnej cenie.

Joanna Hołuj z Krakowa przez dwadzieścia lat pracowała jako grafik komputerowy. — W zasadzie niczego mi nie brakowało. Zarabiałam dobre pieniądze, miałam dużo wolnego czasu i swobody. Ale pracowałam w domu i tęskniłam za kontaktem z ludźmi — wspomina. Postanowiła to zmienić i szukała pomysłu na siebie. Cztery lata temu nauczyła się robić mydło.

Wyświetl galerię [1/4]

Marek Wiśniewski

— To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zafascynowało mnie, że mogę zmieszać trochę oleju, wody, dodać sodę i powstaje coś, co się pieni i myje. A może też pięknie wyglądać i pachnieć. Zaczęłam szukać w internecie i książkach informacji o wyrobie kosmetyków, eksperymentować. Po jakimś czasie podjęłam decyzję, że zrobię z tego biznes — opowiada właścicielka Iossi.

Olej, cukier, sól…

Wyłożona białymi kafelkami pracowania w pomieszczeniach po sklepie spożywczym wygląda jak sterylna kuchnia. Są tam blaty, miksery, stalowe garnki, lodówka… Na półkach czarne butle z olejami. W lodówce olejki eteryczne.

— Zawsze lubiłam jeść i gotować — mówi Joanna Hołuj. Robienie kosmetyków naturalnych przypomina pracę w kuchni: mieszamy, podgrzewamy, chłodzimy, pakujemy do słoików. Czasami jest to jednak nieco bardziej skomplikowane. Ale wiele stosowanych w Iossi składników (sól, cukier, oleje spożywcze, zioła, masła: kakaowe, kokosowe, shea) to produkty jadalne.

Wykorzystywane są też urządzenia stosowane w przemyśle spożywczym, a niektóre kosmetyki Iossi przypominają konsystencją ubitą piankę lub krem do tortu.

— Według mnie kosmetyki, podobnie jak dobry posiłek, powinny być skomponowane z najlepszych składników. Dobrze, by sprawiały też przyjemność i cieszyły oko — uważa Joanna Hołuj. Duże firmy kosmetyczne głowią się, jak zrobić atrakcyjny kosmetyk, używając jak najtańszych produktów. Filozofia Iossi jest odwrotna.

— Nie oszczędzamy na składnikach. Jeśli w składzie jest masło kakaowe, to dajemy go dużo. Staramy się kupować oleje i olejki eteryczne z roślin uprawianych na kontrolowanych organicznych plantacjach. Niektóre nasze kosmetyki mają 90 proc. takich składników. Ale dopuszczam też dobre produkty z małych plantacji, które certyfikatu nie mają, bo ich na niego nie stać. Jestem jednak zobowiązana do kupowania produktów z dokumentacją świadczącą o tym, że zostały przebadane. Podlegam, jak każdy produkujący kosmetyki, szczegółowym przepisom. Nie mogę pójść na bazar i kupić, co mi się podoba — deklaruje Joanna Hołuj. Składniki kupuje zazwyczaj za granicą, bo w Polsce trudno znaleźć dostawców wysokiej jakości komponentów, którzy chcieliby je sprzedawać w niewielkich ilościach.

— Polski rynek był nakierowany — i nadal częściowo jest — na wielkie firmy. Minimalne opakowania, jakie można kupić, to często 20 kg. A na przykład w Anglii, gdzie od kilkudziesięciulat działają kosmetyczne manufaktury, jest cały rynek usług dla nich: dostawcy surowców, opakowań, firmy badawcze, przyznające atesty — wyjaśnia Joanna Hołuj.

Przyjaciele i karta kredytowa

— Nie zrobiłabym niczego bez ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Pomogli mi na każdym kroku. Przekazali na przykład namiary na asesora z Anglii, który dopuszcza kosmetyki do obiegu. Usługi takiej osoby w Polsce były do niedawna bardzo drogie, ponieważ dotyczyły dużych zakładów — twierdzi Joanna Hołuj.

Opracowaną recepturę kosmetyku wysyła się pocztą tradycyjną lub elektroniczną asesorowi wraz z dokumentacją każdego składnika. Asesor ocenia skład i ustala, jakie badania trzeba wykonać. Producent kosmetyku je robi i odsyła wyniki. Na ich podstawie asesor decyduje, czy kosmetyk można dopuścić do sprzedaży, i wydaje dokument zwany oceną bezpieczeństwa. Koszt wszystkich badań i uzyskania takiego dokumentu dla jednego kosmetyku to około 2,5 tys. zł. Joanna Hołuj od początku założyła, że nie będzie brała pożyczek.

— Zaczynałam od niewielkich ilości kosmetyków. Za pieniądze, które zarobiłam, sprzedając kilka sztuk, kupowałam składniki i robiłam kolejne partie towaru, inwestowałam w testy. W razie potrzeby posiłkowałam się 10 tys. zł z karty kredytowej. Przyjaciele pomagali mi pakować pierwsze paczki, na nich testowałam kosmetyki. Potem podnajęłam kawałek laboratorium — opowiada.

Dalej potoczyło się na zasadzie kuli śnieżnej.

— Początkowo robiłam kilkadziesiąt opakowań kosmetyków miesięcznie. Po roku musiałam wziąć kogoś do pomocy, a po kolejnym zebrałam tyle pieniędzy, by urządzić własną pracownię — ciągnie opowieść właścicielka firmy. Joanna Hołuj poświęciła Iossi kilka lat, pracując całymi tygodniami od rana do nocy.

— Co ciekawe, wcześniej nie interesowałam się kosmetykami — przyznaje. Równocześnie przez rok kontynuowała pracę grafika, która dawała jej swobodę finansową. Dwa lata temu postawiła wszystko na jedną kartę i założyła firmę. Skończyła też kurs aromaterapii w leczeniu chorób skórnych.

— Chciałam uporządkować wiedzę, którą już miałam, i oprzeć ją na naukowych źródłach — wyjaśnia. W USA znalazła nauczyciela, który jest światowym autorytetem w tej sprawie. Nadal robi u niego różne kursy.

Self made woman

— Robienie kosmetyków jest łatwe. Prowadzenie biznesu to zupełnie inna sprawa. Tego też uczyłam się sama — mówi Joanna Hołuj. Ale korzystała też z wielu lat doświadczenia w pracy w reklamie. Miała wiedzę z zakresu marketingu, reklamy, projektowania graficznego.

— Zaczynałam prowadzić firmę, robiąc wszystko sama: kosmetyki, zdjęcia, etykiety, receptury, reklamy. Sama też naklejałam etykiety na opakowania, pakowałam zamówienia, wysyłałam. Na początku nawet drukowałam naklejki na swojej drukarce — opowiada właścicielka Iossi. Z gotowymi kosmetykami jeździła na targi Slow Fashion, Mustache w Warszawie, Kiermasz w Krakowie.

— Dzięki temu miałam bezpośredni kontakt z klientkami, widziałam ich reakcje, dostawałam informacje o potrzebach. To były moje badania marketingowe — żartuje Joanna Hołuj. Od początku sprzedawała też przez internet i do dziś jest to główny kanał dystrybucji. Poza tym jej kosmetyki są na razie w tylko kilku sklepach stacjonarnych.

— Nie miałam jeszcze czasu, by się tym zająć. A internet się kręci. Już po roku firma zaczęła przynosić dochody — zapewnia. Do promocji wykorzystała przede wszystkim Facebook. Z czasem też Instagram, blogosferę. No i reklamę szeptaną.

— Do dziś opieramy się na tych metodach promocji. Choć korzystam już z pomocy profesjonalistów: fotografa, copywritera, specjalisty od reklamy. Nie jestem w stanie zrobić wszystkiego sama. Ale wciąż kontroluję cały proces — mówi Joanna Hołuj. Iossi ma dziś miesięcznie pięciocyfrowe obroty.

— Wszyscy myślą, że jesteśmy dużą firmą. Codziennie odbieram kilka telefonów z prośbą o połączenie z działem marketingu czy kontroli jakości. A my jesteśmy tylko trzy — opowiada Joanna Hołuj. Joanna prowadzi sklep internetowy, Ewa pomaga jej przy produkcji. Mama Ewy jest cukiernikiem i córka od dziecka jej pomagała.

— Podczas dnia próbnego rozlała masę tak równo, że natychmiast przyjęłam ją do pracy — wspomina Joanna Hołuj. Początkowo produkty Iossi miały angielskie nazwy. — Wydawało mi się, że będą ładniej brzmiały. Angielski jest też dużo prostszy i ładniejszy wizualnie. Nazwy są krótsze, lepiej wyglądają na etykietach — wyjaśnia Joanna Hołuj.

Ale po paru miesiącach zmieniła je na polskie, by każdy rozumiał. Zostały tylko Flower Power i Spice of India, bo trudno je dobrze przetłumaczyć.

Iossi od rośliny i Joanny

— Szukałam w internecie nazwy dla marki, która byłaby uniseks i miała wolną domenę. Znalazłam słowo, które w jednym z afrykańskich języków oznacza roślinę. A poza tym blisko mu do mojego imienia. W końcu robię kosmetyki, które przede wszystkim mi odpowiadają — mówi producentka.

I których ludzie potrzebują. Teraz pracuje nad kremem pod oczy, bo klientki często o taki pytają.

— Brakuje nam też kremu do cery dojrzałej i problematycznej. Nad tym będę pracowała w tym roku — zapowiada bizneswoman. Kosmetyk powstaje od kilku miesięcy do kilku lat.

— Zaczynam od pomysłu. Na przykład krem do cery dojrzałej będzie z olejkiem z róży damasceńskiej. Bo działa przeciwzmarszczkowo, odpręża, ma piękny zapach. Wybieram podstawowy składnik i dodaję pozostałe, niezbędne w danym kosmetyku — wyjaśnia Joanna Hołuj. Na przykład olejki eteryczne. To bardzo skondensowane esencje z roślin, które mają silne działanie. Jednym z jej ulubionych jest lawendowy.

— Jest też jednym z najskuteczniejszych. Co ciekawe, nie byłam fanką lawendy, gdy zaczynałam przygodę z kosmetykami, a teraz ją uwielbiam. Kupujemy lawendę z upraw bułgarskich, bo ma ostrzejszy, pikantniejszy zapach niż brytyjska — twierdzi Joanna Hołuj. Lubi także olejek z geranium.

— Pięknie pachnie, genialnie działa na skórę i samopoczucie. Lubię też olejki specjalistyczne, np. z krwawnika o głębokiej niebieskiej barwie, mało znany w Polsce kadzidłowiec o działaniu przeciwzmarszczkowym, rozmaryn, odświeżające cytrusy. W sumie używamy kilkudziesięciu olejów i kilkudziesięciu olejków eterycznych — mówi Joanna Hołuj. Zapach jest efektem ubocznym powstawania kosmetyku. Zdarza się, że po dodaniu kolejnego składnika aromat przestaje właścicielce Iossi odpowiadać. Szuka wtedy innych rozwiązań, zmienia recepturę.

— Zmysł węchu jest tak pierwotny, że wpływa na to, czy produkt będzie używany, czy nie. Są zapachy łatwe, np. trawy cytrynowej, które wszyscy lubią. I trudniejsze choć o genialnym działaniu. Biorę to pod uwagę i z tych trudniejszych rezygnuję lub dodaję ich mniej — wyjaśnia twórczyni kosmetyków Iossi. Ich skuteczność potwierdzają klienci, od których Joanna Hołuj dostaje mnóstwo informacji zwrotnych.

— Nadal jeżdżę na targi, choć już nie tak często jak kiedyś. Ale wciąż firma jest niszowa, więc to dobry sposób, by pokazać ludziom kosmetyki, doradzić, dowiedzieć się, czego potrzebują — dodaje.

Olejek do brody z najwyższej półki

O olejek do brody pytali mężczyźni. Szczególnie na targach w Warszawie. Stąd pomysł, by go zrobić.

— Mężczyźni też używają kosmetyków. Kupują je u nas nie tylko na prezenty dla swoich ukochanych — zdradza Joanna Hołuj. Iossi ma niewielką ofertę kosmetyków dla panów, bo to dużo mniejszy rynek. Ale Joanna Hołuj pracuje nad poszerzeniem linii.

— Planuję też serię kosmetyków dla dzieci — na razie mam jeden krem, dla kobiet w ciąży, chcę rozbudować gamę kremów. I zbieram pieniądze, by kupić lokal i urządzić większą pracownię, bo zaczyna nam być ciasno — twierdzi właścicielka Iossi.

Większy lokal jest potrzebny także dlatego, że firma jest podwykonawcą dla firm zewnętrznych, które chcą sprzedawać swoje kosmetyki, ale nie mają pracowni i wiedzy, jak je wykonać. Kosmetyki Iossi kosztują od 40 do 100 zł.

— Mogłyby być dwa razy droższe, bo to produkty z najwyższej półki. Ale od początku chciałam, by każdy mógł sobie na nie pozwolić — sumuje Joanna Hołuj. &

Uczta dla zmysłów. Kosmetyki, podobnie jak dobry posiłek, powinny być skomponowane z najlepszych składników. Dobrze, by sprawiały też przyjemność i cieszyły oko — mówi Joanna Hołuj, właścicielka marki kosmetycznej Iossi.

Ekologicznie. W recepturach kosmetyków Iossi jest nawet do 90 proc. składników z roślin uprawianych na kontrolowanych organicznych plantacjach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Krem do zjedzenia