Lancia flaminia, miss inwestorów

Flaminia, młodsza siostra aurelii, ma na inwestora sposób, bo w rok zdrożała o tyle, co akcje LPP — ponad 30 proc.

Od zeszłego września ceny modelu nie ustępowały tempa nawet indeksowi mediolańskiej giełdy, już w pierwszych pięciu miesiącach tego roku podnosząc się o ponad 20 proc. Przeciętna wartość flaminii, która wcześniej nie drgnęła przez niecałe cztery lata, zatrzymała się po tym spektakularnym skoku na poziomie 28,7 tys. USD (103 tys. zł), podaje Hagerty — i tak można byłoby to zostawić, gdyby nie dopisek o stanie zachowania. Tyle średnio kosztowałaby kolekcjonera lancia wypolerowana prosto na tzw.

Concours d’Elegance, a więc samochodowy konkurs elegancji, na którym niestosowny byłby najmniejszy paproch w bieżniku opony. Ten sam model w stanie dobrym kosztuje już średnio 14 tys. USD (50 tys. zł), a w przyzwoitym — 10,5 tys. USD (38 tys. zł), co nie zmieniło się istotnie od ponad dziesięciu lat.

To, co średnie, nie trafia jednak na połyskującą okładkę katalogu, dlatego flaminia zapraszająca na sobotnią aukcję w Bonhams ma szacowaną wartość 400- -500 tys. EUR (1,7-2,1 mln zł). Jako Włoszka, nie może sobie pozwolić na kardynalne pomyłki w kwestii kolorów, dlatego trzeba zaznaczyć od razu, że nie jest czarna, tylko głęboko atramentowa.

Lancia-elegancja

Miss stopy zwrotu opuściła fabrykę Zagato w 1962 r., w ciemnym lakierze Lancia Blue, o soczyście czerwonej tapicerce i niespodziewanie niepodobna do siostry. Model Aurelia, który flaminia miała zastąpić, dobrze ilustrował opływowe wzornictwo lat 50., podczas gdy nowoczesność lat 60. okazała się trochę bardziej kanciasta. Wystawiony egzemplarz z ceną w milionach złotych to sportowa wersja coupé — a więc o podwójnych drzwiach — której podaż była niższa niż 400 samochodów, a można podejrzewać, jak niewiele z nich zachowało się w tak dobrej formie. Lśniący stan, jakim może pysznić się teraz, auto zawdzięcza jednak kompletnej renowacji, którą przeprowadzono we Włoszech na początku lat 90. — zgodnie z oryginałem, a nie wedle fantazji, co byłoby najprostszym sposobem na pozbycie się inwestycyjnej wartości.

Nad odświeżeniem autentycznego wyglądu pracowano 1,8 tys. godzin, dlatego ówczesny właściciel wykosztował się na równowartość 180 tys. EUR (762 tys. zł) i przez następnych 20 lat flaminia wyjeżdżała z klimatyzowanego garażu tylko raz w tygodniu. Taka prosta katalogowa historia pokazuje już dwa z komponentów kształtujących cenę, dlatego bardzo podobnie będzie w przypadku drugiej kandydatki z aukcji — również flaminii, ale rok młodszej, czerwonej i w wersji cabrio.

Jak podaje jej nota, oba typy nadwozia tego modelu lancii produkowane były w skąpych ilościach, ale kabrioletów było zaledwie 847, spośród których wystawiony jest rzadkością z pierwszej serii. Z fabryki trafił prawdopodobnie prosto do Palermo — co wciąż widać w oznaczeniu tablic rejestracyjnych — i zmienił właściciela dopiero w 2013 r., żeby rok później przejść w Toskanii drobiazgową renowację.

Rachunek za naprawę silnika wyniósł 19 tys. EUR (80 tys. zł), a przywrócenie świetności tapicerce kosztowało 4,3 tys. EUR (18 tys. zł), co w pewnym sensie tłumaczy też szacowaną cenę do 190 tys. EUR (804 tys. zł) — równowartości pospolitszego auta razem z garażem i mieszkaniem.

GT w kołysce

Patrząc na spodziewane ceny flaminii w różnych wersjach, nie można nie wspomnieć o aurelii, bo spośród wszystkich lancii na rynku to właśnie ten starszy model okazał się najbardziej przełomowy. W większości jeździł po drogach jako czterodrzwiowy sedan — podaje Hagerty — dlatego wersje coupé bywają przez kolekcjonerów bardziej cenione, co potwierdza estymacja na zbliżającej się aukcji. Wyceniany do 200 tys. EUR (847 tys. zł) czarny dwudrzwiowy model z 1951 r. jest dzisiaj prawie niedostępny, zwłaszcza że jego karoserię wykonała rodzinna firma z Turynu, w której mistrz samochodowego wzornictwa Battista „Pinin” Farina uczył się swojego rzemiosła.

Spośród wszystkich powojennych włoskich samochodów to właśnie pod względem wzornictwa aurelia uznawana jest za jeden z najbardziej wpływowych projektów, chociaż trzeba zaznaczyć, że zdecydowanie nie była to estetyczna przykrywka dla podrzędnego środka. Mowa w końcu o pierwszym seryjnym modelu, w którym zamontowano silnik V6, i w ogóle o pierwowzorze tzw. GT, czyli grand tourera. Przykładowy GT musiał być samochodem sportowym, ale nie na karkołomny wyścig czy do pustego popisywania się przed sąsiadem, tylko również w dłuższą trasę — jak ford mustang czy nobliwy aston martin z lat 50., o którego opierał się wczesny James Bond.

W przeciwieństwie do mustanga, aurelia ma jednak jedną niedoścignioną, stylową cechę wczesnego grand tourera: streamlining wzięty prosto ze streamlinera. Tym terminem, rodem ze stoczni czy kolejowego dworca, opisuje się opływowość kształtu, jego gładkość i zdolność przecinania powietrza. Posiadanie wyłącznie zaokrąglonych krawędzi i zagiętych chromowanych rurek — trochę jak z balustrady na starym promie, a więc ówczesnej wersji przyszłości.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Lancia flaminia, miss inwestorów