Pałac pełny Książąt i Księżniczek

Powiedziałam wtedy: „sorry, ale ja się nie zgadzam”. Postanowiłam dobić targu z Bogiem - wspomina Tisa Żawrocka, założycielka fundacji Gajusz. W ośrodkach prowadzonych przez fundację pracuje 120 osób i zaangażowanych jest 160 wolontariuszy.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Mieszka pani w Pałacu, czy tylko w nim pracuje? Trudno panią złapać.  

Wyświetl galerię [1/5]

Tisa Żawrocka z podopiecznym Piotrusiem

Agnieszka Bohdanowicz

TISA ŻAWROCKA*: Najlepiej powiedzieć, że mieszkam w pracy, bo lokalizacje są różne. W tym momencie czas dzielę pomiędzy Pałacem, czyli magicznym budynkiem przy ul. Dąbrowskiego w Łodzi, który jest hospicjum stacjonarnym dla dzieci, a hospicjum domowym i ośrodkiem Cukinia dla dzieci po różnego rodzaju traumach.  

Skąd wzięła się nazwa „Pałac”? 

Hospicjum stacjonarne dla osieroconych dzieci brzmi strasznie prawda? To przecież kwintesencja smutku. Doszłyśmy z koleżankami do wniosku, że jak ktoś usłyszy, gdzie pracujemy, to zacznie płakać. Dzieci mają dosyć własnych łez, nie potrzebują naszych. Postanowiłyśmy więc stworzyć dla tych dzieci świat wyjątkowy, właśnie taki Pałac z Księżniczkami i Książętami, w którym dzieją się różne niesamowite rzeczy. Chcemy zamienić życie dzieci, których los nie oszczędził, w bajkową historię. To nie tylko słowa, ale wskazówka dla nas, jak mamy postępować z dziećmi.  

Proszę powiedzieć coś o tej bajce. 

Po pierwsze, jest tutaj pięknie i kolorowo. Po drugie, osoby, które zatrudniamy, to prawdziwe „damy dworu”. Traktują dzieci jak najbardziej wyjątkowe osoby, które pojawiły się na tym świecie na bardzo krótki czas i trzeba sprawić, żeby swoje krótkie dzieciństwo przeżyły radośnie. Czasem wiele radości bardzo chorym dzieciom daje na przykład zabawa z książkami sensorycznymi, więc nie zawsze są to spektakularne zabawy, ale zawsze przygotowane specjalnie pod kątem możliwości dzieci.  

Macie Pałac i spory zespół zaangażowanych ludzi. Jakie były początki? 

Początkiem był mój syn Gajusz, który urodził się zdrowy, ale zachorował w 9. dobie życia. Okazało się, że to choroba zagrażająca życiu, wada szpiku kostnego. Po wielu miesiącach lekarze zaczęli się poddawać i powiedzieli, że nie uratują Gajusza, a ja muszę oswajać się z faktem, że nie przeżyje i porozmawiać z jego rodzeństwem. Powiedziałam wtedy: „sorry, ale ja się nie zgadzam”. Postanowiłam dobić targu z Bogiem: jeśli moje dziecko wyzdrowieje, to założę fundację i będę się zajmowała chorym dziećmi. Po kilku dniach dotarły wyniki badań, które były po prostu dobre. Lekarze uprzedzali, żeby się nie cieszyć, bo choroba tak zwyczajnie nie znika i wraca, a kiedy wypisywano nas ze szpitala, lekarka powiedziała zdanie, które zapamiętałam: „medycyna uczy pokory”. Zarejestrowałam fundację, która skupiała się na wolontariacie. Naprzeciwko boksu szpitalnego, w którym spędzałam czas z Gajuszem, umierała mała dziewczynka z domu dziecka. Pamiętam, że miała na imię Paulina i skończyła 1,5 roku. Zmarła tuż przed Bożym Narodzeniem 1996 r. Nie potrafiłam się pogodzić, że przy niej nie ma nikogo bliskiego. Zaczęłam się zastanawiać, czy jest więcej takich dzieci. Fundacja na początku miała pracować z wolontariuszami, którzy mieli towarzyszyć dzieciom bez mamy i taty. Wszystko zaczęło się w małej piwnicy. Dwa pokoiki.  

Co było później? 

Później się całkowicie rozsypałam, bo nie miałam przygotowania do tej pracy. Jestem filmoznawcą i praca w kinie była spełnieniem moich marzeń. Nie zdawałam sobie sprawę, z czym będę się musiała mierzyć, nie miałam narzędzi, żeby się przed tym bronić. Spowodowałam wypadek samochodowy, w którym mogłam zginąć. Auto było do kasacji. Absolutnie moja wina, byłam przeciążona. Jechałam pożegnać się z dziewczynką, która była dla mnie bardzo ważna. Nie mogłam się wydostać z rozbitego samochodu, elektryczne szyby nie działały, lała się benzyna. Przeżyłam i obudziłam się życiowo. Za radą koleżanki założyłam NZOZ o profilu psychologicznym. To był dobry ruch, gdyż dzieci dostały pomoc, rodzice chorych dzieci otrzymali wsparcie, wolontariusze i lekarze również, a przy okazji i ja się załapałam. Na bazie tej instytucji powstało w 2005 r. hospicjum domowe, natomiast od 2013 r. działa „Pałac” i hospicjum perinatalne dla mam, które spodziewają się narodzin nieuleczalnie chorych dzieci. Później powstał preadopcyjny ośrodek Tuli Luli. Fundacja skończyła 18 lat, a ja miałam przekonanie, że jako „dorosła” instytucja może pomagać takim dzieciom jak Paulina, które nie mają rodziców - zdrowym i chorym. Władze miasta poprosiły nas, żebyśmy się włączyli w reformę pieczy zastępczej w Łodzi. Postanowiliśmy jednak robić swoje, czyli nie mieszać się w politykę i założyliśmy centrum pomocy Cukinia, zatrudniliśmy bardzo dobrych specjalistów i pomagamy dzieciom, ich rodzinom biologicznym, zastępczym, adopcyjnym.  

Gajusz ma się dobrze? 

Jest przystojnym, zdrowym, młodym mężczyzną, o głowę wyższym ode mnie. Świętował z nami 20. urodziny fundacji.  

Jak wygląda sytuacja poza Łodzią? Czy myślała pani, żeby otwierać placówki w innych miastach?  

Hospicja stacjonarne dla dzieci raczej wszędzie jakoś funkcjonują. Brakuje ośrodków zajmujących się opieką długoterminową. Nie mamy mocy przerobowych, żeby prowadzić takie ośrodki w różnych zakątkach Polski, ale szczodrze dzielimy się wiedzą. Jeśli ktoś do nas przyjedzie i powie, że chce działać, to dajemy mu wszystko co mamy, całe nasze know-how. Mamy kontakt z różnymi organizacjami i staramy się pomagać.  

A ile osób jest zaangażowanych w działalność fundacji?  

Zatrudniamy 120 osób, pracujemy ze 160 wolontariuszami, ale mamy maleńki, kilkuosobowy dział administracyjny. Największą grupą są pracownicy merytoryczni pracujący z dziećmi, czyli pielęgniarki, nianie, psychologowie, terapeuci, rehabilitanci, pracownicy socjalni, specjaliści od integracji sensorycznej i oczywiście lekarze.  

Jak pozyskujecie finansowanie dla tak ogromnego zespołu? 

Mamy kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, który pokrywa mniej więcej 60 proc. kosztów. Gdybyśmy zdecydowali się na gorszą opiekę, to pewnie wystarczyłoby na 80 proc. Staramy się jednak zapewnić dzieciom to, co najlepsze. Tuli luli w zakresie przewidzianym ustawą jest finansowane z Urzędu Marszałkowskiego. Cukinia jeszcze nie ma finansowania. Mamy pieniądze od darczyńców, do których należą osoby prywatne i firmy. Wszyscy podzielają pogląd, że dzieciom należy się jak najlepsza opieka i codzienna frajda zabawy.  

Co panią napędza? Wyczuwam tak ogromny zapał i pasję, że trudno zauważyć zmęczenie… 

Zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, że moje własne dzieci dają mi taką motywację. Ich wyobraźnia, pasja życia. Gdy towarzyszę jakiemuś dziecku w bardzo trudnej sytuacji i mam już psychicznie dosyć tego obciążenia, w mojej głowie pojawia się myśl: „A gdyby to był Julek, Basia, Gajusz czy Natan, to co byś zrobiła?” Pracuję nad organizacją, żeby nie wykończyć siebie, ale jednocześnie nie zaniedbać dziecka, które nam powierzono.  

Gdyby ktoś mógł spełnić dziś pani największe marzenie, to o co by pani poprosiła?

Żeby dorośli potrafili zawsze dogadać się w sprawie dzieci, dla których jest to kwestia życia i śmierci. Mówię o dzieciach, które bardzo potrzebują pomocy, cierpią i czekają na reakcję. Dorośli często nie potrafią się dogadać - w rodzinach, instytucjach, organizacjach, urzędach. Dzieci potrzebują, żeby dorośli się dogadali i dali im trochę pokoju.

*Tisa Żawrocka Kwiatkowska - założycielka fundacji Gajusz, prowadzącej innowacyjne ośrodki pomocy dla dzieci. Hospicjum stacjonarne nazywane jest pałacem, a dzieci objęte opieką Księżniczkami i Książętami. Z wykształcenia filmoznawczyni. Nagrodzona m.in. Orderem Uśmiechu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu