Latający Kufer: ciasno, ale smacznie

Jarosław Królak
opublikowano: 22-03-2002, 00:00

Niewielka knajpka, ukryta u zbiegu ulic Grójeckiej i Baśniowej w Warszawie, może zaimponować dosyć nietypową kartą. Niewiele w niej dań głównych, ale za to fan zup będzie miał powód do radości. Naliczyłem ich w menu aż osiemnaście. Trudno więc sobie odmówić skosztowania kilku, np. w ramach rekompensaty za niezbyt udane przystawki. Carpaccio z łososia było, ale tylko w karcie, a caprese, czyli pomidory z mozzarellą w sosie z bazylii, byłyby niewątpliwie bardziej strawne, gdyby ser był włoski. Polska namiastka, jest rzeczywiście tańsza, ale po prostu niedobra.

Wróćmy do zup. Żur z białą kiełbasą i jajkiem — nic dodać, nic ująć. Chyba tylko tyle, że niewiele go w wielkim talerzu. Leśna niespodzianka z borowików — gęsta, śmietanowa, po prostu pycha. Rosnącego uznania dla szefa kuchni nie przekreślił też kociołek pełen niespodzianek, czyli węgierska zupa gulaszowa. Smak trochę zdominowany przez zieloną paprykę, i ciut za mało ostra, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne.

Mogłem teraz spokojnie zabrać się do przejrzenia propozycji dań głównych. Szef kuchni postawił na makarony. Spróbowałem zielonej lazanii ze szpinakiem. Bez echa. Skupiłem się więc na zaledwie kilku daniach z mięsem. Zaskoczyło mnie tylko jedno. Danie nie stanowi wcześniej ustalonej kompozycji. Ziemniaki, ryż czy surówki trzeba dobrać sobie wedle uznania i oddzielnego cennika. Mówi się trudno i... zamawia. Marynowane żeberka wieprzowe z pieca okazały się godne zainteresowania, natomiast pierś kurczaka w migdałach i sosie żurawinowym nazbyt słodka. Nawet deserowe tiramisu okazało się przy niej nieco mdłe.

Zapoznałem się z zawartością karty na tyle dokładnie, by w końcu pomyśleć o otoczeniu. Wnętrze schludne. Zaskakująco mikroskopijne. Przypomina raczej pub, choć sytuację ratuje niewielka galeria na piętrze, gdzie wstawiono kilka dodatkowych stolików, a jedną ze ścian wyłożono lustrami, dzięki czemu lokal zyskuje trochę optycznej przestrzeni. Ciekawostką jest to, że wpatrując się właśnie w te lustra można przeczytać baśń Andersena o latającym kufrze. Właściciele skłonni są raczej nazywać lokal bistrem. Czy słusznie? Można polemizować. Nie dlatego, że na pierwsze danie czeka się mniej więcej 10 minut, ale dlatego, że obsługa musi się jeszcze wiele nauczyć, np. prawidłowo odczytywać sumy widniejące na rachunku. Beztroskie przestawienie cyferek, dające w efekcie przeszło dwukrotnie wyższą sumę, może przyprawić najedzonego klienta o niezdrowy objaw zaskoczenia.

Michał Chrobok, szef kuchni, poleca schab w sosie śliwkowym

Składniki: 0,5 kg schabu środkowego, 200 g śliwek suszonych, sól, pieprz, majeranek, tymianek; sos: 300 g śliwek suszonych, cukier, syrop owocowy

Schab natrzeć przyprawami, nafaszerować śliwkami, zawinąć w folię aluminiową i piec w temp. 160 st. C przez 50 min. Śliwki na sos pokroić. Zagotować wodę, sparzyć je, następnie gotować 10 min, zmiksować, rozcieńczyć syropem owocowym, doprawić do smaku cukrem.

Podawać z ziemniakami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Królak

Polecane