Menedżer, a po godzinach pisarz

Małgorzata Grzegorczyk
15-10-2010, 00:00

Jedni grają w piłkę, inni w squasha, a Jarosław Błotny siada do komputera i zastanawia się, co by było, gdyby...

Dlaczego Rzymianie zamiast wykorzystać maszynę parową, traktowali wynalazek jako zabawkę? Odpowiedź zna Jarosław Błotny. Nie, nie filozof i historyk, tylko prezes.

Jedni grają w piłkę, inni w squasha, a Jarosław Błotny siada do komputera i zastanawia się, co by było, gdyby...

Zainspirował go Geza Alfoldy, węgierski profesor historii starożytnej, wykładowca uniwersytetu w Heidelbergu, który napisał książkę o historii społecznej starożytnego Rzymu.

— Zastanowiło mnie, dlaczego starożytny Rzym, który w I wieku posiadał wszystko to, co Wielka Brytania, Francja czy Niemcy w XVII w., nie przekształcił się w państwo oparte na gospodarce rynkowej. Rzym miał doskonałą łączność, miał wynalazki, które niestety były traktowane jako zabawki. Zapragnąłem zmienić historię na użytek tej książki i stworzyć szansę, by Rzym nie upadł — mówi Jarosław Błotny, którego książka, "Wergeld królów", będzie mieć w tę sobotę oficjalną premierę podczas toruńskiego Festiwalu Fantastyki i Gier Fantastycznych COPERNICON 2010.

Najlepszy z systemów

Oczywiście Jarosław Błotny ma własną teorię na temat upadku Cesarstwa Rzymskiego: zabrakło kapitalizmu. Jego zdaniem, stało się tak dlatego, że starożytny Rzym nie gwarantował wolności gospodarczej, możliwości dziedziczenia czy równości wobec prawa. Poza tym zabrakło sprzyjającej aury dla postępu technicznego, bo na co komu maszyna parowa, jeśli ma tysiące niewolników? Rzym zabiła też rozrośnięta biurokracja i ubezwłasnowolnienie miast i prowincji.

— Jednocześnie następował powolny upadek pieniądza. Inflacja najbardziej popularnego denara, pieniądza kruszcowego, była tak duża, że zawartość srebra w nim spadła w ciągu dwustu lat z kilkudziesięciu procent w I w. do zaledwie kilku. Pieniądze nagminnie też fałszowano. W ślad za tym podupadł cały świat ekonomiczny, gwałtownie skurczyła się produkcja i handel. Upadek Rzymu — twierdzi Jarosław Błotny.

Przyznaje jednak, że kapitalizm sam w sobie to jednak za mało.

— Bez warstwy etyki i prawa byłby to bardzo zły system. Miażdżyłby ludzi jak żarna. Mamy tego przykłady w historii. A jego nieodrodne dzieci: faszyzm i komunizm, były jeszcze gorsze — uważa Jarosław Błotny.

I tak powstała najnowsza powieść, pierwsza z cyklu "Oium ludu rzymskiego".

— Nie chciałem jednak pisać traktatu naukowego, tylko beletrystykę, którą dobrze się czyta. Na razie recenzje przedpremierowe są dobre. Żona, która nie przepada za fantastyką, też przyznała, że ta książka podoba jej się bardziej niż poprzednia — mówi Jarosław Błotny.

Pisarz po godzinach

Pierwsza, "Plan wymierania", została wydana w 2006 r. Powstawała przez ponad dwa lata.

— Nie mam zbyt dużo czasu — piszę wieczorami, godzinę-dwie, kilka razy w tygodniu. Praca menedżera bardzo się przydaje w pisaniu, bo bycie nim wymaga żelaznej konsekwencji. A jak się człowiek zabiera za literaturę tylko po godzinach, to musi postawić sobie cele i je realizować — mówi Jarosław Błotny.

Od 2003 r. jest prezesem Energo-Touru, jednej ze spółek zależnych Enei, która zajmuje się wszystkimi działaniami nie związanymi z podstawową działalnością energetycznej grupy (szkolenia, ośrodki wypoczynkowe, ochrona zdrowia). Karierę w grupie zaczął w 1994 r. (wówczas w Energetyce Poznańskiej). Najpierw był specjalistą ds. organizacji w biurze zarządu, potem dyrektorem marketingu i rzecznikiem prasowym, zakładał pierwszą w Polsce spółkę zajmującą się handlem energią — Energopartner Wielkopolska.

— Pisanie ciągle traktuję jako hobby. Jeden łowi ryby, drugi gra w squasha, ktoś kopie piłkę, inny wspina się na wulkany, a ktoś pisze — mówi prezes Energo-Touru.

Już nie debiutant

Przy publikacji pierwszej powieści przeszedł drogę typowego debiutanta. Chociaż tak naprawdę miał swój debiut w 1986 r. w tomiku "Przedpole", w którym wydrukowano utwory zwycięzców konkursu Młode Pióra Wielkopolski. Po 20 latach wysłał maszynopis pierwszej powieści do sześciu wydawnictw.

— Okazało się, że najciemniej jest pod latarnią, bo odezwała się oficyna Kurpisz z Poznania. Firma chciała stworzyć serię fantastyki i na pierwsze dwie książki wybrała mój debiut oraz książkę Marka Oramusa. Podpisałem umowę i wtedy odezwały się jeszcze dwa inne wydawnictwa. Woda sodowa nie uderzyła mi do głowy, ale zrobiło mi się przyjemnie. W 2006 r. moja pierwsza powieść ukazała się w druku — opowiada Jarosław Błotny.

Za drugim razem wysłał powieść do tych dwóch wydawnictw, które wtedy się spóźniły. Po dwóch tygodniach nadeszła odpowiedź z jednego z nich. Suchy, ale rzeczowy e-mail: "Panie Jarku, pan wie, że to jest dobre, ja wiem, że to jest dobre. W związku z tym jesteśmy zainteresowani podpisaniem kontraktu". Drugi tom cyklu ukaże się na początku przyszłego roku.

Sen o sukcesie

Jarosław Błotny twierdzi, że nie musi utrzymywać się z pisania, ale jak każdy piszący ma z tyłu głowy myśl, że jego utwory staną się bestsellerami.

— To byłaby idealna sytuacja — zarabiać na czymś, co się lubi robić. Ale bardzo wątpię, że zostanę etatowym pisarzem, choć starsza córka wierzy, że kiedyś ktoś sfilmuje to, co napisałem, i będzie mogła odwiedzić ojca na jego jachcie — żartuje Jarosław Błotny.

Niedoceniony

wynalazca i fizyk

Heron z Aleksandrii to jeden z największych fizyków, mechaników i wynalazców starożytności. Stworzył m.in. pierwowzór turbiny parowej, urządzenie do pomiaru drogi czy przyrząd do pomiaru kątów poziomych i pionowych. Te wynalazki w większości nie zostały docenione przez starożytnych: nie znalazły zastosowania w produkcji i nie odegrały żadnej roli w gospodarce antycznej. Uznaniem cieszyły się za to: automat do sprzedawania święconej wody, teatr automatyczny wystawiający pięcioaktową sztukę czy figurki dla świątyń, które pod działaniem powietrza ogrzewającego się od ognia na ołtarzu same tańczyły i wylewały wino na ofiarę.

Cesarz, któremu nie

śmierdziały pieniądze

Wespazjan to jeden z najbardziej prorynkowych cesarzy Rzymu (lata 69-79 n.e.). Zreformował finanse państwa, przede wszystkim wzmocnił skarb, który został zrujnowany za Kaliguli i Nerona (według anegdoty — na zarzuty, jakie postawił mu po opodatkowaniu latryn publicznych jego syn Tytus, cesarz miał odpowiedzieć: pecunia non olet, czyli pieniądz nie śmierdzi). A jednak nawet Wespazjan wprowadzał prawa, które nie pomogły Rzymowi przetrwać. Jedno z nich: dzieci stolarza mogły być tylko stolarzami. Oznaczało to, że awans społeczny nie był możliwy, chyba że dzięki złamaniu prawa, czyli w drodze rewolucji, spisku, powstania.

Siła jednakowych

ubrań niewolników

Postęp techniczny w starożytnym Rzymie hamowało niewolnictwo. O tym, jak wielu było niewolników, świadczy fakt, że gdy pojawił się pomysł, by wszyscy byli ubrani tak samo, nie został zrealizowany z obawy, że gdyby zdali sobie sprawę ze swojej liczebności, mogliby się zbuntować.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Grzegorczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Menedżer, a po godzinach pisarz