Małżeństwo z rozsądku

Jacek Konikowski
opublikowano: 29-12-2006, 00:00

Na istnieniu Eurotela najbardziej zależy operatorowi sieci Era. Jak mu się źle dzieje, to przecież Erze również, bo traci rynek.

— Jak przejdzie głowa, to reszta też musi — mówi Tomasz Basiński, członek zarządu Eurotela.

Tę starą zasadę zna każdy speleolog. A Basiński już niejedną jaskinię eksplorował.

— Do niektórych wchodzi się na kilka dni. Bo jak są głębokie, to nie opłaca się na noc wychodzić na wierzch. Choćby jaskinia Śnieżna czy Czarna w Tatrach — opowiada Basiński.

Chwilę rozmawiamy o ciszy i kolorach, jakie panują tam w dole. Jaskinie to może ostatnie miejsce, gdzie jeszcze można odkryć coś nowego. Basiński ma kartę taternika.

— Podobnie jest na górze, kilkaset metrów nad ziemią. Balon sunie w kompletnej ciszy. I nagle łomot zapalanego palnika — opisuje Basiński. Na moje zaskoczenie reaguje śmiechem.

— Speleologia i baloniarstwo to moje dawne pasje — tłumaczy.

A obecne? Przez następnych kilka godzin wspominamy dawne czasy, gdy telefon ważył kilogram i kosztował 67 milionów starych złotych, karty SIM były większe od większości dzisiejszych telefonów, baterie starczały na dzień, góra dwa, a minuta rozmowy kosztowała ponad 2 złote. Bo o komórkach to Basiński może godzinami.

Bez łaski

Eurotel wchodzi na giełdę. Tylko, co takiego ma ta firma, za co warto by zapłacić kilka milionów złotych? Nowoczesną wiedzę? Rewolucyjny produkt? Usługę powalającą na kolana rzesze klientów? Otóż nic z tych rzeczy. Więc?

— Mamy autoryzację sieci Era — mówi Basiński.

— To wszystko? — dziwię się, bo chyba każdy przyzna, że to niewiele.

— I sieć własnych oraz partnerskich salonów sprzedaży — dodaje Basiński.

To już coś, chociaż i tak niewiele. Autoryzacja to podstawa funkcjonowania Eurotela.

— Siedzicie w kieszeni operatora.

— Niekoniecznie. Erze zależy również na naszym istnieniu — tłumaczy Basiński.

— Nikt nikomu łaski nie robi?

— Nikt, bo w interesie operatora leży, żeby nam też się dobrze wiodło.

Ciekawa sprawa.

— Era ma 12 mln abonentów, za chwilę może będzie 15 mln. Jak ich obsłużyć? Trzeba mieć sieć salonów i armię przeszkolonych ludzi — wyjaśnia Basiński.

— Era ich nie ma?

— Ma, ale w dużej części to właśnie my je tworzymy. To dzięki nam Era ma silną pozycję na północy Polski. Jak nam się źle dzieje, to przecież Erze również, bo traci rynek. Tu już jesteśmy potentatem. Teraz kupujemy sieć salonów na południu kraju, więc wkrótce i tam nim będziemy — przewiduje Basiński.

Zaglądam do liczb. Eurotel ma 17 własnych punktów sprzedaży. Wystarczy, żeby być potentatem? Chyba w Trójmieście.

— Ale oprócz własnych, mamy 27 sklepów prowadzonych przez partnerów, 6 franczyzowych własnych i jeden operatora, a do tego jeszcze 4 autoryzowane centra biznesowe. Wszystko od Poznania po Gdańsk. Nie ma większego od nas — broni się Basiński.

Akwizycje na celowniku

Jest coś jeszcze: większą część pieniędzy z emisji swoich akcji Eurotel przeznaczy na akwizycje. Spółka rozpoczęła proces przejęcia jednej z najlepszych sieci autoryzowanych punktów sprzedaży produktów i usług sieci Era. Tuż przed debiutem kupił sieć sprzedaży konkurencyjnej firmy KiM Group mającej 51 autoryzowanych punktów sprzedaży.

A co, jeżeli Era kiedyś wyśle faks do Eurotela z informacją: nie jesteśmy już zainteresowani.

— Nie wyśle, bo to nie ma dla operatora sensu. Czy pan wolałby za te same pieniądze pisać do jednej gazety, czy do pięćdziesięciu różnych? — pyta z kolei Basiński.

Dobre pytanie, jasne, że do jednej. Basiński przekonuje, że tak samo jest z mariażem Eurotela i Ery — nikt nie jest zainteresowany tym, żeby mieć kilkuset partnerów na rynku zamiast kilku dużych. Dlatego takie firmy jak Eurotel mają rację bytu. Zresztą na początku Era współpracowała z ponad setką firm, dzisiaj nie ma ich więcej niż dziesięć. To pokazuje, jak przez te 10 lat rynek zweryfikował jakość prowadzenia biznesu przez spółkę.

— Chcemy mieć docelowo około 200 sklepów w sieci — mówi Tomasz Basiński.

I co potem? Możliwości jest kilka: multioperator, operator wirtualny. Czy Eurotel zamierza być wirtualnym operatorem?

— Czemu nie, ale na pewno jeszcze nie teraz. Rynek nie jest jeszcze nasycony do takiego stopnia, żeby operatorom opłacało się wpuszczać operatorów wirtualnych. Polski rynek GSM wciąż ma olbrzymie możliwości wzrostu i jest zapóźniony w stosunku do innych rynków europejskich. Co prawda mówi się, że w przyszłym roku będzie prawie 100 proc. nasycenia, ale u sąsiadów procent nasycenia wynosi 120-150 — zauważa Basiński.

Z Basińskim wspominamy sobie czasy pierwszych komórek, lata 90., gdy w Polsce pojawił się GSM. Było śmiesznie. Wyświetlacze ówczesnych telefonów były tak małe, że wiadomości się przewijało w poziomie. Ale jak zadzwonił dzwonek, jeden z pięciu do wyboru, to był dopiero szyk. Albo SMS-y, aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu mało kto ich używał, mimo że były za darmo. Pierwszy telefon kosztujący poniżej 1000 zł pojawił się na walentynki w 1997 roku (a sama aktywacja kosztowała ponad 600 zł).

A ta jakość dźwięku. Analogowego. Centertel to była wówczas praktycznie krótkofalówka — kanały, które przerywały, jak się je zmieniało, podobnie jak dziś w taksówce. Wie coś o tym, bo karierę zaczynał właśnie wtedy, u jednego z agentów Centertela. W lipcu 1996 roku powstał Eurotel. Basiński był założycielem firmy.

— Zasięg był na początku tylko w pięciu miastach w Polsce — przypomina Basiński.

Później nastąpiła pierwsza fuzja z inną siecią sprzedaży i od tego czasu właścicielami zostały jeszcze trzy inne osoby: Jacek Foltarz, Krzysztof Stepokura i Marek Parnowski. I tak jest do dzisiaj. Potem nadeszła Heyah i wielka rewolucja, bo ceny rozmów spadły o kilkadziesiąt procent, do 50 gr za minutę, a nie — jak wcześniej — ponad 1 zł. A wszystko to było 8 lat od pierwszego dzwonka w sieci Era.

— Od początku Heyah to był projekt ściśle tajny. Wszystko było na telefon, żadnych papierowych dokumentów. W Erze zajmowali się nim zupełnie nowi ludzie, specjalny dział, z którym nie było możliwości bezpośredniego kontaktu osób niepowołanych. Magazyn z kartami był pod Poznaniem, wiedziało o nim kilka osób. W nim dziewczyny ręcznie konfekcjonowały karty, zawijały je w folie, zaklejały. I sukces, niebywały. Karty Heyah woziliśmy tirami, a mimo to znikały natychmiast. Pamiętam, że początkowo karty Heyah sprzedawane były na rynku często powyżej ceny nominalnej. Absurd, ale ludzie je kupowali — wspomina Basiński.

Komórka przyszłości

Tak było. A jak będzie za kilka lat? Wróżymy z fusów. Basiński puszcza wodze fantazji.

— Telefon stanie się urządzeniem, za pomocą którego będzie można płacić czy wejść do firmy. Bo niby czemu nie, karta sim ma PIN, tak samo jak karta płatnicza, więc może pełnić funkcje wirtualnego pieniądza. Albo gry. Będzie można grać w gry sieciowe, z kilkoma osobami, tak jak dzisiaj gra się w internecie. Ściąganie muzyki na życzenie czy nawet filmów. Albo marketing i dzięki temu z jednej strony tańsze rozmowy, a z drugiej personalizacja oferty handlowej. GPS będzie niedługo w każdym telefonie. Kiedyś programy komputerowe były tak wymagające, że trzeba było zmieniać komputery. Z telefonami jest odwrotnie, technologia jest, ale nie ma jeszcze zbyt wielu pomysłów, jak ją wykorzystać. Jeszcze nam się nie śni, jak fajnie niedługo będzie — mówi Basiński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Małżeństwo z rozsądku