Magia Godnych Świąt

Karolina Guzińska
opublikowano: 15-12-2006, 00:00

Boże Narodzenie obchodzimy w całym kraju podobnie. A jeszcze na początku XX w. każdy region miał własne zwyczaje, wierzenia i kolędy.

Niegdyś Boże Narodzenie zwało się Godami i trwało od Wigilii do Trzech Króli (6 stycznia). Godne Święta — dobre, boskie, wtedy gdy stary rok „godzi się” z nowym — to czas magii. Wszystko stawało się możliwe, świat realny łączył się z pozazmysłowym i można było zapewnić sobie pomyślność na przyszły rok. Poznanie świątecznych tradycji minionych epok uzmysławia nam, jak bardzo komercja zubożyła Boże Narodzenie, odzierając je z dawnego czaru. Ale ostało się miejsce, nad którym unosi się duch Godnych Świąt. To skansen Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu, 126 km od Warszawy.

Archanielskie trąby

Adwent — oczekiwanie na przyjście Zbawiciela. Liczono go od 12 listopada, bo święty Marcin (11 listopada) kończył prace w polu. Na wschodnim Mazowszu i Podlasiu nadejście adwentu wieściły ligawki: długie trąby pasterskie. Ich głos symbolizował trąby archanielskie, zwiastujące narodziny Jezusa. Obowiązywał zakaz zabaw, ściśle przestrzegano postu. O brzasku odprawiano roraty, jedno z najstarszych i najbardziej lubianych przez lud nabożeństw maryjnych. Czas oczekiwania wypełniały też prace domowe: mężczyźni młócili cepami zboże i groch, naprawiali sprzęty, robili pochodnie z pakuł, z którymi szło się potem na pasterkę. Kobiety spotykały się na darcie pierza i kądziołki: przędzenie wełny.

— Opowiadały sobie baśnie i legendy, żartowały z mężczyzn, plotkowały. A pod izbę, w której się zbierały, podkradali się młodzieńcy. Straszyli kobiety stukaniem w okno i przerażającymi jękami. Potem wpadali do chałupy i rozdmuchiwali pierze. Psoty zmieniały te spotkania w śmiech i zabawę, co nie licowało z powagą adwentu i było ganione przez księży — opowiada Robert Piotrowski, kierownik działu etnografii Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Rekonstrukcję prac adwentowych zobaczy się w chałupie z lat 30. XX wieku, przeniesionej do skansenu ze wsi Dzierzążnia koło Płońska. To część ekspozycji, przybliżającej atmosferę świąt końca XIX i I połowy XX wieku. Wystawa pokazuje Boże Narodzenie w chałupach biedoty, zagrodach średniozamożnych chłopów i dworkach bogaczy. Każde z domostw skansenu opowiada inną historię.

Światy z opłatka

— Świniobicie. Jedno z wielkich wydarzeń adwentu. Scalało ludzi we wsi, bo pomagali wszyscy sąsiedzi, dostając w zamian część mięsa. Szynki solono i wędzono, wieszając nad okapnikiem. Robiono też mielone i kiełbasę, a świeże specjały od razu smakowano, zakrapiając wódką — wyjaśnia Robert Piotrowski.

Dekorowanie izb na święta to zadanie dziewcząt i babek. Wyklejały ozdoby z białego i kolorowego opłatka: światy (kule), jabłka, kołyski, gwiazdy. Wieszano je nad wigilijnym stołem na końskim włosiu lub lnianej nici. Na sufitach podwieszano pająki — zachwycające stroiki ze słomy i barwnej bibułki.

— Wzorowano je na kryształowych żyrandolach z kościołów i szlacheckich dworów. Chłopi uznali je za piękne i zapragnęli takich dla siebie — dodaje Robert Piotrowski.

Dwunastka to symbol pełni — tylu było apostołów, tyle jest miesięcy w roku. Siódemka, trójka i dziewiątka to liczby szczęśliwe. Nic dziwnego, że gospodyni szykująca wigilijne potrawy dbała, by było ich trzy, siedem, dziewięć lub dwanaście — każdy chciał, żeby mu się darzyło. Dania musiały być postne, z produktów pola, lasu, ogrodu i stawu.

— Jeśli zupa — grzybowa z kluskami lub barszcz czerwony — to na zakwasie, w żadnym razie nie na tłuszczu. Jadano m.in. groch z kapustą, rwaki, czyli kluski z mąki żytniej, ręcznie rwane i wrzucane do wrzątku, słodkie pampuchy. Jak kogoś było stać, podawał smażone ryby, choć to potrawa środowisk szlacheckich i plebańskich. Przy dworach i plebaniach zakładano oczka wodne, w których hodowano ryby. Biedna wieś zadowalała się substytutem: śledziem — opowiada Robert Piotrowski.

Wigilię postrzegano jako święto zaduszne, podobnie jak wszystkie dni przejściowe. Bo 24 grudnia to kres najkrótszych dni w roku. Wierzono, że 25 grudnia to już nowy rok, bo dni się wydłużają. Na wigilijnym stole pojawiał się groch i mak, rośliny przypisywane światu umarłych — by wydobyć groch ze strączka czy ziarno maku z makówki, trzeba je otworzyć, a to kojarzyło się ze zmarłym, rodzącym się do nowego życia. Wychodzący na pasterkę zostawiali jedzenie na stole, by także dusze mogły się pożywić.

Wróżby z siana

Inscenizacja najstarszej Wigilii — jedna z kilku w skansenie — to wieczerza małorolnych chłopów z XIX wieku. Biesiadnicy siedzieli przy ławie nakrytej białym, lnianym obrusem, pod którym leżało siano — przypomnienie, że Jezus narodził się w stajence. Nogi ławy pętał żelazny łańcuch, by zatrzymać jadło na przyszły rok. Pod nią leżał lemiesz — to agrarna magia chroniąca pole przed szkodnikami. Na ławie ustawiono gliniane misy z rwakami, kapustą z grochem, pierogami, gotowanymi ziemniakami. Przed posiłkiem gospodarz składał wszystkim życzenia i dzielono się opłatkiem.

— Po wieczerzy wróżono, wyciągając spod obrusa źdźbła siana. Zielone i proste oznaczało zdrowie czy rychłe zamążpójście. Żółte, suche — chorobę. Potem gospodarz zbierał siano ze stołu, wkładał je do koszyka, kruszył na nie opłatek i szedł dzielić się z bydłem. Ta tradycja przetrwała, do dziś wypieka się na wsiach kolorowe opłatki dla zwierząt — przypomina Robert Piotrowski.

Wierzono, że w dzień narodzin Jezusa zwierzęta są równe człowiekowi. To reminiscencja pogańskich wierzeń, że w dni przełomu świat staje na głowie, a niemożliwe staje się możliwym.

— Kto miał pasiekę, szedł do uli i szeptał pszczołom, że narodził się Zbawiciel, aby także one uczestniczyły w święcie. Pszczoły cieszyły się wielkim szacunkiem. Gdy umierał gospodarz, też ktoś szedł, żeby im o tym powiedzieć — dodaje Robert Piotrowski.

W kątach izby stawiano snopy niemłóconego zboża, by zapewnić urodzaj. Potem pleciono z nich powrósła do owijania drzew owocowych.

Groch na dobrobyt

Inny czas, inny dom. W okresie międzywojennym bogaty mazowiecki gospodarz zastawiał wigilijny stół porcelaną, pojawiało się na nim ciasto. A nad stołem wisiała przystrojona choinka. Przywędrowała do Polski w II połowie XIX wieku z Niemiec. Symbolizowała róg obfitości, a zieleń jej igieł kojarzyła się z mocą przezwyciężenia zimy. Choinka wyparła z izb snopki, ale wieś mazowiecka długo opierała się nowej tradycji — drzewka pojawiły się w latach 20. XX wieku, a upowszechniły po drugiej wojnie światowej.

— W dzień wigilijny mężczyźni ruszali do lasu i przynosili drzewko. W chałupach, gdzie było mało miejsca, choinkę podwieszano pod sufitem. Zdobiono ją zabawkami ze słomy i kolorowej bibuły: łańcuchami, koszyczkami, jeżykami, wieszano jabłka, orzechy, ozdoby z opłatka. Ale nierzadko stawiano obok snopek zboża — przekonuje Robert Piotrowski.

Szlachecka Wigilia wyglądała okazalej. Jadano barszcz z uszkami, smażoną rybę, bakalie i ciasta, popijano nalewki. Stół przykrywano haftowanym obrusem, pod którym układano siano i prezenty. Uroczysty charakter wieczerzy podnosiły srebrne lichtarze i zastawa, porcelanowe talerze i wazy, szklane kielichy. Stojąca w kącie, osadzona w krzyżaku choinka skrzyła się szklanymi bombkami i jarzyła świeczkami w metalowych żabkach.

Dziś dla wielu Polaków Wigilia to treść, a nie wstęp do Bożego Narodzenia, dlatego tak ciekawe są inscenizacje w kolejnych chatach skansenu — pokazują to, co nam umyka.

— Boże Narodzenie było wielkim świętem. Nie wykonywano żadnych prac, prócz karmienia zwierząt. Nie gotowano nawet obiadu, podgrzewano tylko jedzenie. Obowiązkowe danie stanowił rosół z kluskami i gotowaną wołowiną. Po posiłku szło się do kościoła. Całą rodziną, bo ten dzień spędzano we własnym gronie. Z wizytami czekało się do 26 grudnia. Tego dnia, na pamiątkę świętego Szczepana męczennika, młodzież rzucała w kościele grochem w idących od komunii. By zapewnić dobrobyt — opowiada Robert Piotrowski.

Pojawiali się kolędnicy. W zależności od wsi były to rozmaite zespoły. Przebierańcy — Koza, Herod, Śmierć, Dziad, Żyd — wyprawiali brewerie za poczęstunek i alkohol. To pogańska tradycja: maski skrywały twarze żywych, odgrywających postaci z zaświatów. Inny zespół, z gwiazdą i szopką, to głównie dzieci, stające pod oknami i śpiewające w zamian za pieniądze, kawałek placka czy kilka jaj. Trzecia grupa przedstawiała Trzech Króli i pojawiała się 6 stycznia.

— Dzieci śpiewały żartobliwe piosenki na melodię kolęd, np. „Hej kolęda deska, zabił ojciec wieprzka, a matula świnkę wsadziła w pierzynkę. Dał dzieciom po gizie (szynce), a sam ogon gryzie!”. Przeciwwagą wesolutkich szopek, ekspresji, żartów i alkoholu był ksiądz chodzący po kolędzie. Odmawiał modlitwę, błogosławił dom, śpiewał pieśni religijne — opisuje Robert Piotrowski.

Świętem Trzech Króli kończyły się Gody — czas magii i wróżebnych praktyk. Nastawały zapusty — okres zabaw, zwany dziś karnawałem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu