Małymi krokami na szczyt

Rafal Fabisiak
27-07-2017, 22:00

Michał Zajączkowski udowadnia, że radość można czerpać nie tylko z pobytu w najwyższych górach. Ale do pełni szczęścia potrzebne są też wyzwania.

Nie od razu wchodzi się na ośmiotysięcznik, a zdaniem Michała Zajączkowskiego, starszego prawnika w kancelarii Hogan Lovells, przynajmniej się nie powinno. Góry towarzyszą mu od chwili, gdy jako 9-latek ujrzał ośnieżone kopuły Czerwonych Wierchów w Tatrach w słoneczny zimowy dzień. Od tego czasu jeździł na górskie wycieczki z rodzicami, a już pięć lat później na pierwsze obozy. — Górskie towarzystwo zawsze było dla mnie bardzo pociągające. Zwłaszcza kiedy nasi dwudziestokilkuletni opiekunowie opowiadali o wyprawach w góry Tien Szan i inne egzotyczne miejsca, o których nigdy nie słyszałem. To jeszcze bardziej rozpaliło moje zainteresowanie wspinaczkami — opowiada Michał Zajączkowski.

Kiedyś na obozie ktoś wspomniał o kursie wspinaczkowym, co zainteresowało młodego pasjonata gór. Zapisali się z kolegą na podstawowy kurs alpinistyczny i z całym „szpejem” wspinali się na skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Był jeszcze tak młody, że na otrzymanie zaświadczenia musiał poczekać do ukończenia szesnastego roku życia. Rownocześnie pochłaniał książki o polskich himalaistach.

— To była połowa lat 90. i osiągnięcia Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz i innych wciąż były bardzo żywe, a wielu wspinaczy z tej epoki — aktywnych. Wtedy zaczęło się rodzić marzenie o wyższych górach — wspomina mecenas Hogan Lovells.

Czas nauki

Niedługo potem pojawiła się okazja, by wyjechać w Alpy. Jeden z organizatorów obozów przygotował wyprawę na Grossglockner (3798 m. n.p.m.), najwyższy szczyt Austrii.

— Był to mój pierwszy wyjazd w góry wyższe niż Tatry. Teraz ludzie jadą tam na długi weekend i wchodzą sobie na Grossglockner, ale wówczas było to dla mnie ogromne przeżycie. Z konieczności oszczędzaliśmy — plecaki mieliśmy wypchane jedzeniem na dwa tygodnie i sprzętem, spaliśmy w namiotach, myliśmy się wodą z lodowca i podróżowaliśmy autostopem. Austriacy dziwnie na nas patrzyli — żartuje Michał Zajączkowski. Zawsze starał się wchodzić coraz wyżej — mierzenie się z technicznymi problemami niekoniecznie było w centrum jego zainteresowań. Na studiach wybrał się na kurs taternicki i chodził na sztuczną ściankę wspinaczkową, a w wolnych chwilach wyjeżdżał w Tatry. Bo — jak mówi — żeby przeżyć przygodę, a nawet dreszczyk emocji i otrzaskać się z górami, nie trzeba szukać szczęścia na końcu świata.

Ulubiona samotność

Trochę przypadkiem dowiedział się też czegoś o sobie — odkrył, że samotne wędrówki dają mu więcej satysfakcji niż grupowe wejścia. Przekonał się o tym w trakcie wyprawy z kolegą tuż po ukończeniu liceum.

— Fajnie było być zależnym tylko od jednej osoby, a nie od całej grupy. Mieliśmy dużo swobody. W grupie trzeba się dostosowywać, a wtedy smak gór gdzieś się zatraca — uważa Michał Zajączkowski. Planowali z kolegą wejście na Matterhorn (4478 m. n.p.m., między Szwajcarią a Włochami), ale fatalna pogoda nie pozwoliła im na to. Weszli razem na Grand Paradiso (4061 m. n.p.m., czterowierzchołkowy szczyt w Alpach Graickich we Włoszech).

Jego kompanowi kończył się urlop, więc wrócił potem do Polski, a Michał Zajączkowski postanowił wejść samotnie na Mont Blanc (4810 m. n.p.m. na pograniczu francusko- -włoskim). Zdobył najwyższy szczyt Europy w swoje 19. urodziny.

— Przyznam, że trochę się bałem, ale było to niesamowite doświadczenie. Wszedłem i zszedłem na własnych warunkach i tak już zostało. Lubię wyjeżdżać sam — podkreśla mecenas Hogan Lovells. Zaznacza jednak, że samotne wędrówki to często konieczność. Na spontaniczne wyjazdy trudno znaleźć chętnych, którzy akurat mają czas i fundusze. Samotność i jemu czasem doskwiera, ale na szlaku z reguły można spotkać innych turystów i wspinaczy, a niekiedy nawet przyłączyć się do jakiejś grupy.

Trudne decyzje

Wspinaczka to nie tylko fizyczne, ale też mentalne przeżycie. — Z jednej strony, trzeba mieć determinację i w pewnym stopniu nawet znieczulenie na strach i ryzyko, by się w ogóle wybrać w wysokie góry i motywować w trakcie wspinaczki. Z drugiej, nie można przesadnie w siebie wierzyć. Trzeba zachować trochę tej bojaźni i strachu, by móc dobrze ocenić ryzyko i zawrócić — wyjaśnia Michał Zajączkowski.

Podczas wypraw wielokrotnie się przekonał, do czego mogą prowadzić proste błędy popełniane także przez Polaków, których często można spotkać w wysokich górach. Na Piku Lenina (7134 m. n.p.m., szczyt w Górach Zaałajskich w Pamirze na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu), gdzie udało mu się wejść na około 7 tys. m, musiał podczas zejścia przenocować w swoim namiocie skrajnie wyczerpanego chłopaka, który śpiesząc się, by wejść na szczyt przed upływem terminu ważności wizy, zgubił swój plecak. Podczas zejścia z Acocanguy (6962 m. n.p.m., najwyższy szczyt Andów i całej Ameryki) również pomagał Polakowi, który mimo problemów ze zdrowiem zdecydował się zaatakować szczyt. Na ostatniej wyprawie na Lhotse (8516 m. n.p.m., szczyt w środkowej części Himalajów Wysokich na granicy Nepalu i Chin) inny z rodaków odmroził sobie palce.

— Miał złe rękawiczki i może stracić cztery palce... Wydaje mi się, że głównym powodem takich błędów jest determinacja. Jeśli ktoś ma swoją wymarzoną górę, spędził wiele czasu na przygotowaniach, wydał mnóstwo pieniędzy i doszedł do kolejnego obozu, to trudno mu zrezygnować po tylu wyrzeczeniach. Liczy się cała wędrówka, ale nie da się ukryć, że to wejście na szczyt daje największą radość i satysfakcję. Kiedy trzeba się cofnąć bardzo blisko szczytu, potem jednak czegoś brakuje… Kiedy byłem na Piku Lenina na około 7 tys. m, wiedziałem, że nade mną jest jakiś Francuz, ale pogoda zaczęła się psuć, szedłem za wolno i nie miałem tyle siły, by przyspieszyć i zdążyć przed jej załamaniem, a na takiej wysokości byłem pierwszy raz i w dodatku sam. Wiem, że to było rozsądne, ale i tak przez wiele miesięcy się zastanawiałem, czy może jednak udałoby mi się, bo gdzieś po drodze trochę się rozpogodziło — wspomina Michał Zajączkowski. Uważa, że trzeba umieć wypośrodkować determinację i ryzyko, bo jeśli ktoś nie będzie próbował dawać z siebie wszystkiego, to pewnie zawsze będzie chodził tylko na piesze wycieczki.

Lhotse to czwarty najwyższy szczyt świata. Laicy lepiej znają pobliski Everest. Do pewnego momentu nawet droga na oba wierzchołki jest ta sama, rozdziela się dopiero na ostatnim etapie. Dla Michała Zajączkowskiego było to szczególne doświadczenie. Z jednej strony, to najwyższy szczyt, na jaki wszedł, a z drugiej, znacznie mniej zależało od niego. — Wyprawa na Lhotse w dużej mierze była organizowana przez agencję. Dotychczas w górach prawie zawsze polegałem tylko na sobie, a dostęp do ewentualnych usług kończył się po opuszczeniu bazy. Tutaj bardziej polegałem na innych — twierdzi prawnik.

Na Lhotse pojechał wiosną 2017 r. Na taką wyprawę przeznacza się około dziewięciu tygodni, ale Michał Zajączkowski z towarzyszem nie mogli sobie pozwolić na tak długie urlopy, więc pojechali na sześć. Wyjazd poprzedziły prawie trzymiesięczne przygotowania, czyli kompletowanie niezbędnych rzeczy, a nawet pakowanie i rozpakowywanie plecaka, bo w górach najlepiej wszystko mieć pod ręką, by nie marnować energii na grzebanie w bagażu. Kiedy przelecieli do Katmandu, pozostałe grupy były już od dwóch tygodni w Nepalu i dochodziły do bazy lub były ponad nią.

— Musieliśmy się trochę spieszyć, ale dzięki temu, że spędziliśmy w górach o 14 dni mniej, później mieliśmy nieco więcej sił niż inni — podkreśla mecenas. Nawet wśród wspinaczy Lhotse nie jest tak popularna jak skomercjalizowany Everest. Wszędzie indziej w wysokich górach spotyka się raczej pasjonatów, ale podczas tej wyprawy trafiał na ludzi, którzy w ogóle nie znali szczytów wokół Everestu. Wyprawa na tę górę kosztuje od 26 tys. do nawet 100 tys. dolarów, czyli około trzykrotnie więcej niż na Lhotse. Wyższa cena z reguły oznacza większe wygody i lepszą opiekę w trakcie wędrówki. — Ludzie uważają, że jeśli poświęcili wiele czasu i pieniędzy, to powinni wejść na szczyt, ale to często nie wystarczy, żeby ukończyć wspinaczkę. Każda wyprawa czegoś uczy, a jeśli ktoś przeżył wiele kryzysów na poprzednich wejściach, to wie, na co go stać i kiedy odpuścić, a kiedy nie dać za wygraną, jak szybko rozłożyć namiot i sprawnie korzystać ze sprzętu. Doświadczenie to najlepszy trening — podkreśla Michał Zajączkowski. Zwłaszcza że góry potrafią zaskoczyć — momentalnie może się ochłodzić, a niekiedy to upał okazuje się najgorszym wrogiem. Na przykład na drodze na Lhotse i Everest znajduje się Kocioł Zachodni, miejsce często pozbawione wiatru, gdzie odbijające się od śniegu słońce nagrzewa powietrze — poza namiotem na 6,7 tys. m temperatura potrafiła sięgnąć 45 stopni Celsjusza. Z wypraw na szczęście pozostaje coś więcej niż ładne zdjęcia.

— To psychiczny reset. Po wielu latach górskich wędrówek człowiek nabywa też odporności na stres i dystansu do wielu spraw, jakie spotykają nas na dole. Dzięki temu z większym luzem podchodzę do codziennych problemów. Ale bardzo ważne, by czerpać z całego wyjazdu, bo na szczycie jest się tylko chwilę — sumuje Michał Zajączkowski. &

Przygotowania. Kompletowanie sprzętu, pakowanie i rozpakowywanie plecaka to główny element przygotowań do wejścia w tak wysokie góry jak Himalaje. Na miejscu liczy się wszystko, co pozwala oszczędzić energię.

Trening popłaca. Aby oglądać takie widoki, konieczne są fundusze, ale opłacenie wyprawy w Himalaje nie oznacza, że uda się wejść na szczyt. Michał Zajączkowski, starszy prawnik w kancelarii Hogan Lovells, który na wysokie góry wspina się od wielu lat, przekonuje, że niezbędne jest doświadczenie. Wiosną 2017 r. zdobył szczyt Lhotse, jeden z najwyższych na świecie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafal Fabisiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Małymi krokami na szczyt