Luksus kwitnie w kryzysie

MZAT
opublikowano: 07-09-2012, 00:00

Kryzys skłania do zaciskania pasa — ale pas musi być markowy. Wydatki na dobra luksusowe rosną.

Najbogatsi mogą biednieć w kryzysie, ale w życiu nie zamienią Chanel no. 5 na mydło Jeleń. Jak wynika z raportu „Luxury & Cosmetics Financial Factbook”, przygotowanego przez Ernst & Young (E&Y), światowy rynek dóbr luksusowych będzie rósł w tempie 6-7 proc. rocznie i za dwa lata osiągnie wartość 225 mld EUR. Luksusu nie zabraknie też nad Wisłą, gdzie rynkowi gracze wyciągnęli wnioski z kryzysu i postanowili ciąć koszty. Na cięcie cen jednak się nie zdecydowali.

— Mimo spowolnienia gospodarczego, polscy producencidóbr luksusowych oraz franczyzobiorcy międzynarodowych marek starali się utrzymać marże na stałym poziomie — dzięki ograniczeniu kosztów najmu poprzez redukcję nierentownych powierzchni oraz renegocjację warunków i zmianę formuł umów franczyzowych — mówi Zbigniew Jusis, partner w dziale doradztwa transakcyjnego E&Y.

Zdaniem Jerzego Mazgaja, szefa delikatesowej Almy i właściciela reprezentującej luksusowe marki Paradise Group, rynek rośnie, bo działa „efekt szminki” — kryzys sprawia, że hamuje sprzedaż najdroższych nieruchomości czy samochodów, ale klienci z grubszym portfelem chętniej pozwalają sobie na zakup drogich kosmetyków czy biżuterii.

— Mówienie, że kryzysu nie widać, to przesada, ale np. sprzedaż zegarków rośnie w tempie dwucyfrowym, świetnie idą też najbardziej luksusowe marki ubraniowe, jak Burberry. Gorzej jest w przypadku „luksusu ze średniej półki”, czyli marek takich jak Armani [jedyny sklep w Polsce został zamknięty w ubiegłym roku] — uważa Jerzy Mazgaj.

Jak się okazuje, wydatki na luksus w Europie rosną, ale nie dzięki Europejczykom. — Dobre wyniki sprzedaży w ostatnich latach to w dużej mierze efekt eksportu. Potwierdza to przypadek Hiszpanii, w której sprzedaż dóbr luksusowych wzrosła w ubiegłym roku o jedną czwartą i wynikała głównie ze wzrostu zakupów robionych przez zagranicznych turystów, przede wszystkim z Azji — tłumaczy Marek Rozkrut, główny ekonomista E&Y.

To właśnie Azjaci — przede wszystkim Chińczycy — przyjeżdżający do Europy w celach biznesowych czy turystycznych, mają być głównym motorem wzrostu sprzedaży dóbr luksusowych na starym kontynencie, który według wyliczeń E&Y w 2011 r. sięgnął około 10 proc.

Znacznie szybciej będzie rosła sprzedaż w butikach na ulicach Pekinu czy Szanghaju — do 2015 r. konsumpcja dóbr dla burżujów w komunistycznych Chinach ma rosnąć w średnim tempie 17,6 proc. rocznie. Za trzy lata co piąty towar luksusowy sprzedany na świecie będzie kupiony właśnie w Państwie Środka, podczas gdy jeszcze dekadę temu chiński rynek nie zapewniał nawet 1 proc. globalnego handlu.

Dziś Chińczycy kupują m.in. 41 proc. produkcji szwajcarskich zegarków.

— Producenci ekskluzywnych wyrobów dostrzegają w Azji największy potencjał wzrostu, ale muszą być świadomi tego, że ewentualne silniejsze spowolnienie wzrostu chińskiej gospodarki odbije się na ich wynikach, jeżeli zbyt mocno skoncentrują się na rynkach dalekowschodnich — uważa Marek Rozkrut.

Sprzedaż najdroższych marek ma w najbliższych latach mocno rosnąć także w Rosji i krajach Zatoki Perskiej. Na luksusowej mapie świata coraz słabszą pozycję będzie natomiast miała Japonia.

CHIŃSKIE DOPALACZE:

Europa dominuje na światowym rynku dóbr luksusowych, ale — zdaniem Marka Rozkruta, głównego ekonomisty Ernst & Young — to w coraz większym stopniu zasługa bogatych gości z Dalekiego Wschodu. [FOT. WM]

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MZAT

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu