Małe kroki do  wielkiej sprawy

Jacek Zalewski
opublikowano: 09-05-2011, 00:00

Przypomniany powyżej cytat z ogłoszonej dokładnie 61 lat temu deklaracji Roberta Schumana, na pamiątkę której obchodzimy Dzień Europy, wybrałem nieprzypadkowo. Plan francuskiego ministra stał się dokumentem założycielskim Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, czyli babci Unii Europejskiej — matką była Europejska Wspólnota Gospodarcza. Cytat przypomina, od czego się wszystko zaczęło i dlaczego w eurowspólnocie rządzą Paryż z Berlinem, zarówno kiedyś w założycielskiej szóstce, jak też w składzie 27 państw. Tak było, jest i będzie, bez względu na mrzonki innych członków UE, w tym mocarza jej wschodnich rubieży, na jakiego ostatnio pozycjonuje się Polska.

Ojcowie założyciele wspólnoty wyznawali filozofię małych kroków, czyli stopniowego integrowania się Europy w kolejnych obszarach. I do tej pory doskonale się ona sprawdza, tylko dzięki niej dało się np. doprowadzić do zrezygnowania przez większość państw Unii Europejskiej z walut narodowych na rzecz euro. Notabene sześć dekad temu tworzenie od razu zwartej struktury gospodarczej spotkałoby się z kontrakcją nie tylko Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w wersji stalinowskiej, ale także… Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przecież ledwie rok wcześniej powstała Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) i z punktu widzenia Waszyngtonu do obrony i umacniania zachodniej cywilizacji całkowicie to wystarczało. Dzisiaj żadne przeszkody zewnętrzne nie istnieją, ale bardzo silna pozostaje niechęć wielu unijnych państw do utraty suwerenności. Symbolem takich postaw stała się sześć lat temu plajta Konstytucji dla Europy. Traktat z Lizbony merytorycznie różni się od niej niewiele, ale psychologicznie okazał się zdecydowanie bardziej strawny.

Siedem lat przynależności Polski do Unii Europejskiej upłynęło już tydzień temu, ale w odbiorze społecznym rocznica przykryta została beatyfikacją papieża Jana Pawła II. Okazja do krótkiej refleksji trafia się zatem w Dniu Europy. Minione lata nie były dla Polski aż tak tłuste, jak sobie naiwnie wyobrażaliśmy triumfalnej nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r. — ale na pewno bardziej korzystne od siódemki nadchodzącej. Nie ma co krakać na zapas, że będzie ona wręcz chuda, jednak walka o wieloletnią perspektywę finansową 2014-20 zapowiada się jako twarde starcie interesów, porównywalne tylko z pamiętnym finiszem naszych negocjacji akcesyjnych.

Rządzącą klasę polityczną rozpiera duma z powodu obejmowania przez Polskę od 1 lipca półrocznego przewodnictwa ministerialnej Rady Unii Europejskiej. Trzeba jednak pamiętać, że najważniejszy organ decyzyjny, czyli Radę Europejską w składzie szefów państw i rządów, trzyma twardą ręką przewodniczący Herman Van Rompuy. Dlatego na przykład z zakończonego w sobotę objazdu premiera Donalda Tuska po trzech krajach bałkańskich jako rozdawcy unijnych dobrodziejstw trzeba upuścić sporo propagandowego zadęcia. Zwłaszcza że np. dla Serbii przeszkodą na razie nie do przeskoczenia na drodze ku UE jest konieczność zaakceptowania niepodległości Kosowa. Z kolei Chorwacja, formalnie bliska końca negocjacji i podpisywania traktatu, uznaje za bohaterów narodowych generałów skazanych przez trybunał w Hadze za zbrodnie wojenne. Sama premier Jadranka Kosor uznała werdykt za "nie do zaakceptowania" — więc jak tu Chorwacji myśleć o pozytywnym wyniku obowiązkowego referendum akcesyjnego?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane