Ma ten rację, kto ma obligacje

Karol Jedliński
30-04-2008, 00:00

W maju zapowiada się lawina roszczeń. Właścicielom przedwojennych papierów chodzi o wyjęcie z budżetu państwa nawet 10 mld zł.

Co jest nieodłącznym składnikiem przedwojennych obligacji? Płaszcz papieru dłużnego i arkusz kuponowy. Misterne zdobienia, spod ręki wybitnych grafików. I kilka tysięcy właścicieli tych walorów. Nie chcą się pogodzić z opinią, że papiery mają wartość jedynie kolekcjonerską. Dochodzą roszczeń, które sięgnąć mogą nawet kilkunastu miliardów złotych. Pomaga im w tym korzystny wyrok Trybunału Konstytucyjnego (TK) z kwietnia zeszłego roku.

— Ułatwia dochodzenie praw na podstawie zwaloryzowanej wartości papierów. Bez tego zasądzane sumy były śmieszne — zaznacza Tomasz Górniak, prezes Stowarzyszenia Posiadaczy Przedwojennych Obligacji — Wierzycieli Skarbu Państwa (SPPO-WSP).

Sam się o tym przekonał. Sąd potwierdził: papiery z walizki mają wartość. Ma pan 17 walorów po sto złotych? No to należy się 17 groszy. Czysta matematyka.

— Wyliczyli tak z inflacją i denominacją. W 1950 r. podzielili złotego przez sto, w 1994 r. przez 10 tysięcy, więc w sumie wyszło, że jedną przedwojenną złotówkę wystarczyło podzielić przez milion. Taka matematyka — konstatuje Tomasz Górniak.

Licz na siebie

Tymczasem Trybunał Konstytucyjny w wyroku sprzed roku powiedział jasno: rachunkowe hocki-klocki są niezgodne z konstytucją. Dał ustawodawcy rok na załatwienie sprawy odpowiednimi przepisami. Termin upływa 11 maja. Wiadomo, że do tego czasu ani rząd, ani jakakolwiek partia nawet nie zaproponuje konkretnych rozwiązań, nie mówiąc o przebrnięciu przez katorgę legislacyjną.

— Regularna olewka. Nie pierwsza zresztą w historii ignorowania zaleceń TK — przyznaje jeden z warszawskich prawników, znający sprawę.

Niedotrzymanie terminu powoduje, że sądy muszą zmienić nawyki rachunkowe. Ale czy odważą się zasądzać gigantyczne sumy?

— Według moich wyliczeń, opartych na ówczesnych cenach, płacach i wartości złota, nominalnie dawne sto złotych to jak dziś tysiąc — ocenia Tomasz Górniak.

Roszczeniowcy są biegli w kalkulacjach. Podobnie jak dawni kupujący obligacje. Lokowali kapitał na dobry fundusz emerytalny, papiery oprocentowane były zwykle na 3 do 6 proc. I tu kryje się bomba. Stuzłotowy papier dłużny na 6 proc. z połowy lat 30. to dziś z odsetkami roszczenia na ponad 50 tysięcy złotych. Nic dziwnego, że nawet ci mający po kilka walorów widzą sześciocyfrowe sumy. Dodają one adrenaliny do walki. Wśród członków SPPO-WSP (w większości emerytów) jest też kilka młodszych osób, oceniających swoje roszczenia na miliony. Dlatego prawnicy ostrzegają, że w maju może ruszyć lawina wniosków.

Fagan z Grobelnym

Dwa lata temu kilkaset milionów złotych, pożyczonych państwu polskiemu pod postacią obligacji dolarowych w USA, zamierzał wydrzeć Ed Fagan. Głośny amerykański prawnik na emocjonalnej konferencji ostentacyjnie podarł stuzłotówkę, ale wyszło, że na razie jest stówę do tyłu. Amerykańskie instytucje finansowe, sprzedające polskie papiery za oceanem, wyłgały się z łatwością. Byliśmy tylko pośrednikiem, pukajcie do Polski — stwierdziły.

Działo się to już po tym, jak Lech Grobelny umiejętnie podsycał hossę na dawne papiery, ogłaszając ich skup dzięki całostronicowym ogłoszeniom w gazetach.

— Nie wiadomo, co się stało z jego portfelem, bo na pewno jakieś obligacje miał — zaznacza Tomasz Górniak.

On też poszedł do byłego szefa Bezpiecznej Kasy Oszczędności. I pewnie by mu swoje papiery sprzedał, ale biuro zastał akurat zamknięte. Zaczął walczyć pod postacią stowarzyszenia.

— Najgorzej, jak się państwo przyzwyczai do niepłacenia starych długów. Potrzebuje ciągłego nacisku, żeby nie wpadało w złe nawyki — tłumaczy.

Sprawy posiadaczy obligacji nie załatwi ustawa reprywatyzacyjna, bo nie obejmie tej grupy poszkodowanych. Za słaby lobbing? A może po prostu inna bajka niż na przykład właściciele ziemscy czy aptekarze? Nigdy w powojennej Polsce nie umorzono ani nie zanegowano przedwojennych długów. Co więcej, na przykład w dekrecie z 1949 r. potwierdzano zobowiązania, m.in. z tytułu starych obligacji. Obecnie politycy też nie ośmielą się powiedzieć złego słowa o dawnych papierach i ich posiadaczach.

— Tę kwestię trzeba załatwić, to sprawa zaniechana w III RP — grzmiał premier Kaczyński po wyroku TK z kwietnia 2007 r.

Wtórował mu dwa miesiące temu Zbigniew Chlebowski, przewodniczący komisji finansów publicznych.

— To musi być inicjatywa rządowa. Skalę problemu poznamy dopiero wtedy, kiedy ruszą konkretne prace. Będę chciał, żeby stało się to jak najszybciej — zapewniał Chlebowski.

Kasa nieczynna

Nikt wprost nie powiedział: nie oddamy. Jest pusta deklaracja: załatwimy. Są szacunki stowarzyszenia: chodzić może o 10 mld zł do wyjęcia z budżetu. Prawnicy z zoologicznym zacięciem nazwą to prawniczym wężem morskim. Wszyscy wiedzą, że istnieje, ale większość woli uniknąć z nim spotkania i w tym kierunku łączy swe siły. A roszczeniowcy, jak na złość, w pianie morskiej rozpłynąć się nie chcą. Próbę ich zatopienia mogą podjąć sądy. Dosyć pomocną deską ratunku dla przedstawicieli dłużnika, czyli państwa, może stać się przedawnienie.

— Wyrok TK wskazuje, że dłużnik nie powinien się w takich sprawach zasłaniać przedawnieniem. Praktyka jest jednak taka, że jeśli strona powoła się na przedawnienie, sąd musi uwzględnić wniosek — przyznaje Tomasz Górniak.

Z liczeniem okresu przedawnienia powstał kolejny galimatias. Na logikę prawdziwy jest argument, że w PRL-u okres ten uległ zamrożeniu.

Obligacje się nie przeterminowały, dlatego że kasa była otwarta i ktoś zapomniał przyjść. Nie, tu kasa była zawsze zamknięta. Jak może się więc przeterminować roszczenie, którego nie da się zrealizować — wywodzą posiadacze papierów.

Niektórzy wysnuli wniosek, że na przykład 10-letni okres biegł dopiero od wejścia w życie konstytucji w 1997 r. Zalecenie ogólne: zakładajcie sprawy, wtedy się nie przeterminują. A teraz łatwiej będzie o odważnego sędziego, który powie: basta nie ma przedawnienia, są papiery, są odsetki, są miliony. Jest też pomysł przećwiczony już w II RP. Obligacje na obligacje, puścić maszyny drukarskie w ruch. Byleby wojny nie było, byleby budżet się nie przytkał. Bo inaczej państwo znów nabierze złych nawyków.

Roszczenia rolowane

Już kiedyś państwo polskie wymsknęło się posiadaczom obligacji. Chodzi o te emitowane przed 1924 r., w markach polskich. Nieoparte na wartości złota zostały pożarte przez inflację i na potęgę zalegały w wielu szafach. Wartość ich wykupu była nieraz po prostu niższa od ceny biletu tramwajowego do kasy skarbowej, gdzie można było papiery spieniężyć. Po reformie Władysława Grabskiego pojawiły się tzw. obligacje konwersyjne, czyli w dzisiejszym języku „zrolowane”, pozostałości po papierach z XIX w., emitowane pod zaborami. Polska, przejmując np. infrastrukturę kolejową, zobowiązała się do pokrycia części obligacji na nią wyemitowanych. Wychodzi na to, że niektóre papiery dłużne obejmują roszczenia sprzed 120 lat.

Kup pan dług

Przed wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w kwietniu zeszłego roku, przedwojenne obligacje można było kupić za około 50-60 proc. ich nominału. Dziś ceny poszybowały w górę, choć rynek nie jest zbyt płynny. Ceny okazów oferowanych na Allegro sięgają 200 zł za obligację stuzłotową. Kupić nie zaszkodzi. Jakby co, zawsze można w ramki oprawić.

Dobry zwyczaj, nie pożyczaj

1782 rok Wtedy król Stanisław August Poniatowski wypuścił pierwszą polską obligację. Za długi zastawił Belweder.

13 lat Przez taki czas, aż do 1939 r., złoty był najmocniejszą walutą w Europie.

5 proc. Tylko tyle ważnych obligacji przedwojennych zachowało się do dziś.

Walcząc z Boratem

Edward Davis Fagan zasłynął pozwaniem szwajcarskich banków o pieniądze należące do ofiar Holokaustu. W rezultacie instytucje finansowe wypłaciły 1,25 mld dolarów odszkodowań. Ed Fagan, urodzony w Teksasie, lubi sprawy wymagającej kowbojskiej zuchwałości i nieraz bezczelności. W imieniu dwóch mieszkańców rumuńskiego miasteczka Glod pozwał producentów filmu „Borat” na 30 mln dolarów. Sąd oddalił pozew. Z większym powodzeniem walczył o pieniądze dla ofiar kolejki w Kaprun czy ofiar tsunami oraz apartheidu. Oskarżany nieraz o defraudacje pieniędzy klientów popadł w tarapaty finansowe. Jego długi sięgają 14 mln dolarów, a wcześniej jeden z jego klientów pozwał go, skutecznie, na 3,2 mln dolarów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ma ten rację, kto ma obligacje