Medykamenty z zacisza

Jacek Konikowski
opublikowano: 24-04-2009, 00:00

Maszyny? Fabryki? Ależ owszem! Ale jak tu taśmowo wytwarzać subtelności z recept? Rąk aptekarzy, jak przed wiekami, nic nie zastąpi.

Zamość. Miasto małe, ale aptek aż 50. I ta w Rynku Wielkim. Rektorska. Szczególna jakaś? Owszem. To bodaj najstarsza apteka w Polsce, działająca nieprzerwanie w renesansowej kamienicy od 1609 roku. Dziś pod szyldem sieci Dbam o Zdrowie.

Szminki i okowita

Czegóż to się w dawnych aptekach nie wyrabiało! Na samych medykamentach i zdrowotnych miksturach aptekarz kroci nie zarobił, więc na zapleczu wytwarzano też tusze i farby do stempli, a nawet farby do włosów. I proszek do wybielania zębów. Różnorakie pasty. Szminki, mydła, kosmetyki dla dzieci. Wody kolońskie. Mazie — a to do kolasek jaśnie pana, a to do chłopskiego wozu (by koła nie piszczały). Trunki ku polepszeniu zdrowia i nastroju — od okowity po oranżadę czy wodę mineralną, której tajniki produkcji budziły emocje. Jedni przysięgali, że wodę aptekarz czerpał z dna ziemi, inni — że wrzucał do żeliwnego moździerza różne minerały, ucierał solidnie i zalewał wodą. Bo od czego niby ta mnogość moździerzy w aptece? A wody były mineralne i sztuczne: ich receptura nie była wyrafinowana — do H2O sypało się sody. A woda potem — z syfonu. Jeden taki wciąż stoi na zapleczu apteki Rektorskiej. Obok — butelka z grubego szkła z tłoczonymi literami zamiast etykiety.

— W takich flaszkach aptekarz sprzedawał wodę mineralną. Soki też robiono, a z ziół — wyciągi przeróżne i maści. Nawet z węży… Dawniej, w XIX wieku, aptekarz Kłosowski badał też w naszej aptece żywność od chłopów (czy aby niezafałszowana), wodę, mleko — to wszystko, co dzisiaj robią stacje epidemiologiczne — przypomina farmaceuta Władysław Romanowicz, były kierownik apteki Rektorskiej.

Szarże

Dzisiaj nikt już ani gorzałki, ani wody mineralnej na zapleczu nie robi. Ani szminek i mazi do wozów. Ale komponuje się inne cuda, bo apteka to nie sklep, a aptekarz — nie ekspedient. Rzędy regałów, kasy, wszystko, co przypomina sklep, to w aptekarskiej gwarze ekspedycja. Miejsce wydawania leków, do którego nie każdy ma dostęp. W aptece jak w wojsku: są szarże. Apteką kieruje farmaceuta po studiach farmaceutycznych z pięcioletnim stażem pracy w aptece. Oprócz niego prawo wydawania leków — czyli, jak to mówią, pracy przy pierwszym stole — mają tylko inni farmaceuci (magistrzy) oraz technicy farmaceutyczni.

Na półkach — pozorny chaos. Każdy lek ma jednak swoje nieprzypadkowe miejsce. Nie wszystko może koło siebie stać. Antybiotyki nigdy przy witaminach, hormony z dala od parafarmaceutyków, psychotropy zawsze pod zamknięciem, a morfina — w sejfie. A sejf raptem w kilku aptekach w mieście…

Zazwyczaj ekspedycja ma tyle uroku co sklep osiedlowy. Choć nie wszędzie. Tu, w Rektorskiej, pachnie historią. Stare stylowe regały z ciemnego drewna, lada i gabloty pamiętają czasy, gdy pod aptekę podjeżdżały kolaski. I te, gdy znad jednego regału zginął obraz Matki Boskiej i zastąpił go orzeł bez korony.

— Na krótko, bo w stanie wojennym przyjechali filmowcy z Warszawy robić film poglądowy o aptece, więc wcześniej w miejsce godła powiesiłem kopię obrazu, ale tej zamiany żaden z filmowców nie zauważył. Pacjenci, co innego… — chichocze Romanowicz.

Ale za XIX-wiecznymi regałami stare są już tylko mury. Bo gdy zajrzeć na zaplecze, oczom ukaże się świat menzurek, moździerzy, regałów z flakonikami (niegdyś szanowany aptekarz za punkt honoru stawiał sobie posiadanie własnych, specjalnie dla niego tworzonych w fabryce szkła, flaszek, które skrupulatnie opisywał). I białych fartuchów. Czyli receptura. Tu się robi leki.

Księga wiedzy

Leki recepturowe przyrządza się według lekarskiej recepty. Nawet dziś nie wszystko wyprodukują fabryczne maszyny. Często lekarze, zwłaszcza starej daty, piszą jak niegdyś na recepcie, co z czym połączyć, by przyniosło ulgę.

I aptekarz to łączy:

— Robiąc rozliczne maści, globulki, czopki, proszki, mikstury (leki rozpuszczone w roztworze wody), krople do oczu z surowców farmaceutycznych — chemicznych lub roślinnych, a czasem z innych leków, jak choćby mikrobiologicznie i chemicznie czystej wody czy soli fizjologicznej — tłumaczy Romanowicz.

Tak powstają mieszanki przeciwbólowe, przeciwskurczowe czy od kaszlu.

Leków aptecznych z kolei nie wytwarza się na podstawie recepty od lekarza, lecz "na skład" — po to, by w razie potrzeby były pod ręką. W obu przypadkach aptekarz za każdym razem zerka do opasłej księgi, w której zapisana jest cała wiedza o lekach. To "Farmakopeia polska" — kodeks apteczny, w którym wszystko jest ustalone co do sekundy i co do miligrama. Jest tym, czym książka kucharska dla kucharza i rozkład jazdy dla kolejarza. Niegdyś aptekarze sami pisali je dla siebie, a wiedzę w nich zawartą przekazywali z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj robi to za nich państwo.

Gramki i miligramki

Na zapleczu apteki — niewielkie pomieszczenie: boks aseptyczny. W nim metalowy sterylizator i loża laminarna — miejsce, w którym w wyjątkowych warunkach, gdzie kurz nie ma prawa bytu, robi się medykamenty: czyli krople do oczu. Niebieskie światło oświetla dłonie magistra, który — po dokładnym zważeniu — łączy poszczególne składniki kropli i napełnia nimi małe buteleczki. Tak, krople do oczu powstają w błękitnej poświacie. Ale dlaczego technik korzysta z nowoczesnej elektronicznej wagi i z tej staromodnej, z szalkami?

— Bo jedna waży gramki, a druga miligramki — tłumaczy Romanowicz.

Elektroniczna odważa substancje do leku, również trucizny. Bo one potrafią też leczyć — choćby wzrok. Druga taruje opakowanie. Odważniki są nie większe od śrutu. Bo waga zgadzać się musi. Co do miligrama. Ale po co się w ogóle robi w aptece krople do oczu, skoro pełno ich na półkach?

— Lekarze przepisują określone stężenia, dlatego nie korzystamy z roztworów gotowych. Sami je robimy, właśnie tu. Odważam 0,025 grama atropiny, rozpuszczam w jałowej wodzie… — mówi Aleksandra Kucharska, kierownik apteki.

Tu też przygotowuje maści oczne o różnej procentowości.

Za to w innym pomieszczeniu, pełnym sztanglasów, fiolek, kolb, porcelanowych moździerzy, na wielkim stole recepturowym powstają różnorakie roztwory wodne, maści, czopki, proszki, miksturki, syropy. Już nie aseptyczne. To pomieszczenie recepturowe. Ma w sobie coś z laboratorium alchemika. Fiolki... Z białego lub ciemnego szkła. Na każdej inna etykieta. Jedne białe, inne czarne. Bo w jednych trucizny, w innych carbon, carminium, natrum tanicum...

Tylko po co wytwarzać lek w aptece, skoro robi się je w fabrykach?

— Nie zawsze leki gotowe są dostępne od ręki. Czasem trzeba je zrobić ex tempora i tutaj je wytwarzamy z substancji leczniczych. Wiele leków tworzonych jest dla pacjenta o określonym składzie. W miesiącu przygotowujemy średnio 100- -160 leków recepturowych, a niekiedy i 200 — mówi Aleksandra Kucharska.

Dobrze, że tradycja nie zanikła, bo przecież dawniej leki właśnie tu, w aptece, powstawały. Nie w fabrykach. Cóż, rutyna wypiera romantyzm nawet w aptece. Choć bywa też wesoło. Jak wtedy, gdy pewna pacjentka dowiedziała się od aptekarki, że czopków się nie połyka… No i kaganek oświaty — prócz roboty na ekspedycji i recepturze — też trzeba zapalić wcale często.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu