Melodramat z rynku grafik

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 09-09-2018, 22:00

Dlaczego grafiki nazywa się odbitkami? Bo odbijają się w nich nastroje: od upiornych niepokojów Goi za setki tysięcy złotych po tanie łzy nad telefonem, który nie dzwoni

Melancholia: 100-150 tys. GBP

Duchy Goi rozproszyły się nad wodą, w którą wcina się umykające ramom kadru molo — specjalność Edvarda Muncha, który najpewniej nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie mu być opisywanym słowami: twórca obrazu podobnego do maski z „Krzyku”, nieśmiertelnego przeboju amerykańskiego kina. Malarskie dzieło o tym samym tytule wylicytowane zostało w 2012 r. do 107 mln USD (398,5 mln zł), prawdopodobnie tylko pogłębiając horror tych skojarzeń, przeciągających wspomniane molo z łagodnego stanu melancholii w pomarańczowy wymiar psychozy. Munch — którego grafika wystawiona zostanie na tę samą aukcję, co szaleństwa Goi — nie malował wyłącznie tej pociągłej głowy, przyjętej w kulturze popularnej za symbol paniki, tylko ujmował stany złożone jak pąki, nieoczywiste i łagodne. Drzeworyty z lipowego drewna odbijały szafirowe niebo i wodę, molo w sennej norweskiej zatoce, melancholię. Uznawane za intymniejsze i mniej krzykliwe mogą osiągać równowartość kilkuset tysięcy złotych, szczególnie jeśli to tytułowe „Dziewczyny na moście”, które spacerowały swoim niewymuszonym tempem przez różne prace — Munch raz odwracał je ku wodzie, raz pokazywał ich twarze, z czasem pozwalając im się nawet zestarzeć. Kiedy pustawe norweskie molo malowane było jednak olejną farbą, linie zaokrąglały się w miękkie secesyjne dekoracje, a kiedy ciosane było dłutem — wydobywały się szorstkie, skupiające wzrok kontrasty: spokój niezmąconej niebieskiej tafli i jakby rzęsista ulewa, tnąca niebo białymi strugami z drewna.

Głuche dno: 30-50 tys. GBP

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory — szepczą jasne litery hiszpańskiej inskrypcji, wyrytej na grafice z miękko śpiącym ciałem, nad którym nietoperze skali bażantów zlatują się kanciastymi chmarami razem z gotowymi do łowów, ciężkimi sowami. Autor ryciny, Francisco Goya, wyraźnie wiedział, o jakim dyskomforcie mowa, szczególnie że słynne ujęcie uznaje się za mroczny autoportret, na który wypełzła zaledwie skromna reprezentacja znanego mu świata wygłodniałych zjaw o przytłaczająco przerośniętych barkach. W nocnej czerni jego późnych grafik rozgrywały się koszmary, w których targany obłudą, wynędzniały świat boleśnie upadał — wciąż pozostawiając niepokój, czy mary Goi rzeczywiście są niegroźnie senne, czy może coraz bliższe codzienności. Chcąc oddawać się rozterkom o kondycji społeczeństwa regularnie i w wolnym czasie, można jednak zainwestować w niezbędny zestaw, który we wrześniowym katalogu aukcji grafik w Sotheby’s ma spodziewaną stawkę 30-50 tys. GBP (144-239 tys. zł). Komplet 18 dobitek wydany został w Madrycie w 1864 r., a więc po śmierci artysty, który wykonał kompozycje między 1816 a 1824 r., najprawdopodobniej bez cienia zamysłu, żeby raczyć nimi szerszą publiczność. Goya szkicował te przyszłe inwestycje nie słysząc już ani własnych kroków, ani przesunięć pędzla po tynku, na którym rozkładał ciemną farbą tzw. czarne obrazy. Malował je na ścianach swojego Domu Głuchego, jakby i tak od dawna w nim mieszkały: samotny, wyczekujący pies i popularny Saturn, prawie dławiący się białym ciałem.

Łza na rzęsie: 110-150 tys. GBP

„Nie mógł mnie tak całować, kochając inną” — trudno o stosowniejsze przemyślenia, kotłujące się pod starannym tapirem z blond włosów, kiedy dzieło ma tytuł „Reflections on Girl”. Mimo pokusy przetłumaczenia go jako refleksje, trzeba zaznaczyć, że mowa o refleksach, bo tak odczytywać należy ukośne bliki z metalizowanego materiału, przecinające pasami zarówno zaróżowione policzki, jak i kanarkowe loki. Prawie 140-centymetrowa grafika sygnowana przez Roya Lichtensteina jest jedną z odbitek przeznaczonych zwyczajowo dla autora — co oznacza się skrótem AP — ale jej spodziewana cena dochodzi do 150 tys. GBP (717 tys. zł) wyraźnie nie tylko z technicznego powodu. Żartując trochę z popartowej konwencji zapożyczania wizerunków z kultury masowej, Lichtenstein posłużył się własną twórczością, która w latach 90. istotnie stężała już w nienaruszalnym kanonie razem z Marilyn Monroe Warhola czy uświęconą etykietą Coca-Coli. Słynący z efektu rastra autor pociął więc własną postać ukośnymi pasami, samemu snując przemyślenia nad obrazowym językiem wymyślonym dla przedstawiania luster. Powierzchni, w których zawsze obija się skrawek otoczenia, nie da się w końcu odwzorować osobno, podobnie jak nie da się zrobić zwykłego zdjęcia dziełu za szkłem — potrzebny jest więc skrót z ukośników, który bezmyślnie odczytujemy już jako świetlne refleksy, mimo że w rzeczywistości żadna z tych linii nie jest uchwytna. Gdyby inwestor uznał jednak, że wyceniona w setkach tysięcy złotych gra obrazem jest w istocie płytsza od szkolnego ping-ponga, powinien odczekać do następnej pozycji z aukcji grafik: pigułeczek sprzedawanych tak drogo, jakby leczyły wszystkie choroby poza ciężką naiwnością. [FOT. CHRISTIE’S]

Porcja ekstazy: 12-18 tys. GBP

Artysta wstał tego dnia z uśmiechem, a że radość dawały mu kolory, namalował cztery rzędy groszków — był w nich gwar dzieci i nieskrępowana wolność: jeden pastelowy, drugi jak grejpfrut, jeszcze inny o głębi atramentu. Serie okrągłych plamek na białym podłożu wysypały się już na ponad tysiącu prac, przy czym ssący głód poważnych interpretacji wciąż pozostaje niezaspokojony, bo Damien Hirst uparcie wyjaśnia, że dotarł do tęgiej formuły kropek właśnie dlatego, że zapewnia harmonię, w której kolory trwać mogą same w sobie, nie gryząc się, ani nie zlewając w żaden mdły krajobraz. W wersji malarskiej i na pięciometrowym stelażu dropiate dzieło wylicytowano powyżej 3 mln USD (11,2 mln zł), więc nie powinno zaskakiwać, że seria „Pharmaceutical” w medium graficznym musi być stosownie kosztowna — rynek troskliwie skupuje pastylki w każdej cenie, mimo że przez dwadzieścia parę lat artysta zdejmował ze sztalugi średnio 60 płócien rocznie, sygnując sterty dodatkowych odbitek ołówkiem. Motyw pozwalający na niekończące się mnożenie dzieł zaprocentował i nikt nie ma wątpliwości, że harmonia i radość stężone w kropkach mają wystarczające zaplecze środowiska, które inwestowało w poklask dla Hirsta znacznie wcześniej. Autor instalacji ze zwierzęcymi ciałami skąpanymi w formalinie i obrazów w confetti jest więc najszczerszą ikoną naszej epoki — słodko-tłustym symbolem, którego pływający w roztworze „Złoty cielec” na marmurowym cokole wyceniony został na 9,2 mln GBP (44 mln zł). Czy grafika z wysypką za ułamek tej kwoty ma więc potencjał zwyżkowy? Być może, o ile całego rynku nie przeszyje jakiś ekonomiczny szok, na rok czy półtora strącający z cen po dwa zera. Na razie pstrokaty horyzont wydaje się jednak niezmącony, a Saturn od Goi bawi wytrzeszczem oczu — ciesz się późny wnuku, jakby popiskiwał, bo w domu głuchego dalej nic nie słychać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Melodramat z rynku grafik