Minęła dekada od dna wielkiej bessy

Krzysztof Kolany, Bankier.pl
opublikowano: 18-02-2019, 22:00

Dekadę temu inwestorzy drżeli o los Citigroup i Bank of America. Decyzja o uratowaniu tych banków z pieniędzy podatników zakończyła wielką bessę i położyła podwaliny pod hossę na Wall Street. Hossę, która w na GPW skończyła się, zanim się na dobre zaczęła

To była środa, 18 lutego 2009 r. Rynek był wtedy po dwóch dniach silnych spadków. Dzień wcześniej WIG20 zaliczył tąpnięcie o 7,5 proc., a w poniedziałek spadł o 3,8 proc. Pod kreską zakończyły się także trzy ostatnie sesje poprzedniego tygodnia po tym, jak przedwcześni optymiści zaczęli kupować akcje w okolicach 1500 pkt. Ostatecznie dno wielkiej bessy na GPW ukształtowało się na poziomie 1 253,24 pkt. Stało się to na bardzo zmiennej sesji, podczas której WIG20 zniżkował nawet o 5,6 proc. (!), by zakończyć ją wzrostem o 0,76 proc.

Od 18 lutego 2009 r. WIG20 już nigdy nie znalazł się niżej. Niespełna rok później jego wartość urosła do 2500 pkt., dając zarobić niemal równe 100 proc. Natomiast kolejne 9 lat w wykonaniu polskich blue chipów lepiej pominąć milczeniem (obecnie WIG20 wynosi około 2300 pkt.). Warto to przypomnieć nie tylko z okazji okrągłej rocznicy tamtych wydarzeń. Jak wynika z Ogólnopolskiego Badania Inwestorów zaledwie co trzeci aktywny obecnie inwestor ma przynajmniej 10 lat giełdowego stażu, więc dwie trzecie uczestników rynku nie doświadczyło tamtej bessy na własnym portfelu.

Finansowy Armagedon

Jeszcze w październiku 2007 r. WIG20 nieznacznie poprawił lipcowy szczyt, wspinając się na niewyobrażalny dziś pułap 3940,53 pkt. i z tego miejsca przez następne 16 miesięcy spadł o 68 proc. Rzeź dokonała się także na „wygrzanych” ponad wszelkie standardy spółkach średnich i mniejszych. sWIG80 w ramach wielkiej bessy zaliczył przecenę o 73 proc., a mWIG40 o 79 proc. W obu przypadkach wymazane zostały całe zwyżki z lat 2006-07. Okoliczności, w których dopełniła się bessa z roku 2008 także nie były zwyczajne. Po ujawnieniu skali kryzysu finansowego światowa gospodarka zaliczyła pierwszą po 1945 r. zsynchronizowaną recesję. Spadki PKB nawet w największych gospodarkach świata sięgały 4-5 proc., czego nie widziano od lat. Na Ukrainie gospodarka skurczyła się o przeszło 20 proc., więc rząd postanowił utajnić dane statystyczne.

Był to czas, gdy istniejące od dekad wielkie banki padały jak muchy. Zaczęło się jeszcze rok wcześniej od faktycznej plajty Bear Stearnsa, ale prawdziwa panika rozlała się na rynki po ogłoszeniu bankructwa przez bank Lehman Brothers. Potem już poszło szybko. W ciągu kilku tygodni z finansowej mapy świata zniknęli tacy giganci, jak Wachovia, Merrill Lynch, AIG. W Europie największe banki nie zbankrutowały tylko dlatego, że zostały uratowane z pieniędzy podatników. Uspołeczniono straty i przedłużono żywot takich instytucji, jak ING, KBC, Fortis, RBS czy Commerzbank.

„Działania amerykańskiego rządu po prostu opóźniają wyjście z kryzysu całej gospodarki, podtrzymując przy życiu AIG i uruchamiając dodruk dolara. W krótkim terminie ryzyko systemowe zostanie zredukowane, ale cały kryzys się przedłuży” — tak skomentował bailout AIG Ronald Chan z Fortis Investments.

Nie wiadomo, co powiedział, gdy kilkanaście dni później państwa Beneluksuratowały przed bankructwem sam Fortis, wykładając na niedoszłego bankruta 11,2 mld EUR.

Zbyt duzi, aby upaść

W lutym 2009 r. lękano się o los kolejnych gigantów. Spekulowano, że w egzystencjalne tarapaty wpadły Bank of America oraz Citigroup — dwa z czterech największych banków komercyjnych USA. Upadek choć jednego z nich zapewne miałby katastrofalne skutki nie tylko dla systemu bankowego, lecz także realnej gospodarki.

„Panicznie pozbywano się akcji banków: notowania Citigroup, JP Morgan oraz Bank of America zanurkowały po przeszło 12 proc. Jeszcze mocniej przeceniono mniejsze, regionalne banki” — pisaliśmy w depeszy z Wall Street po sesji 17 lutego.

Inwestorzy wyprzedawali akcje banków, mimo że tego samego dnia Barack Obama podpisał „pakiet stymulacyjny” kosztujący podatników 787 mld USD.

„We wtorek indeks S&P500 po raz pierwszy od listopada przełamał barierę 800 pkt. Spanikowani inwestorzy uciekają w stronę złota, porzucając rynki akcji” — tak 10 lat temu Amerykanie ubijali dno bessy. Ostatecznie S&P500 znalazł dołek dopiero 6 marca, na iście szatańskim poziomie 666 pkt. Kłopotów nie brakowało też w Europie. Po pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego zmuszone zostały poprosić władze Ukrainy, Węgier i Łotwy — państwa te w zasadzie zbankrutowały.

Na rynkach finansowych Europa Środkowo-Wschodnia miała wówczas opinię najbardziej niebezpiecznego miejsca na świecie. Spekulowano, który kraj może upaść jako kolejny. Wśród kandydatów wymieniano też Polskę. Nasza waluta została dosłownie zdruzgotana — w niespełna pół roku straciła połowę wartości względem dolara amerykańskiego, a kurs euro wystrzelił z 3,20 zł w lipcu 2008 r. do blisko 5 zł w połowie lutego 2009 r. Tak, to nie przypadek, że szczyt na parze EUR/PLN (4,9237 zł) wyznaczony został 17 lutego, a więc na dzień przed dołkiem bessy na GPW. Nad Wisłą obawy budziła postawa banków matek polskich kredytodawców. Istniało wówczas ryzyko, że znajdujące się w tarapatach banki z Zachodu odetną finansowanie akcji kredytowej w Polsce. Na szczęście tak się nie stało i dzięki temu nie pękła bariera 5 zł za euro.

Niemniej walutowy rollercoaster wpędził w tarapaty kilka tysięcy małych i średnich polskich przedsiębiorstw. Padły one ofiarą tzw. toksycznych opcji walutowych, w ramach których zamiast zabezpieczyć się przed zmiennością kursu złotego ostro spekulowały na wzrost wartości złotego. Sprawa szybko stała się polityczna, a ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak publicznie wzywał do ustawowego (!) rozwiązania umów z bankami. Ofiarami opcji walutowych padły także spółki notowane na GPW, m.in.: Rafako, Odlewnie, Krosno i Duda. Dodatkowym problemem dla inwestorów był fakt, że przez długi czas nie było wiadomo, kto i na jaką kwotę był „umoczony” w opcje walutowe. Inwestorzy wręcz „prewencyjnie” wyprzedawali akcje spółek eksporterów, choć akurat rosnący w stratosferę kurs euro potencjalnie bardzo sprzyjał tej grupie przedsiębiorstw.

Kupuj, gdy leje się krew

Zimą 2009 r. pokoleniową okazję inwestycyjną wykorzystało bardzo niewielu. Większość albo bała się kupować mocno przecenione akcje (i ku czemu miała racjonalne powody), albo „zapakowała” się w giełdowe fundusze w szczycie hossy, wiosną i latem 2007 r. Wielu nie doceniło siły państwowego interwencjonizmu: uruchamianych od Pekinu przez Waszyngton po Berlin pakietów stymulacyjnych oraz ultraluźnej polityki monetarnej banków centralnych. Biliony dolarów, euro, jenów i juanów wpompowanych w system finansowy uchroniły go przed nagłą śmiercią. Zanim jeszcze w marcu 2009 r. Rezerwa Federalna uruchomiła pierwsze QE (czyli luzowanie ilościowe w polityce pieniężnej), zdążyła powiększyć swój bilansz 800 mld do blisko 2 bln USD.

Na dnie bessy pieniądze dosłownie leżały na parkiecie i każdy bał się po nie schylić. KGHM w szczycie paniki wyceniany był na mniej, niż warta była gotowa miedź w magazynach firmy. Do inwestowania w akcje zniechęcały nie tylko emocje, lecz także alternatywa. O pieniądze inwestorów konkurowały polskie banki, które przyciśnięte przez kryzys finansowy desperacko usiłowały przyciągnąć depozyty, oferując nawet 10 proc. na rocznych lokatach. Tak kusił wówczas np. Noble Bank, a przeszło 3-procentowa inflacja CPI zachęcała do skorzystania z oferty obligacji skarbu państwa, które wtedy płaciły 2,5 pkt. proc. marży ponad wskaźnik wzrostu cen. Rok 2009 był też ostatnim, w którym można się było załapać na złoto po mniej niż 3 tys.zł za uncję. Później złoty pociąg odjechał na północ, by za dwa lata zatrzymać się tuż przed stacją 6 tys. zł.

Dziś na GPW prawdopodobnie też mamy bessę. Nastroje inwestorów pozostają pesymistyczne, choć w realnej gospodarce nie jest (jeszcze?) tak źle, jak było 10 lat temu, ale za to światowy system finansowy trzyma się nieco lepiej, podklejony państwowymi gwarancjami dla banków „zbyt dużych, aby upaść”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy