Gabinety: Lorentz, Bilińska i Gortat

opublikowano: 30-03-2017, 22:00

Agnieszka Morawińska, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, docenia spuściznę poprzedników. Pracuje w historycznej przestrzeni, którą częściowo kształtuje wedle własnych estetycznych upodobań.

Dzyń, dzyń, bim-bam — to pierwsze dźwięki, jakie słyszy punktualny gość w gabinecie Agnieszki Morawińskiej, dyrektor Muzeum Narodowego (MN) w Warszawie. Tak powitalny hymn wybija wiekowy zegar. Pierwsze wrażenie? Przestrzeń — pomieszczenia w przedwojennym gmachu są wysokie na jakieś 4 metry i pełne naturalnego światła. Naprzeciwko wejścia stoi stylowe biurko, inne antyczne meble służą głównie jako półki, uginające się pod nawałem książek i publikacji.

— Meble są oryginalne, te same, przy których pracował legendarny prof. Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego przez niemal 50 lat. Miałam to szczęście, że w tym gabinecie uczestniczyłam w seminariach, jakie organizował. To tu, pod jego okiem, wykuwała się moja praca doktorska. Dlatego, gdy kilka lat temu zostałam dyrektorem muzeum, postanowiłam odtworzyć ten gabinet. Wymagało to nie tylko wyszukania oryginalnego wyposażenia, ale i zburzenia kilku ścian. Przez lata gabinet dzielono na mniejsze pokoje. Ja znów postawiłam na przestrzeń. Możemy się tutaj spotykać w większych grupach — opowiada Agnieszka Morawińska.

Piramida śmiechu

Obecna dyrektor Muzeum Narodowego ma niebagatelne CV: są w nim m.in. stanowiska szefowej warszawskiej Zachęty, wiceministra kultury i sztuki, ambasadora RP w Australii. A hołd Stanisławowi Lorentzowi oddała w jeszcze jeden dobitny sposób: na wprost biurka wisi jedno z ulubionych płócien profesora. To „Portret rodziny Prozorów” z 1789 r. pędzla Franciszka Smuglewicza. Wielopokoleniowa familia w różnorakich strojach pozuje, w tle widać m.in. piramidę, zapewne w ramach masońskiego mrugnięcia okiem.

— Profesor był wielkim orędownikiem rodziny, choć obraz nie jest do końca poważny, ma kilka malarskich mankamentów i zabawnych zestawień, symbolik. Takich jak owa piramida czy śmieszne miny postaci — podkreśla gospodyni.

Trzy z czterech ścian zajmują obrazy, na których dominują sceny klasyczne, marynistyczne i obyczajowe. W rogach stoją popiersia, m.in. Mickiewicza. Tylko jedną ścianę Agnieszka Morawińska podporządkowała własnym gustom. Wisi na niej niedokończony autoportret Anny Bilińskiej. — To bardzo dobry obraz, świetna malarka, tyle że przedwcześnie zmarła, przez co nie zostawiła po sobie tylu dzieł, na ile pozwalał jej talent. Właśnie pracuję nad wystawą poświęconą Bilińskiej — zdradza Agnieszka Morawińska.

Plan pod przyciskiem

Ze ścian zejdźmy na blat biurka znawczyni sztuki. Wokół laptopa nie brak druków wszelakich poprzetykanych niebanalnym zbiorem przycisków do papieru z całego świata — od Japonii przez Danię po Holandię.

— Dostaję je zwykle w prezencie, niektóre są naprawdę piękne, jak ten z motywem „Dziewczyny z perłą” Vermeera. A papiery to efekt tego, że trafia do mnie mnóstwo magazynów, książek, wydruków. Potem grupuję je w różne stosy według ważności, obiecując sobie, że przeczytam wszystko — śmieje się Agnieszka Morawińska, wertując peruwiański album w poszukiwaniu ikony św. Józefa z Dzieciątkiem.

Za jej plecami uwagę przykuwa m.in. fotografia pracowników muzeum z Marcinem Gortatem, za tło służy im „Bitwa pod Grunwaldem”. Jest też zdjęcie z podpisania umowy z największym prywatnym darczyńcą muzeum. Wojciech Pawłowski w 2014 r. przekazał MN pieniądze na stworzenie Galerii Faras.

— W gabinecie planuję nie tylko nowe wystawy, ale też m.in. rozbudowę muzeum. Choć mam świadomość, że to być może plan wybiegający już poza moją kadencję — komentuje Agnieszka Morawińska.

Przeprosiny z papieru

Pod portretem Anny Bilińskiej gospodyni umieściła w kloszu na stoliku niewielką postać męską wykonaną techniką papier-mâché. Wyjątkowy prezent od wyjątkowego artysty. — To autoportret Pawła Althamera. Stoi w kloszu jeszcze od czasów, gdy trzymałam tę pracę w domu, gdzie mogła wpaść w oko mojemu psu — wyjaśnia Agnieszka Morawińska. Paweł Althamer sprezentował jej tę pracę po tym, gdy jako dyrektor Zachęty otworzyła drzwi galerii dla jego pomysłów artystycznych. Skonstatował wtedy w prasie, że w sumie to nie przepada za galeriami, co spotkało się z komentarzem Agnieszki Morawińskiej. Nazajutrz artysta zjawił się w jej gabinecie, wyjął z plecaka swoją postać z papieru i rzekł: — Paweł przeprasza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu