Moc adrenaliny

Aleksander Reiff
opublikowano: 25-06-2010, 00:00

Zabytkowe samochody to dzieła sztuki. Lecz satysfakcja z ich posiadania może się stać… nużąca. Odkrył to Tadeusz Wesołowski, założyciel spółki farmaceutycznej Prosper. Zaczął więc startować w rajdach antyków. W końcu auto służy do jeżdżenia.

Po raz pierwszy wystartował w 2003 r. w Rajdzie Królewskim w Polsce i we włoskim Copa Milano. Kolejne wyścigi wciągały go coraz bardziej.

Zobacz więcej

Tadeusz Wesołowski i Paweł Nawłocki podczas rajdu zabytkowych samochodów 1000 Miglia

— W zeszłym roku byłem we Włoszech na 1000 Miglia jako widz. Połknąłem bakcyla i wiedziałem, że muszę tam wrócić i wystartować. I stało się. Posiadanie aut było frajdą, ale to wyścigi są moją wielką pasją — opowiada Tadeusz Wesołowski.

 

 

Rajd Tysiąca Mil

W tym roku uczestniczył w rajdzie 1000 Miglia z Pawłem Nawrockim — swoim pilotem, a zawodowo dyrektorem w BMW Polska. Startowali w dniach 6-9 maja Jaguarem XK 140 z 1955 r. Ten samochód za kilkanaście tysięcy euro Tadeusz Wesołowski sprowadził z USA osiem lat temu.

— Zjawiskowe auto, ale w opłakanym stanie. Doprowadzenie go do formy sprzed pół wieku trwało dwa lata i kosztowało dwa razy tyle co zakup. Z wykształcenia jestem inżynierem mechanikiem, ale odrestaurowanie jaguara powierzyłem specjalistom — zastrzega biznesmen.

Start na trasie z Brescii do Rzymu i z powrotem to marzenie każdego właściciela zabytkowego auta. Cóż, Miglia to jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowy rajd samochodów historycznych na świecie. Organizowany był od 1927 do 1957 r. W 1977 r. wznowiony jako 1000 Miglia Storica — impreza rajdowa dla właścicieli historycznych samochodów sportowych. Odbywa się głównie bajecznymi drogami Lombardii i Toskanii na trasie Brescia — Rzym — Brescia. Rajd Tysiąca Mil zdominowały klasyczne modele najbardziej wyrafinowanych samochodów produkcji europejskiej. W imprezie biorą udział znani kierowcy z sześciu kontynentów, kolekcjonerzy, członkowie klubów zabytkowych samochodów, przedstawiciele arystokracji i biznesmeni. Bo 1000 Miglia Storica to nie tylko wydarzenie sportowe, ale też prestiżowe spotkanie towarzyskie.

— Niestety, nie wszyscy mogą to marzenie zrealizować, nawet jeśli mają kolekcjonerski, oryginalny i kosztowny pojazd. Za udział w rajdzie płaci się 6 tys. euro, ale największym kosztem jest posiadanie zabytkowego auta wyprodukowanego w latach 1927-57 — bo taki jest wymóg organizatorów — dodaje Tadeusz Wesołowski.

 

Morderczy wysiłek

Tysiąc mil i prawie 30 godzin w samochodzie sprzed pół wieku — bez wspomagania kierownicy, z manualną skrzynią biegów. Wszystko ociężałe i mechaniczne, wprawiane w ruch siłą mięśni. Wesołowski i Nawrocki byli zdani tylko na siebie, bez tzw. support car, którym dysponowała większość rywali. Zmęczenie dawało się we znaki, ale trzeba było jechać dalej, nie poddawać się.

— Gang silnika zagłuszał krzyczącego Pawła. Jeszcze słabiej słyszeliśmy wiwatujących kibiców. Ich radosne twarze dodawały nam otuchy w najtrudniejszych chwilach. Była też ogromna dawka adrenaliny. To ona utrzymywała nam ciśnienie tętnicze na wysokich obrotach. Dodawała energii i mobilizowała — opowiada rajdowiec-biznesmen.

To w końcu dla tej adrenaliny zdecydowali się wystartować w tym najpiękniejszym i najbardziej prestiżowym rajdzie świata.

— Przeżyłem najcięższe i najtrudniejsze chwile w moim rajdowym życiu. Nie zajęliśmy liczącej się pozycji — przeszkodziła nam awaria samochodu — choć walczyliśmy dzielnie. Ale już ukończenie wyścigu jest sukcesem. Dotychczas nie udało się to żadnemu Polakowi. My pokonaliśmy 138 załóg, zajmując 237. miejsce na 375 zespołów. Brakuje mi słów, gdy próbuję opisać swoje odczucia. Satysfakcja, duma, poczucie spełnienia… Ani ja, ani Paweł nie spodziewaliśmy się tak wielkich emocji, niesamowitych wrażeń i tej niezapomnianej adrenaliny. Czuliśmy ją od samego początku, jeszcze zanim ruszyliśmy w trasę… — emocjonuje się Wesołowski.

Pierwszego dnia (środa) załatwili formalności i sprawy organizacyjne. Komisja zweryfikowała ich auto — sprawdziła certyfikat oryginalności na podstawie tzw. paszportu FIVA. Jeszcze tylko przegląd techniczny i odbiór naklejek na samochód.

— Wszystko poszło sprawnie, choć we włoskim stylu. Trochę niezdarnie, ale zawsze z uśmiechem i w przyjaznej atmosferze. Mam jeszcze w pamięci śliczną Włoszkę wypełniającą nasz formularz rejestracyjny. Bardzo szybko zapełniała rubryki, popełniając błąd za błędem. Błyskawicznie skreślała i pisała ponownie. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Automatyzm a zarazem gracja ujmującej Włoszki wywołały mój uśmiech. Podobnie zachowywali się inni ludzie związani z organizacją tego gigantycznego przedsięwzięcia. Niedociągnięcia nadrabiali urokiem, lekkością i życzliwością — relacjonuje rajdowiec.

 

 

Chłopiec z zabawkami

Uczestnicy zebrali się w ogromnej hali targowej w Brescii. Dominowali Włosi, ale sporo też było Brytyjczyków, Niemców, Amerykanów, Australijczyków, a nawet Japończyków i Chińczyków. Wszyscy uśmiechnięci doglądali swoich antyków.

— Dech w piersiach zaparł mi widok 375 lśniących i wypolerowanych aut najsłynniejszych marek świata. Wszystkie te modele brały udział w rajdzie Miglia w latach 1927-57. Otoczyły mnie najpiękniejsze okazy aut marek: BMW, Bugatti, Alfa Romeo, Jaguar, Mercedes, Ferrari, Maserati i innych. Czułem się jak mały chłopiec wśród wymarzonych zabawek. Po chwili zbudził mnie przeraźliwy ryk 375 silników. Dudnił w uszach niemiłosiernie, ponieważ załogi testowały auta. Odpalano silniki i gwałtownie dodawano gazu. A ja stałem i delektowałem się każdym dźwiękiem i każdą sekundą spędzoną w tej nieprawdopodobnej atmosferze. Dla nich tu przyjechaliśmy… — rozmarza się biznesmen.

Załogi musiały pokonać m.in. odcinki specjalne na pomiar regularności jazdy. Każdy należało przejechać w określonym czasie. Każda setna sekundy przed lub po nim była przeliczana na punkty karne. Oczywiście, zawodnicy dysponowali urządzeniami pomiarowymi, które pokazywały, gdzie są w danej chwili i jaki mają czas w stosunku do właściwego.

— Jechaliśmy m.in. po słynnym torze Imola, na którym w 1994 r. zginął podczas wyścigu Ayrton Senna — trzykrotny mistrz świata Formuły 1. Jechaliśmy też drogami z nawierzchnią szutrową, a także po górskich, wąskich dróżkach, gdzie leżał jeszcze śnieg! To był najtrudniejszy odcinek. Ślisko i mglisto. Trzeba było się wykazać nie lada umiejętnościami, by zjeżdżając ze stromych dróg, nie przeciążyć hamulców bębnowych. Nagrzewały się błyskawicznie, dlatego hamowałem biegami, co w tak starym samochodzie także było wyzwaniem. Udało się, choć kilkakrotnie adrenalina i stres osiągały niewyobrażalnie wysoki poziom. Te momenty tkwiły w naszych głowach na długo po zakończeniu rajdu — wspomina Tadeusz Wesołowski.

Do mety dotarli w sobotę w nocy. Wyczerpani i zmęczeni, ale szczęśliwi. I dumni, że udało się im dotrzeć do mety i pokonać 138 kierowców. Niektórzy startowali po raz kolejny. Dlatego Polacy potraktowali swój debiut jako wielki sukces — i życzą takiego każdemu pasjonatowi zabytkowych aut.

— Bo cała przyjemność nie wynika tylko z posiadania takiego samochodu. Satysfakcję i radość przynoszą niezapomniane chwile — takie, jakie przeżyliśmy na najwspanialszym rajdzie świata — konkluduje Tadeusz Wesołowski.

 

 

 

Tadeusz Wesołowski

Prezes i właściciel spółki farmaceutycznej Prosper, od 1999 r. notowanej na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, a obecnie członek rady nadzorczej grupy Neuca (głównie hurtowa sprzedaż farmaceutyków). Inwestor giełdowy i aktywny inwestor w spółkach z dziedziny nowych technologii.

Jako kierowca startuje w wyścigach historycznych samochodów od 2003 r. Brał udział m.in. w kilku edycjach Międzynarodowego Królewskiego Rajdu Samochodów Zabytkowych, w Copa Milano — Sanremo 2010, a także w próbach wyścigowych na różnych torach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Reiff

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu