Mały pluszak dużo może

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 28-08-2019, 22:00

Architektka Beata Cyruchin dwa razy w tygodniu szyje pluszowe zwierzęta. Sprzedając je, pomaga pomagać innym.

Najlepiej przytula się leniwiec. Układa się miękko, wtula w szyję, obejmuje łapkami zakończonymi trzema długimi paluszkami. Trochę drapie, bo uszyty jest z wełnianej marynarki. Rekin powstał z dwóch różnych kawałków dżinsów. Można mu policzyć skrzela i zajrzeć do paszczy. Beata Cyruchin uszyła też wombata, aksolotla, raniuszka, kapibarę i całą zgraję innych zwierzaków.

Artystyczna filozofia. Staram się być wierna anatomii. Nie „upupiam” zwierząt. Uważam, że dzieci mają prawo bawić się pluszakiem, który przedstawia prawdziwe stworzenie a nie jego karykaturalną wersję z wielkimi oczami — mówi Beata Cyruchin, architektka, pomysłodawczyni projektu #pluszakzcelem. Uszyte przez nią maskotki można porzygarnąć w zamian za darowiznę na rzecz wybranej organizacji charytatywnej.
Wyświetl galerię [1/3]

Artystyczna filozofia. Staram się być wierna anatomii. Nie „upupiam” zwierząt. Uważam, że dzieci mają prawo bawić się pluszakiem, który przedstawia prawdziwe stworzenie a nie jego karykaturalną wersję z wielkimi oczami — mówi Beata Cyruchin, architektka, pomysłodawczyni projektu #pluszakzcelem. Uszyte przez nią maskotki można porzygarnąć w zamian za darowiznę na rzecz wybranej organizacji charytatywnej. Fot. Marek Wiśniewski

Olśnienie

Babcia Beaty Cyruchin robiła na drutach, mama szyła, więc i ona lubiła robić coś rękami. Odkąd pamięta, dziergała, haftowała, robiła grafiki, biżuterię z gazet… Na studiach podpatrywała ubrania innych dziewczyn, rysowała wykroje. Do szycia mniej ją ciągnęło. Jedenaście lat temu siadła jednak do maszyny i uszyła pluszaka. Jedynego według gotowego wykroju. Wszystkie następne narysowała sama. Ten pierwszy był dla siostrzeńca. Kolejne próbowała sprzedawać na targach rękodzieła, rozdawała znajomym. Potem przez lata szyła sporadycznie.

— Trzy lata temu rozglądałam się za jakimś wolontariatem dla siebie. Zorientowałam się, że organizacje częściej szukają pieniędzy. Wolontariuszy mają — mówi Beata Cyruchin.

Z wykształcenia architektka (po Politechnice Warszawskiej), sama często przekazywała pieniądze na różne cele. Nagle ją olśniło. Z zielonego materiału w ciapki uszyła kameleona. Zaraz potem maskonura. Wrzuciła ich zdjęcia na swój fanpage. Od razu ktoś przygarnął pluszaki. W zamian za darowiznę dla Polskiej Akcji Humanitarnej. Posypały się kolejne zamówienia. Nazwała swój projekt #pluszakzcelem. Pierwszym oficjalnym była wydra. Kończyła ją szyć w sylwestra 2016 r. Założyła, że pluszaki będą kosztowały minimum 100 zł, a jak ktoś da więcej — tym lepiej. Znajdowały domy w zamian za różne kwoty. Od 100 do prawie 1500 zł. Ludzie często organizowali zrzutki, by wpłacić wybranej fundacji jak najwięcej. Jedną z największych zbiórek zorganizował fan club LP. Zamówił dla artystki pluszowe ukulele z okazji jej koncertu w Polsce.

Przez dwa i pół roku Beata uszyła 180 pluszaków, które zebrały 28 515 tys. zł. Od początku przyjęła zasadę „less waste”. Pierwsze sto pluszaków powstało z materiałów, które miała w szafie, tkanin zbieranych przez mamę i babcię męża, z jej starych ubrań. O niemal każdym mogła opowiedzieć historię. „To spodnie jeszcze z podstawówki, tkanina na spódnicę, której nigdy nie uszyłam, materiał z kiecki ze studniówki, srebrny, błyszczący, idealny na płetwy…”. Teraz dostaje surowce także od obcych ludzi. Przekazują materiały i ubrania znalezione podczas sprzątania mieszkań po bliskich.

— Czasami dostaję też resztki od firm odzieżowych. Przez ostatnie dwa lata tylko raz kupiłam materiał. Kawałka białej wełny potrzebowałam do uszycia zamówionego pieska — twierdzi Beata Cyruchin.

Poza tym kupuje tylko nici, igły i wypełnienie: poliester. Jest hipoalergiczny, można go prać w 60 st. C, a wypchane nim pluszaki dobrze wyglądają.

— Szukam jednak naturalnej alternatywy, takiej jak trociny czy łuska gryczana — mówi artystka. Zwierzaki mają oczy z guzików z odzysku i to one decydują o wyrazie ich pyszczka.

Bo wydry są fajne

Pomysłów na to, jakie zwierzęta uszyć, Beata Cyruchin ma cały zeszyt. Maskonur chodził za nią, odkąd oglądali je z mężem na Islandii. Wydry — bo są fajne. Teraz jej marzeniem jest chrząszcz. Nie wie, dlaczego, ale znalazła już na niego fajny materiał.

— Interesuję się zwierzętami, a na co dzień brakuje mi natury. Pójść do lasu i spotkać daniele to dla mnie wielka frajda. Często oglądam filmy dokumentalne o zwierzętach. Tam też szukam nowych inspiracji — mówi artystka, zwana przez znajomych Uchatką.

Wszystko sama rysuje na niepotrzebnych już wydrukach z pracy. Najpierw główny kształt, potem wygląd zwierzaka od przodu, góry, spodu. Wymyśla, co zrobić, by nabrał ciała. Ogląda zdjęcia, krótkie filmy na YouTubie, programy przyrodnicze. Chce zobaczyć zwierzę w ruchu, z każdej strony.

— Wpisuję dziwne hasła w wyszukiwarkę, na przykład „wombat ogon”. Muszę wiedzieć, jak wygląda, a wszyscy robią mu zdjęcia pyska — twierdzi architektka.

Szuka informacji, ile zwierzę ma pazurów, jak zbudowana jest jego łapka, czy palec jest przeciwstawny. Ustala, gdzie jest jaka płetwa, skrzela, pępek manata.

— Staram się być wierna anatomii. Nie „upupiam” zwierząt. Uważam, że dzieci mają prawo bawić się pluszakiem, który wygląda jak prawdziwe stworzenie a nie jego karykaturalna wersja z wielkimi oczami — przedstawia swoją filozofię artystka.

A że niewiele jest na rynku pluszaków z ładnych tkanin, z ciekawie zestawionymi fakturami, kolorami, wzorami, jej zabawki podobają się też dorosłym. Często kupują je dla siebie. Tym bardziej że ona szyje nietypowe. Kiwi, raniuszek, manat, uchatka, mola mola, połykacz, aksolotl… Mało kto wie o istnieniu takich zwierząt, więc jej pluszaki to przyjemność i popularyzacja wiedzy o przyrodzie w jednym. Przez pluszaki poznaje mnóstwo ciekawych ludzi i historii. Bo za każdym zamówieniem stoi jakaś opowieść, powód. Aksolotl był zamówiony dla znajomego artystki, który wypisał kiedyś całą listę dziwacznych zwierząt. Poznaje je, bo od dzieciństwa co roku dostaje któreś z tej listy: rybę mruk, lotopałankę, wychuchola. Molę molę zwaną też samogłowem uszyła, bo zobaczyła na TEDzie wystąpienie na temat tych ryb. A narwala, bo spodobał jej się jego długi, spiralnie skręcony kieł. Królowa pszczół powstała dla kilkulatki idącej na bal pod hasłem „królowe i królowie”. Wśród pastelowych tiulów strój w żółto-czarne paski z żądłem rzucał się w oczy. Powstała też cała seria psów, także tych, które już odeszły. Architektka ma sporo takich zamówień, ale nie zawsze się na nie zgadza. Miewa trudności z szyciem niektórych ras czy psów tak kudłatych, że trudno oddać ich kształt.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

— Mam też problem z uszyciem lwa, orła, kota, rysia czy wilka. Podjęłam parę prób i nie byłam zadowolona. Kształty tych zwierząt nie podlegają syntezie, a moje pluszaki są uproszczeniem. Zwierząt „dumnych” z natury upraszczać nie można — wyjaśnia Uchatka i dodaje, że nie jest konsekwentna, bo właśnie uszyła sokoła wędrownego.

Najtrudniejsza była rodząca kobieta i połączone z nią pępowiną dziecko, które można „urodzić”. To już w zasadzie rzeźba, forma sztuki tekstylnej. Powstała na zamówienie douli, która zabiera ją do porodów.

Biznes czy hobby?

Beata Cyruchin najbardziej lubi obserwować zwierzęta, przyglądać się ich kształtom, wymyślać, jak przełożyć je na płaskie elementy tkaniny. Dlatego na 180 pluszaków, które uszyła, około 90 to niepowtórzone wzory. Pod koniec zeszłego roku architektka kubaturowa, jak o sobie mówi, zrezygnowała z dwóch dni w biurze, by mieć więcej czasu dla zwierzaków. I spróbować utrzymywać się z szycia trąb, kłów i płetw.

— Miałam wrażenie, że mało jest w mojej pracy działania dla dobra człowieka. Niby mieszkania są dla ludzi, ale chodzi głównie o zysk dewelopera. Chciałam, by mój czas służył dobremu — mówi artystka.

Pluszaki robią to potrójnie. Ktoś ma frajdę z ich posiadania, ona — przyjemność z wymyślania i szycia, a fundacje korzyść z pieniędzy. Od jesieni 2018 r. trzy razy w tygodniu pracuje jako architektka, a przez dwa dni szyje pluszaki. Jedna czwarta ich ceny nadal wędruje do fundacji. Jednego zwierzaka miesięcznie przeznacza w całości na cele charytatywne. Szyjąc w weekendy i po godzinach, była w stanie zrobić 2-3 pluszaki miesięcznie. Wydawało się jej, że rezygnując z dwóch dni pracy w biurze, będzie miała mnóstwo czasu. A gdzie tam! Wciąż go brakuje. A lista zamówień puchnie. W listopadzie zeszłego roku była już zapełniona do końca 2019 r. Czasem komuś musi odmówić. Kinga Kulon sama się do niej zgłosiła po czyimś komentarzu na Facebooku, by Beata Cyruchin poszukała rąk do pracy.

— Ucieszyłam się. Przez dwa lata nie szyłam powtórek, a wiele osób chciało zamówić zwierzę, które już widziały. Teraz Kinga szyje pluszaki według opracowanych przeze mnie wzorów — mówi artystka.

Czasem pomaga też mama Beaty Cyruchin i nie chce żadnych pieniędzy. Wszystkie „jej” pluszaki są licytowane. Początkowo szycie nie zawsze było dla artystki przyjemnością. Spieszyło się jej, by skończyć i wymyślać coś nowego, bo to najciekawsze.

— Czasami gdy siadam, puszczam audiobooka czy odcinek serialu dokumentalnego i odpoczywam przy szyciu ręcznym. Ale to ciężka fizyczna praca — mówi Beata Cyruchin.

Nie może szyć non stop. Co godzinę kładzie się na podłodze, by rozluźnić plecy i ramiona.

— Relaks mam teraz w biurze architektonicznym. Przy pluszakach odpoczywam psychicznie — śmieje się artystka.

Komercyjna strona mocy

Miesięcznie powstaje kilka pluszaków. Beata Cyruchin wycenia je, mnożąc godziny szycia przez 20 zł plus 25 proc. ceny do przekazania na wybraną fundację.

— Pluszaki kosztują 350-450 zł, a powinny jeszcze więcej, bo wzory się komplikują, nie wliczam przygotowania materiałów, robienia zdjęć, pisania postów — wylicza artystka.

Zamawiający robi dwa przelewy: jeden na wybraną fundację, drugi dla Beaty Cyruchin. Dzięki temu ona nie płaci podatku dochodowego od tej części, która jest darowizną, a kupującymogą ją sobie odliczyć. Do gotowego pluszaka dołącza certyfikat (akt urodzenia), który mówi, jaki cel wspiera dany pluszak i jak się z nim obchodzić (kochać).

— Zależało mi też, by tworzyć więź między darczyńcami a fundacjami — wyjaśnia Beata Cyruchin.

Dlatego wybiera organizację razem z klientem. Wcześniej sprawdza, co fundacja robi, jak działa. Wsparła już ponad 60 organizacji pomagających zwierzętom, dzieciom, kobietom. Nie chwali się tym. Większość fundacji nie wie, skąd dostają przelewy. Niektóre to zauważają. Jedna, zajmująca się rehabilitacją dzikich zwierząt, wytropiła artystkę i przysłała jej w podziękowaniu ramkę z piórkami.

— Po pół roku prowadzenia biznesu dotarło do mnie, że ZUS jest wysoki, trudności z płynnością finansową duże. Na razie z pluszaków się nie utrzymuję — twierdzi Beata Cyruchin.

Ale cieszy się, że się odważyła. Wcześniej trudno było jej uwierzyć, że znajdzie chętnych na tak drogie „zabawki”.

— Miałam też problem z przejściem na komercyjną stronę mocy. Wahałam się, czy zarabiać na hobby — przyznaje artystka. Przez dwa lata uszyte pluszaki znikały momentalnie. Głównie przez Facebooka. Odkąd robi je komercyjnie, ma nieduże zapasy. Myśli

o sklepie internetowym, targach, sprzedaży za granicą. Napotyka kolejne trudności. Jak przetłumaczyć nazwę #pluszakzcelem? Czy i gdzie wszyć metkę? Płaską czy sterczącą?

— Pluszaki zrobiłam wbrew wszystkim biznesowym zasadom i uważam to za dużą wartość. Marketing, PR, branding trochę mnie przerażają. W takich momentach wolałabym się gdzieś zaszyć — przyznaje Beatat Cyruchin.

Ale podejmuje kolejne wyzwania. Są niełatwe, bo dla artystki bardzo ważny jest osobisty kontakt z kupującymi. Fanów pluszaków Uchatki jest coraz więcej. Co jakiś czas ktoś z nich sugeruje, by zrobiła wystawę swoich prac. Ale jak? Przecież ich nie ma. Zorganizowała więc pluszakom pierwsze urodziny. Ludzie przyszli ze swoimi. Było przemiło. 22 lipca Beata Cyruchin świętowała: pluszaki zebrały 30 tys. zł. Marzy o sprzedaży zwierzaków w warszawskim ZOO albo Oceanarium na Helu. I o sklepie z pracownią — miejscu pracy interwencyjnej dla kobiet na życiowym zakręcie. Migrantki, ofiary przemocy mogłyby, szyjąc, zarabiać, póki nie znajdą pracy marzeń.

— To jeszcze odległa wizja. Ale taki cel usprawiedliwia zarabianie pieniędzy — mówi Beata Cyruchin, wykańczając dziób ptaka dodo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu