Misjonarz Szejnfeld

Jarosław Królak
opublikowano: 11-12-2009, 00:00

Adam Szejnfeld przerywa milczenie. Opowiada o tyraniu, kulisach odwołania i mocy sprawczej.

Chętnie wróciłbym do rządu, jeśli nadal mógłbym uwalniać gospodarkę od ciężarów biurokracji – mówi były wiceminister gospodarki.

Adam Szejnfeld przerywa milczenie. Opowiada o tyraniu, kulisach odwołania i mocy sprawczej.

Znalazł się pan w kręgu podejrzeń w związku z tzw. aferą hazardową, która zatrzęsła rządem, i dwa miesiące temu opuścił fotel wiceministra gospodarki. Tęskni pan za rządem?

Adam Szejnfeld: Za rządem nie da się tęsknić. Jestem człowiekiem pracowitym, ale nigdy w życiu nie tyrałem tak ciężko, jak przez ostatnie dwa lata. Kto tego nie przeszedł, nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że pracuje się tam po szesnaście, osiemnaście godzin na dobę.

I nie myśli pan o powrocie?

Nie tęsknię za rządem, ale będąc poza nim, odczułem kompletny brak mocy sprawczej. Oczywiście, że myślę o powrocie, ale to nie ma nic wspólnego z tęsknotą. Każdy polityk, który chce być skuteczny, musi mieć odpowiednie instrumenty, a poza rządem jest ich bardzo mało. Dlatego interesuje mnie nie tyle stanowisko, ile misja. Chętnie wróciłbym, ale pod warunkiem, że nadal mógłbym wypełniać misję, którą jest uwalnianie działalności gospodarczej od ciężarów biurokracji.

A gdyby dziś premier zaproponował panu powrót?

Po przejściach i bezpodstawnych oskarżeniach, jakie mnie dotknęły, na pewno bym się zastanowił, ale sądzę, że odpowiedź byłaby pozytywna, gdyby chodziło o stanowisko z takim samym lub podobnym zakresem kompetencji i zadań, jakie miałem.

Największe organizacje biznesowe apelują do premiera, aby przywrócił pana na stanowisko. Ma pan mocne plecy...

Uważam, że miejsce reformatorów jest w rządzie, a ja zaliczam siebie do reformatorów…

To dlaczego reformator musiał odejść? Premier złożył pana w ofierze, by ratować wizerunek rządu?

Nie musiałem odejść. Premier mnie nie zwolnił. To była moja decyzja, choć niełatwa. Członka rządu nie można zawiesić, można go tylko odwołać na jakiś czas. Pod presją mediów i ataków opozycji po wybuchu tzw. afery hazardowej nie dało się pracować. By nie obciążać rządu, trzeba było ustąpić do czasu oczyszczenia się. Dla mnie jest ważne, że premier stwierdził, iż z dokumentów, do jakich miał dostęp, oraz z tych, które przedstawiło mu Centralne Biuro Antykorupcyjne, wynika, iż Adam Szejnfeld z aferą nie miał żadnego związku.

Kiedy afera zostanie wyjaśniona?

Oby jak najszybciej. Mam też nadzieję, że całe to zamieszanie doprowadzi do takiego opracowania procedur uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych, by w przyszłości takich podejrzeń nie można było rzucać na uczciwych funkcjonariuszy publicznych. Jeżeli bowiem procedura nie zostanie jasno określona, wysocy urzędnicy będą bali się podpisywać pod opiniami do przepisów. To grozi paraliżem państwa. Zaczniemy się uwsteczniać, bowiem im bardziej coś będzie skomplikowane, tym bardziej będzie wywoływało opór, żeby się nim zająć. Tak nie może funkcjonować normalne państwo.

Kto teraz kieruje polityką gospodarczą rządu?

Waldemar Pawlak, ale trzeba pamiętać, iż niebywale ważny jest też resort finansów. Olbrzymią rolę odgrywa też Komitet Rady Ministrów z Michałem Bonim, szefem doradców premiera, gdzie spotykają się wszystkie projekty i programy, zanim trafią do ostatecznego rozstrzygnięcia przez Radę Ministrów.

Ministrowie wysyłają sprze-czne sygnały, na przykład: Jacek Rostowski ogłasza plan przesunięcia części składek z OFE do ZUS, a Michał Boni zaprzecza, by taki plan istniał. Przykładów jest więcej, jak więc w takich warunkach kreować i realizować politykę gospodarczą?

Dzisiaj jest niejasny podział kompetencji nie tylko między premierem a prezydentem, ale także między ministrami. Dlatego m.in. premier chce wprowadzić system kanclerski.

Ale dlaczego ministrowie nie uzgadniają stanowisk? Kopanie się po kostkach ośmiesza rząd.

Wszystkim — partnerom społecznym, społeczeństwu, mediom — zależy, aby koncepcje i plany resortów były odpowiednio wcześnie upubliczniane. To powinien być standard konsultacji społecznych. Niestety, taki system ma wadę. Mamy bowiem do czynienia z alternatywą — albo najpierw konsultuje się wewnątrz rządu i uzgadnia wspólne stanowisko, ale wtedy opinia publiczna dowiaduje się o rządowych planach po fakcie, albo odwrotnie — najpierw informuje się obywateli. W drugim wariancie często jednak może wystąpić różnica zdań między politykami. Trzeba szukać dobrej równowagi.

Co pan teraz robi?

Skupiam się na pracy poselskiej. Jestem wiceszefem Komisji Przyjazne Państwo, tworzę też zespół ekspertów klubu PO ds. finansów, gospodarki i rozwoju przedsiębiorczości.

Przyjazne Państwo ma teraz dwóch silnych szefów: Janusza Palikota i pana. Taka ekipa to chyba migiem wytnie wszystkie buble i absurdy prawne blokujące gospodarkę?

Niektórzy mówią, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Ale poważnie: mamy różne charaktery, zainteresowania i podejście do legislacji, ale dobrze się uzupełniamy i wspieramy. To powinno dać pozytywne efekty.

Co z finansową odpowiedzialnością urzędników za bezprawne decyzje? To pan jest "ojcem" projektu PO, który od roku tkwi w sejmowej podkomisji. Brakuje woli politycznej? Ustawa antyhazardowa pokazała, że jak premier chce, to nowe prawo można uchwalić w kilka dni.

Gdyby to był projekt rządowy, a nie poselski, to pewnie już dawno byłby uchwalony.

Ale przecież poszedł do Sejmu jako poselski, aby urzędnicy nie wykoleili go w trakcie uzgodnień w rządzie.

Zależało nam, aby trafił do Sejmu razem z całym pakietem ustaw z "legislacyjnej rewolucji październikowej" jesienią 2008 r. Nie udałoby się to, gdyby musiał przejść uzgodnienia międzyresortowe.

Ominęliście rafy, ale utknęliście na mieliźnie.

Niektóre projekty, niezależnie, czy idą ścieżką rządową, czy poselską, napotykają bardzo silny opór polityczny, urzędniczy i prawniczy. W tym przypadku brakuje determinacji. Porozmawiam o tym z Grzegorzem Schetyną, szefem klubu PO.

Opracował pan projekt zmian setki ustaw, by ograniczyć biurokrację i reglamentację biznesu. Ministerstwo Gospodarki kieruje go na ścieżkę legislacyjną. Nie obawia się pan, że w uzgodnieniach międzyresortowych zostanie zmasakrowany?

Obawiam się. Doświadczenie uczy bowiem, że projektu najlepiej broni jego zdeterminowany autor. Dlatego liczyłem, że reforma poczeka na mój powrót. Projekt ustawy, który nazywam "wielkie sprzątanie", to gigantyczne wyzwanie. Pracowałem nad tym półtora roku, licząc, że osobiście doprowadzę do wejścia ustawy w życie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Królak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu