Miliardy czekają na podpis

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 19-02-2011, 00:00

Urzędnicy nie oglądali się na polityków — sami już dawno opracowali model racjonalizacji zakupów. Tylko rząd ich nie słuchał.

Centrum zakupowe może powstać w kilka dni. Premierze, projekt jest gotowy

Urzędnicy nie oglądali się na polityków — sami już dawno opracowali model racjonalizacji zakupów. Tylko rząd ich nie słuchał.

W ubiegłym tygodniu na łamach "PB" pisaliśmy, że w ostatnich dniach politycy i ekonomiści zainteresowali się pomysłem powołania centrum zakupowego dla administracji rządowej. Na ten temat debatowała Rada Gospodarcza przy premierze. Leszek Balcerowicz od kilku dni przekonuje, że należy zacząć pracować nad tym rozwiązaniem, bo przyniosłoby 4-6 mld zł oszczędności. Pomysł poparł ostatnio z Davos Jacek Rostowski, minister finansów, i stwierdził, że "na pewno trzeba to zrobić".

Okazuje się, że od wprowadzenia idei w życie dzieli nas o wiele mniej, niż większość ekonomistów i polityków mogłoby sobie wyobrazić.

Na praktykach

Urzędnicy, nie czekając, aż politycy się dogadają, sami od kilkunastu miesięcy po cichu pracują nad takim rozwiązaniem. Reforma jest już gotowa do wprowadzenia. Jeśli tylko premier będzie chciał, centrum zakupowe może zacząć działać w ciągu kilkunastu dni.

Pomysł centralizacji zakupów, czyli wykorzystania efektu skali dla obniżania cen, pojawił się już w 2008 r. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (KPRM) na zasadzie pilotażu zleciła Centrum Obsługi (CO, swojemu gospodarstwu pomocniczemu) przeprowadzenie przetargu na telefony komórkowe dla większej grupy urzędów rządowych. Zakupiła wówczas 4,5 tys. telefonów i kart SIM.

Ponieważ pomysł wypalił (rząd szacuje oszczędności na 20 mln zł), KPRM i CO postanowiły iść za ciosem. Zdecydowały, że CO od 1 stycznia 2011 r. zmieni nazwę na Centrum Usług Wspólnych (CUW) i zostanie mu dopisane w statucie zadanie prowadzenia centralnych zakupów. Zaplanowano, że do końca czerwca 2011 r. przeprowadzi — nadal na zasadzie pilotażu — trzy przetargi: na drukarki i papier, samochody oraz telefony komórkowe. Prace nad przetargami zaczęły się kilka miesięcy temu i obecnie trwa ich realizacja. W ciągu kilku dni ogłoszone zostaną wyniki pierwszego zamówienia, w następnych miesiącach poznamy kolejne.

Nie oznacza to jednak, że centrum zakupowe już funkcjonuje. Obecnie CUW działa według obowiązujących od lat zwykłych procedur zamówień publicznych. Musi zbierać od każdej instytucji, której dotyczy przetarg (w niektórych przetargach może być ich ponad setka) odpowiednie upoważnienia.

— To jest najbardziej uciążliwy element każdego postępowania. Skompletowanie samej dokumentacji, która pozwala nam zacząć pracę nad przetargiem, trwa wiele miesięcy i angażuje pracę wielu osób — mówi jeden z urzędników prowadzących zamówienia.

Pamięć wróciła

Dlatego CUW jest w stanie na obecnych zasadach przeprowadzić maksymalnie kilka postępowań rocznie, co może dać budżetowi najwyżej kilkadziesiąt milionów złotych oszczędności, a nie miliardy. Żeby to uprościć, urzędnicy stworzyli ramy prawne, które nadałyby CUW status centralnego zamawiającego. Zmiana polega głównie na tym, że CUW nie będzie musiał zbierać z urzędów upoważnień.

— Skróciłoby to każde postępowanie przynajmniej o trzy miesiące i w nieoceniony sposób usprawniłoby pracę CUW. Wtedy mielibyśmy centrum zakupowe z prawdziwego zdarzenia, dokładnie takie, jak w krajach zachodnich — mówi urzędnik.

Zarządzenie zostało napisane najpewniej kilka miesięcy temu (nie udało nam się ustalić dokładnej daty), jednak w KPRM nikt się dokumentem nie zajął. Najprawdopodobniej zabrakło poparcia politycznego. W czwartek, w dwa dni po tekście w "PB", dokładnie w dniu, kiedy spytaliśmy KPRM o losy zarządzenia, rząd wysłał je do konsultacji.

"27 stycznia 2011 r. zarządzenie zostało przekazane do uzgodnień międzyresortowych, które potrwają siedem dni" — odpisało nam Centrum Informacyjne Rządu.

Oznacza to, że droga do powołania centrum zakupowego nagle stała się bardzo krótka, choć wymaga woli politycznej. W uzgodnieniach międzyresortowych zarządzenie najprawdopodobniej trafi na opór.

— Jestem pewna, że urzędnicy wymyślą tysiące powodów, by zarządzenie zablokować. Centralizacja zakupów oznacza, że urzędy pozbędą się części kompetencji na rzecz CUW [będzie odpowiadał za zakupy w 25 najważniejszych kategoriach — red], co może wiązać się z przesunięciami urzędników, a może nawet z redukcją zatrudnienia — mówi Małgorzata Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan i członkini Rady Gospodarczej.

Jeśli na najwyższych stanowiskach rządowych będzie wola polityczna, centrum zakupowe powstanie za kilka-kilkanaście dni — wystarczy przyjęcie zarządzenia z rozsądnymi sugestiami resortów przez Komitet Stały Rady Ministrów, a następnie podpis premiera.

— To dobry kierunek i mam nadzieję, że rząd zrealizuje pomysł. Wiele rozwiniętych państw dawno wprowadziło u siebie podobne rozwiązania i oszczędza dzięki nim potężne sumy. Mało które działania przynoszą tak duży zysk przy niewielkim ryzyku politycznym — mówi Piotr Ciżkowicz, ekspert Ernst Young.

okiem eksperta

Chapou bas

Małgorzata Krzysztoszek, ekonomistka PKPP Lewiatan, członkini Rady Gospodarczej przy premierze

Los reformy zakupowej zależy teraz od wyniku konsultacji międzyresortowych i tego, jak na zgłoszone uwagi zareaguje premier. Urzędnicy na pewno będą blokować zarządzenie, które oznacza odebranie niektórym z nich części kompetencji. Chcę wierzyć, że przeważą merytoryczne argumenty i doświadczenie innych państw. Cieszy to, że w administracji pracują też ludzie, którzy sami szukają rozwiązań zmierzających do racjonalizacji sposobu, w jaki funkcjonuje państwo. Czapki z głów przed urzędnikami Centrum Usług Wspólnych. Model, ku jakiemu dążą, poprawi wydajność państwa.

Rząd oszczędza na niby

Andrzej Sadowski, wiceprezes Centrum im. Adama Smitha

Przykład centrum zakupowego pokazuje, że administracja rządowa nie działa sprawnie, dopóki nie zostanie do tego zmuszona. Nawet najlepszy pomysł może zginąć w szufladach urzędników, jeśli nie zostanie odpowiednio nagłośniony w mediach. To smutny wniosek, który płynie z tej historii. W dodatku widać, że głoszony przez rząd priorytet oszczędzania na wydatkach administracji to puste hasło: rząd miał rozwiązanie podane na tacy, ale z niego nie skorzystał. A wystarczyłoby, żeby jakiś minister w kancelarii premiera zainteresował się proponowanymi zmianami i wprowadził projekt zarządzenia pod obrady rządu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu