Lubię sztukę dowcipną

ROBERT RYBARCZYK
opublikowano: 27-12-2018, 22:00
aktualizacja: 30-12-2018, 22:00

Wspieranie artystów jest sensem kolekcjonowania — uważa Szymon Gutkowski, współwłaściciel, dyrektor generalny agencji reklamowej DDB&tribal Warszawa. I z pasją wyszukuje wartościowe dzieła sztuki współczesnej.

Ostatni jego nabytek to „Independence Day, 2018”, słynne zdjęcie artystki sztuk wizualnych Ady Zielińskiej z Marszu Niepodległości. Autorka złożyła dzieło z dwóch ekspozycji: pierwsza to dziewczyna siedząca na łóżku w pokoju hotelowym, druga — płonąca od rac Warszawa za oknem. Dom aukcyjny Libra, który wystawił tę pracę, napisał tak: „Zdjęcie stało się celnym, wobec teraźniejszej sytuacji politycznej, komentarzem do obchodów stulecia niepodległości oraz najczęściej udostępnianą w mediach społecznościowych fotografią wydarzenia”. Szacunkowa wartość pracy to 8,5-11 tys. zł. Szymon Gutkowski wyjaśnia, że ceny na aukcjach odbiegają od cen w galeriach. Kupił jedną z edycji tej pracy w zaprzyjaźnionej galerii Propaganda. Za ile?

Wspieranie artystów jest sensem kolekcjonowania — uważa Szymon Gutkowski, współwłaściciel, dyrektor generalny agencji reklamowej DDB&tribal Warszawa. I z pasją wyszukuje wartościowe dzieła sztuki współczesnej.
Wyświetl galerię [1/3]

Wspieranie artystów jest sensem kolekcjonowania — uważa Szymon Gutkowski, współwłaściciel, dyrektor generalny agencji reklamowej DDB&tribal Warszawa. I z pasją wyszukuje wartościowe dzieła sztuki współczesnej.

— Kolekcjonerzy niechętnie mówią o pieniądzach. Często artyści nie chcą, by informować, za ile sprzedali dzieło. Co innego aukcja. Wtedy praca jest wyceniona — mówi dyrektor DDB&tribal Warszawa.

Czy nie przeszkadza mu, że fotografia okazała się fotomontażem? — Obiegła internet, stając się symbolem obchodów niepodległości i współczesnej sytuacji Polski. Cisza i krzyk. Piękne i głębokie zdjęcie. Nie przeszkadza mi, że jest połączone z dwóch fotografii. Ada Zielińska nie jest reporterką, lecz artystką. Przez sztukę odniosła się do rzeczywistości. Z wielką wrażliwością pokazuje, jak można się czuć — twierdzi Szymon Gutkowski.

Jedyny biały w liceum

Współwłaściciel jednej z największych agencji reklamowych w kraju przez kilka lat żył w Nigerii. Jego ojciec wyjechał tam na przełomie lat 1980/81. Został profesorem na Uniwersytecie w Ile-Ife, a po 89 r. — pierwszym ambasadorem wolnej Polski w Zachodniej Afryce z siedzibą w Lagos. Szymon Gutkowski w Nigerii chodził do liceum, zdał maturę. W Ife kipiało wtedy życie intelektualne, a rodzice nastolatka prowadzili otwarty dom. Częstym gościem bywał u nich Wole Soyinka, pierwszy laureat literackiego Nobla z Afryki. Ambasador Gutkowski zaczął kolekcjonować sztukę afrykańską. Jego zbiory należą do najciekawszych w Polsce. Część eksponatów znajduje się w depozycie w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

— Kultura Jorubów jest tolerancyjna. Byłem jedynym Europejczykiem w liceum, do którego chodziłem. Dopóki nie zostałem uznany za Afrykańczyka i mój kolor skóry przestał być dla kolegów widoczny, czułem się przez nich chroniony. Uczyli mnie języka, dzielili się śniadaniem. Po paru miesiącach byłem już czarny, przynajmniej tak się czułem i za takiego mnie uważano — wspomina Szymon Gutkowski.

Ciocia Abakanowicz

Po powrocie nad Wisłę dostał się na matematykę. Nie miał z nią problemów, bo wcześniej uczył go wuj, Tadeusz Czechowski, matematyk ze Szkoły Lwowskiej, nieżyjący już profesor SGH w Warszawie. W międzyczasie poznał Marcina Mroszczaka i Pawła Kastory. Zaproponowali mu dołączenie do firmy, którą razem tworzyli. Do dziś są wspólnikami w biznesie.

Szymon Gutkowski zaczął kolekcjonować sztukę współczesną siedem lat temu. Ale towarzyszyła mu od dziecka, bo jego rodzice przyjaźnili się z artystami. Do jednej z najwybitniejszych polskich rzeźbiarek, Magdaleny Abakanowicz, mówił ciociu. Jego żona, Magdalena Beyer, jest malarką. Jej obrazy wypełniały ich dom na długo przedtem, zanim pojawiły się tam prace innych artystów. Dyrektor DDB&tribal Warszawa kolekcjonuje sztukę współczesną, bo — jak mówi — jest żywa. Nabywanie nowych dzieł daje mu poczucie aktywnego uczestnictwa w świecie sztuki. Zdobywając prace już uznane, nie wspiera się artystów, a pomaganie im jest dla niego głównym sensem kolekcjonowania. Pozwala mu też komentować rzeczywistość. W kolekcji konstruuje wielowymiarową przestrzeń powiązań estetycznych, logicznych, emocjonalnych i racjonalnych. Porównuje to do budowania nowej, wielowymiarowej przestrzeni matematycznej: dwa punkty tworzą linię prostą, trzy punkty tworzą płaszczyznę, a cztery punkty mogą stworzyć przestrzeń trójwymiarową.

— Główne tematy mojej kolekcji to dyskusja o polskiej tożsamości narodowej i współczesne tematy społeczne, np. rola i pozycja kobiet w sztuce i w społeczeństwie. Dlatego często kupuję ich prace. W kolekcji wyraźne są też odniesienia do matematyki, szczególnie w dziełach konceptualnych i abstrakcyjnych. W innych można odnaleźć komentarze do świata reklamy. W niektórych pracach jest też echo sztuki afrykańskiej, bo moja kolekcja stanowi kolejny rozdział po zbiorach moich, nieżyjących już, rodziców. Lubię sztukę inteligentną i dowcipną. Niektóre prace z kolekcji bardzo mnie śmieszą. Wątki się przeplatają i często jedna praca łączy kilka tematów. W taki sposób powstaje osobisty, wielowymiarowy zbiór, mający jednak czytelną logikę i porządek — opowiada Szymon Gutkowski.

Nie tylko obrazy

Zebrał dzieła m.in.: Józefa Robakowskiego, Jarosława Kozłowskiego, Pawła Kwieka, Ewy Juszkiewicz, Moniki Drożyńskiej, Ewy Axelrad, Włodzimierza Pawlaka, Ryszarda Grzyba. — Prace zdobywam głównie w zaprzyjaźnionych galeriach polskich i zagranicznych. Często na targach sztuki lub podczas Warsaw Gallery Weekend i podobnych wydarzeń. Na aukcjach kupuję rzadko, a jeśli już — to na charytatywnych. Duży wpływ wywarł na mnie przyjaciel, twórca galerii Piktogram,

Michał Woliński. Konsultuję zakupy z żoną. Choć zdarzają się takie, które przed nią chowam i przyznaję się po jakimś czasie — ujawnia szef agencji reklamowej. O swoich zbiorach mógłby opowiadać godzinami. Dlaczego zdecydował się na obraz Włodzimierza Pawlaka „Połóż się koło mnie”? To głośne dzieło, nawet Anda Rottenberg wspomina o nim w swojej autobiografii. Przedstawia namalowane z rozmachem, jakby od jednego pociągnięcia pędzla, leżące obok siebie czarne kościotrupy na bladoróżowym tle. Jeden z nich trzyma w ręku sierp, a drugi młot. To, według właściciela dzieła, w jakimś sensie proroczy obraz. Namalowany został w 1984 r., co jest symboliczne, zapowiada koniec komunizmu. Szczególnie uderzające dla Szymona Gutkowskiego jest różowe tło, jeśli się pamięta, że obraz powstał zaraz po stanie wojennym, w czasie pozbawionym nadziei. Ważny w kolekcji jest też wątek dotykający przemian społecznych i historycznych. Tak jak w rzeźbie „Anomalia” autorstwa Ewy Axelrad.

— Kurtka puchowa, stojąca na podłodze, z piersią wypiętą jak tors goryla. Można w tym zobaczyć pewną siebie, bezmyślną agresję, która pojawia się dziś w wielu krajach. Nieprzypadkowo kurtka ma kolor czarny i zrobiona jest z betonu. Powstały trzy takie rzeźby z jednej formy. Jedna jest w kolekcji Europejskiego Banku Centralnego, a druga w prywatnej w Belgii. W ostatnim czasie rzadko bywała u nas, bo głównie jeździła po wystawach — mówi właściciel „Anomalii”.

Praca Ewy Axelrad nie jest jedyną rzeźbą w kolekcji szefa agencji reklamowej. Należy też do niej dzieło Gizeli Mickiewicz.

— Wygląda jak kawałek zrolowanego linoleum, które przeczy prawom fizyki, bo jego część wisi w powietrzu, choć wydaje się to niemożliwe. Piękna, minimalistyczna, abstrakcyjna rzeźba, która przypomina mi sztukę wielkiej, polskiej rzeźbiarki Katarzyny Kobro. Ale, przez wybór materiału, jest współczesna. Ktoś mógłby powiedzieć, że została wyjęta ze śmietnika — twierdzi Szymon Gutkowski.

Na to wydajesz pieniądze

O sztuce współczesnej można usłyszeć, że pięcioletnie dziecko potrafiłoby to zrobić, albo że prace z tego nurtu są dziwne, więc dlaczego płaci się za nie tyle?

— Słyszałem to wiele razy. Odpowiadam tak: „Jeśli myślisz, że twoje pięcioletnie dziecko potrafi namalować obraz współczesny, to może właśnie narodził się kolejny Picasso, a może po prostu nie wiesz, co mówisz”. Przyjaciel, wchodząc do mojego gabinetu, krzyknął: „Na to wydajesz pieniądze?!”. Wtedy część mojej kolekcji nazwałem: „Ty na to wydałeś pieniądze?” — wspomina Szymon Gutkowski.

Co do niej należy?

— To pytanie o istotę sztuki współczesnej. Czy włos, który przykleił się do małego różowo-pomarańczowego kwadratu — a trzeba się bardzo uważnie przyjrzeć, by go dostrzec — jest sztuką? Jeśli podpisała go artystka Katarzyna Przezwańska — jest. Czy zdjęcie mężczyzny, trzymającego oprawioną kartkę z napisem: „This is what I want to hold in my hands”, jest sztuką? Tak właśnie wygląda znakomita praca Pawła Kwieka z lat siedemdziesiątych. Ta fotografia ma dla mnie znaczenie zawodowe. Autorzy tekstów i pomysłów reklamowych, copywriterzy, wkładają serce w swoją pracę, co nie zawsze jest doceniane. Pod wieloma na pozór błahymi hasłami można by dopisać małym drukiem: „This is what I want to hold in my hands”. Obie prace wiszą w moim biurze. Czy jeśli ktoś 99 razy napisze czerwoną i granatową kredką art, to będzie to już prawdziwa sztuka? To konceptualna praca Jarosława Kozłowskiego, klasyka polskiej sztuki współczesnej. Też wisi w moim biurze, nad drukarką i kserokopiarką. Ale chyba tylko mnie bawi — uważa Szymon Gutkowski.

W 2010 r. anonimowy nabywca kupił na aukcji w Sotheby's trzy prace Romana Opałki (najsłynniejszy artysta polskiej sztuki współczesnej, tworzył w nurcie konceptualizmu) z cyklu Opalka 1965 /1 — ∞ (Program) za 713 250 funtów. Była to najwyższa kwota, jaką zapłacono za pracę żyjącego, polskiego artysty. W 2008 r. w londyńskim domu aukcyjnym Phillips de Pury sprzedano „Palące Dziewczyny (Anka, Dominika oraz Peaches)” Wilhelma Sasnala za 229 250 funtów. Kwoty robią wrażenie. Polska sztuka nowoczesna jest lokatą pieniędzy?

— Często jedna praca osiąga na aukcji wyższą cenę, niż warta jest cała, nawet dobra kolekcja. Cieszę się, że dzieła niektórych polskich artystów są tak wysoko wyceniane. Ale to zupełnie inny segment rynku niż ten, o którym rozmawiamy. Co do inwestowania, to albo się inwestuje w sztukę, albo się ją kolekcjonuje. Licząc na wzrost wartości prac w krótkim czasie, można się grubo pomylić. Licząc na to w długiej perspektywie, można nie dożyć spodziewanych zysków. Mojej kolekcji nie traktuję jak inwestycji. W przypadku zakupów sztuki trudno mówić o kwotach, chyba że są to zakupy na aukcjach. Podczas transakcji na rynku pierwotnym cena jest sprawą umowy między artystą, galerią a kolekcjonerem. Jej warunki pozostają poufne. Kwota jest ważna, ale istotne jest, do jakiej kolekcji dołącza praca. Polska sztuka współczesna może być zaskakująco tania, jak i droga. Nie kolekcjonuję tylko polskiej sztuki i czasem się okazuje, że dzieła zagranicznych artystów kosztują taniej. Dlatego każdy, kto czuje, że mogłaby to być jego pasja, po prostu powinien to sprawdzić. O wartości kolekcji nie decydują wydane pieniądze, lecz jakość prac. A to nie zawsze idzie w parze — sumuje Szymon Gutkowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ROBERT RYBARCZYK

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu