Mayday, mayday!

Michał Mizera
27-05-2011, 00:00

Leon Kuraś, Jan Serce, dźwigowy Zygmunt Kotek, Marek Złotopolski — to tylko kilka serialowych twarzy wybitnego aktora. Przyniosły mu rozpoznawalność i sympatię widzów. Ale kto nie zna żeglarskiej pasji Kazimierza Kaczora, ten nic o nim nie wie. Gdzie on nie pływał! Kuba, Floryda, Wyspy Dziewicze, Martynika i Grenada… Woda to jego żywioł.

Zaczęło się niewinnie. Kazimierz Kaczor jako licealista regularnie trenował wioślarstwo pod Wawelem. Szybko jednak połknął żeglarskiego bakcyla. Zaczynał, a jakże, na Wiśle.

— To było na pograniczu liceum i pierwszych lat studiów. Rzeczywiście prawdziwa fascynacja. Wiele lat temu tylko kilka kiosków Ruchu dostawało w Krakowie "Żagle". To była moja najcenniejsza lektura tamtych lat — wspomni po latach w wywiadzie.

Tymi rękami

Przeprowadzka do Warszawy w niczym nie zmieniła tego uczucia. Przeciwnie. Kaczor stał się jednym z pierwszych posiadaczy Maka 707 w Polsce.

— To były czasy, kiedy niczego nie było, zwłaszcza gotówki w kieszeni, za to ambicje i chęci były olbrzymie. Zawiązaliśmy maszoperię i mogliśmy wystąpić na przykład do fabryki o sprzedanie żywicy w płynie albo do sklepu o szklane maty, albo o przydział sklejki wodoodpornej. Konstruktorem tej łódki był Henryk Jaszczewski, pod którego okiem mogliśmy samodzielnie wyklepać kadłub. Można powiedzieć, że Maka 707 znam od podszewki. Tymi rękami powstawał! — chwali się znany aktor.

Pod ręką były też dobre wzory. Taką samą łódkę chwilę wcześniej zbudował Tony Halik.

— Tony, jako nieco zamożniejszy od nas wszystkich, miał Maka 707 trochę wcześniej, dzięki czemu mogliśmy się wzorować na jego łódce — wspomina Kaczor, skromnie dodając, jak wysoko cenił sobie przyjaźń z Elżbietą Dzikowską i Tonym Halikiem.

— Bardzo się wówczas kolegowaliśmy, wiele dobrego zaznaliśmy od Elżbiety i Toniego: ciepła, przyjaźni, moralnej podpory — ze wzruszeniem powraca do tamtych chwil.

Polska wyprawa jachtowa

To właśnie przy wspólnym brydżowym stoliku we wczesnych latach osiemdziesiątych narodził się pomysł wyprawy, co się zowie. W Polsce stan wojenny, w teatrach posucha, bojkot telewizyjny, ciemno, szaro, ogólnie rzecz biorąc — marny czas. Dlaczego by nie popłynąć?

— To był szalony pomysł. I właściwie nie do zrealizowania w tamtym czasie. Wybrać się na Morze Karaibskie i Antyle, ho ho, to było kozackie, co tu dużo mówić — do dziś na samo wspomnienie Kaczor uśmiecha się z lekkim niedowierzaniem, że jednak się udało.

Zwłaszcza, że w stanie wojennym władze nie były skłonne do wypuszczania obywateli na turystyczny rejs wokół Karaibów.

— Oczywiście, my z żoną dostaliśmy odmowy paszportowe. Na szczęście w takich chwilach uruchamia się polska przemyślność. Tony przekonał samego prezesa Reczka w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu, że to będzie profesjonalna wyprawa żeglarska i dostaliśmy paszporty sportowe — mruga okiem znany aktor.

I tak na pokładzie polskiego statku handlowego Kaczorowie i Halikowie wraz ze swoimi łódkami "Desperat" (nomen omen!) i "Halikówka" wypłynęli w kierunku Karaibów.

— Ha, a jakie problemy mieliśmy, żeby wypłynąć z Kuby! Dopiero gdy Tony wymyślił, że obie łódki to nie żaden prywatny wypoczynek, ale "polska wyprawa jachtowa", udało się odpłynąć z tej gośścinnej wyspy! — śmieje się odtwórca roli senatora Złotopolskiego.

Przygód bez liku. Wrażenia, wspomnienia… Pożegnanie z ukochaną łajbą nie było łatwe.

— Dotarliśmy do Miami, łódka została w porcie, a my udaliśmy się w podróż po Ameryce. Ale przecież wciąż obowiązywało embargo na handel z Polską i żaden statek, który mógłby zabrać naszego "Desperata", nie kursował do kraju! Mogliśmy podpłynąć do zachodnich Niemiec, ale koszty były olbrzymie. Więc kiedy po roku znalazł się kupiec, musieliśmy sprzedać łódkę. Z 950 zarobionych dolarów zapłaciliśmy 888 cła i podatków, mimo odwołań, próśb i zaświadczeń — macha ręką z rezygnacją, ale z szerokim uśmiechem.

Fakt, interes życia to nie był. Ale przecież żyje się marzeniami!

— Pewnie, marzy mi się rejs dookoła świata, niedawno nawet pojawił się cień prawdopodobieństwa, że taka wyprawa może się udać, ale niestety, nie udało się. Jak co roku popłynąłem "Pogorią" do Anglii, Irlandii i Francji. W tym roku zresztą też się wybieram, w lipcu, na trzy tygodnie — Kazimierz Kaczor odlicza dni do wymarzonego morskiego urlopu.

Gdzie te czasy, kiedy pływało się po niemal pustych Mazurach…

— Obawiam się, że odeszły bezpowrotnie. Mazury jeszcze do niedawna były urokliwe, puste, czyste, a teraz są zupełnie zadeptane, przeludnione, obrzydliwie zaśmiecone. Zanikają też zasady etyki żeglarskiej, nie mówiąc już o znajomości prawa drogi czy zasad zachowania na wieczornym biwaku. Ale jeśli uprawnienia można teraz zrobić w dwa tygodnie, to jest to wstęp do rozbójnictwa — tłumaczy artysta.

Sam z tego powodu nie ma już własnej łódki. Nie opłaca się. Kiedy tęsknota przyciśnie, można przecież łódkę wyczarterować.

Pasja rodzinna

Wszystko ma swój koniec. Drugi rok z rzędu nie odbędą się Żeglarskie Mistrzostwa Polski Aktorów…

— Straciliśmy sponsora z powodu kryzysu, a potrzebujemy lekkiego zastrzyku pieniędzy, z reguły zresztą te koszty zwracają się sponsorom. A to była świetna impreza! Jeżeli 150 osób ze środowiska spotyka się, żeby pościgać się na łódkach, to ma to swoją wartość! Toczą się jeszcze jakieś rozmowy, ale w zasadzie już powinniśmy przyjmować zgłoszenia… — ze smutkiem kwituje pierwszy żeglarz wśród aktorów.

Zawsze można liczyć na rodzinę.

— Nie musiałem na szczęście nikogo zarażać tą pasją. Kiedy poznałem swoją żonę, wówczas kandydatkę na dziewczynę do chodzenia, już była żeglarką! Obie córki też żeglują, a Kasia miała półtora roku, kiedy popłynęła z nami w rejs po Morzu Śródziemnym — śmieje się szczęśliwy mąż i tato.

Mocne wrażenia

Jak każdy stary wilk morski na pewno przeżył jakąś mrożącą krew w żyłach historię.

— Najmocniejsze wydarzenie, wprawdzie nie dotyczące mnie bezpośrednio, przeżyłem, kiedy płynęliśmy z Hawany do Key West i w Kanale Florydzkim złapał nas sztorm. W pewnym momencie usłyszałem sygnał "Mayday, mayday" … 30 mil od nas tonął statek panamski. Nic nie mogliśmy zrobić, to było za daleko na nasze możliwości, ale wrażenie było silne. To był jakiś towarowy statek — zamyśla się Kaczor…

A czy sam musiał kiedyś nadać taki sygnał?

— Oczywiście! Na kursach dla radiotelegrafistów, gdzie uczono nas także na przykład, jak postawić galę flagową z okazji święta morza — śmieje się doświadczony żeglarz.

Żagle to hobby, odpoczynek, inny świat. Nie ma co pytać o największy sukces.

— Nigdy nie traktowałem tego w kategoriach wyzwania, nie szukałem sukcesów ani rekordów. Choć kiedy w mistrzostwach jachtów kabinowych zajęliśmy czwarte miejsce — a płynąłem jako załogant samego Andrzeja Skrzata, znakomitego konstruktora jachtów, mojego przyjaciela — to emocje były naprawdę wielkie, duża frajda, niebywałe napięcie. Kto wie, może w lipcu, w międzynarodowych regatach okrętów żaglowych znowu czekają mnie emocjonujące przeżycia?

To się nazywa płynąć z wiarą w przyszłość! l

Kazimierz Kaczor

Jachtowy kapitan żeglugi morskiej

Jeden z najwybitniejszych aktorów teatralnych i filmowych, współpracownik m.in. Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy, Zygmunta Hübnera, aktor warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie można go oglądać w przedstawieniach "Komediant", "Czarownice z Salem", "Pornografia", "Kieszonkowy atlas kobiet". Przygotowuje się właśnie do roli

w nowym filmie Ryszarda Bugajskiego "Układ zamknięty". Ma stopień jachtowego kapitana żeglugi morskiej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Mizera

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Mayday, mayday!