Miliony grają o miliony - prasa

12-01-2007, 07:20

Za dwa tygodnie minie pół wieku od pierwszego w historii losowania Dużego Lotka, gry, która dwa razy w tygodniu przyciąga do kolektur prawie trzy miliony osób. Gdy zapowiada się kumulacja - nawet osiem milionów graczy. Ślepy los czyni zwycięzcami nielicznych. Co sprawia, że od 50 lat wciąż wracamy i znów skreślamy liczby? - pyta "Słowo Polskie - Gazeta Wrocławska".

Za dwa tygodnie minie pół wieku od pierwszego w historii losowania Dużego Lotka, gry, która dwa razy w tygodniu przyciąga do kolektur prawie trzy miliony osób. Gdy zapowiada się kumulacja - nawet osiem milionów graczy. Ślepy los czyni zwycięzcami nielicznych. Co sprawia, że od 50 lat wciąż wracamy i znów skreślamy liczby? - pyta "Słowo Polskie - Gazeta Wrocławska".

- Każdy chce mieć piękny dom, samochód, jeździć na wakacje do ciepłych krajów, wylicza Andrzej Adamczyk, który w Totalizatorze Sportowym pracuje już od ponad 20 lat. Przypomina historię górnika, który od wielu lat modlił się o "szóstkę". Na informacje o wylosowanych liczbach zwykł zawsze czekać pod ziemią. Gdy wreszcie dowiedział się, że wygrał ponad trzy miliony złotych, bez wahania podszedł do sztygara i powiedział, że odchodzi. - Później stwierdził, że właśnie wtedy stał się najbardziej wierzącym człowiekiem na świecie - wspomina Adamczyk. Nie chodziło jednak wcale o wygraną. Jadąc na górę gorąco modlił się, żeby tylko winda się nie urwała.

O tym, że nie warto spieszyć się z decyzjami przekonał się zwycięzca, który jeszcze przed odbiorem wygranej zapożyczył się i wyprawił wielką imprezę dla całej wsi. Było to 30 marca 1994 roku, gdy "szóstkę" trafiło jednocześnie 80 osób. Pieniądze z wygranej nie starczyły mu nawet na spłacenie długów.

- Kiedyś zwycięzca zgłosił się do nas po kilku dniach, bo po informacji o wygranej dostał rozstroju żołądka, opowiada Adamczyk. - Zapytany co zrobi z pieniędzmi, powiedział, że jedna trzecia pójdzie na alkohol, jedna trzecia na dziewczyny, a reszta sama jakoś się rozejdzie.

Pewnego razu po wygraną do Warszawy przyjechał mężczyzna z Kielc. Poprosił o cztery miliony złotych w gotówce. Gdy pieniądze wreszcie przyjechały z banku, usiadł i zapytał: co ja z tym teraz zrobię? - Myślał, że cała gra to nie jest na serio i że dostanie od nas jedynie kilka gadżetów, śmieje się Adamczyk. - Tymczasem dostał także neseser na pieniądze i zamówiliśmy mu bezpieczny transport.

Innym razem po wygraną "piątkę" zgłosiła się starsza pani, która miała problemy ze słuchem. Gdy powiedziano jej, że na kuponie jest nie "piątka", a "szóstka", zapytała, czy to dużo więcej i przez ile miesięcy będzie mogła sobie dodawać do emerytury po jakieś 500 złotych. Gdy usłyszała odpowiedź, zemdlała.

Adamczyk przyznaje, że często zdarza mu się wysłuchiwać skarg od ludzi, którzy twierdzą, że wiedzą, w jaki sposób Totalizator ich oszukuje. Według nich wybranych sześć kul się podgrzewa, dzięki czemu są lżejsze i jako pierwsze lecą w górę. Inni dowodzili, że do wybranych kul wsypuje się opiłki żelaza i wystarczy tylko w odpowiednim momencie włączyć duży elektromagnes, który znajduje się nad maszyną losującą. Zwracali też uwagę na czas, jaki pozostaje zawsze do losowania po zamknięciu kolektur. Dzięki temu, można sprawdzić, jakie kombinacje liczb nie zostały wybrane i właśnie je wylosować.(DI, PAP)

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Miliony grają o miliony - prasa