Metry

Marcin Zawiśliński
opublikowano: 27-06-2008, 00:00

Co widać z ośmiotysięcznika? Inne ośmiotysięczniki. I spokojny dystans do wielu kłopotów — tam, w dole.

„Puls Biznesu”: Co robi himalaistka po wyprawie?

Kinga Baranowska: Prozaiczne rzeczy. W skrzynce na listy znalazłam dziesięć awizo. Musiałam iść do mechanika, aby naprawić samochód....

Wróciłaś z innego świata. I inaczej patrzysz na codzienność?

Trochę tak. Po sześciu tygodniach ciężkiej wspinaczki, kiedy trzeba w kilka sekund podjąć decyzje, od których zależy twoje zdrowie lub życie, człowiek nabiera dystansu do codziennych spraw. Wielu codziennych spraw. I pewne rzeczy załatwia od ręki, bo szkoda na nie czasu. Moja ostatnia wyprawa, niestety obfitowała w bardzo trudne wydarzenia…

Jakie?

Na przykład trzeba szybko sprowadzić na dół człowieka z obrzękiem mózgu. Tuż nade mną w obozie drugim Hiszpan spada w przepaść…

Nie masz wtedy dość gór?

Zależy od wyprawy. Jeśli była ciężka, to chcę trochę od gór odpocząć. Czasami jednak dobrze szybko jechać na kolejną ekspedycję, by wykorzystać aklimatyzację, którą się przecież jeszcze zachowało. Zazwyczaj mam plan wypraw na rok, bo kiedy idę do sponsorów, to muszę rozmawiać o konkretach. Ale wszystko, jak to w życiu, może ulec zmianie. Teraz, zaraz po wejściu na Dhaulagiri, planowałam od razu wyjazd do Pakistanu. Ze względu na drobną kon- tuzję stopy, dopiero jesienią pojadę do Nepalu.

Ile miesięcy w roku spędzasz w górach?

Do niedawna — zazwyczaj kilka tygodni. Dopiero od zeszłego roku — prawie trzy miesiące. Muszę też normalnie pracować, zarabiać na życie. I mieć też czas na trening. Jeśli ktoś zajmuje się alpinizmem wyczynowo, to często nigdzie indziej nie pracuje. Za granicą można się utrzymać z pieniędzy od sponsorów, z wystąpień i prelekcji. W Polsce to bardzo trudne. Nawet Krzysztof Wielicki czy Piotr Pustelnik muszą dodatkowo prowadzić jakieś biznesy, żeby normalnie żyć.

I co, to zawodowstwo ci się podoba?

Na razie wolę raczej łączyć pracę zawodową z górami. Może kiedyś zostanę międzynarodowym przewodnikiem górskim i zacznę się utrzymywać tylko z gór.

Jak wybierasz sobie góry?

Najpierw zaczynam je lubić, czytam o nich, oswajam się z nimi. Spotykam się z ludźmi, którzy tam byli, rozważam drogi, jakimi mogę tam wejść. Mam grupę szczytów, które mnie bardzo pociągają. W tym roku zaczęłam myśleć o K2, ale to nie znaczy, że już w przyszłym tam pojadę. Najpierw — jesienią — wybieram się na Manaslu lub — jeśli Chińczycy „otworzą” Tybet — na Shisha Pangma.

Ile waży sprzęt i wyżywienie?

Na wyprawę na Dhaulagiri, razem z Kasią (Skłodowską — od red.) spakowałyśmy się w sześć specjalnych beczek. Ważyły ponad 100 kg.

Ile trwa aklimatyzacja już na miejscu?

To indywidualna sprawa. Ja się aklimatyzuję dość dobrze. Wejście na ośmiotysięcznik zajmuje minimum trzy tygodnie. Wpierw trzeba jednak dojść do bazy, która znajduje się — w zależności od szczytu — na wysokości 4100 m n. p. m. w przypadku Nanga Parbat w Pakistanie po 5700 metrze, jeśli chodzi o Mount Everest (od strony tybetańskiej). Aklimatyzacja polega głównie na zakładaniu kolejnych obozów na coraz wyższych wysokościach i przyzwyczajaniu się do rozrzedzonego powietrza i obniżonego ciśnienia. Badam, jak zachowuje się mój organizm. Jeżeli dobrze, wchodzę wyżej, jeżeli nie, zostaję lub schodzę trochę niżej. Trzeba też chronić organizm przed zachorowaniem i oszczędzać siły na atak szczytowy.

Co robisz, kiedy wieje wiatr, śnieg sypie, a ty siedzisz w namiocie?

Zazwyczaj gotuję. Rozpuszczenie śniegu w menażce zajmuje co najmniej godzinę. A ja powinnam wypić przynajmniej pięć litrów dziennie! Co gorsza: wysokość powoduje, że organizm nie czuje głodu, bo to kolejny wydatek energii na trawienie. Zmuszam się do jedzenia, kierując się rozsądkiem. Samo ubieranie to kwadrans. Innym frapującym zajęciem jest pilnowanie, by mi nie zwiało namiotu albo odkopywanie go z zalegającego śniegu. Czasami idę do kogoś w odwiedziny. O 19-20 robi się ciemno, więc zasypiam.

Kto jest twoim autorytetem wśród himalaistów?

Im człowiek jest starszy, tym mniej ma autorytetów... Moim jest Wojtek Kurtyka — prawie nieznany w Polsce, na świecie wśród himalaistów budzi powszechny szacunek. Wspina się drogami, których nikt nigdy nie przeszedł. To wizjoner gór.

A Wanda Rutkiewicz?

Też ją podziwiam. Trzydzieści lat temu robiła rzeczy, na które najlepsze himalaistki świata decydują się dopiero teraz. Była pierwszą Polką, która stanęła na Mount Everest i pierwszą kobietą w świecie na szczycie K2.

Co widać z ośmiotysięcznika?

Stojąc na Cho Oyu, miałam Mount Everest w zasięgu ręki. Z Broad Peak podziwiałam wierzchołek K2. Niesamowite wrażenie, być obok takich olbrzymów. Na samym wierzchołku nie czuje się euforii, raczej ulgę, bo człowiek jest tak zmęczony, że nie ma na to siły. No i trzeba myśleć o zejściu. Do największej liczby wypadków dochodzi właśnie wtedy, bo ludzie mniej uważają. Dlatego mój szczyt jest w bazie. Dopiero tam czuję się bezpieczna. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Zawiśliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu