Monachijczycy odchodzą, bo przegrali z awangardą

Weronika Kosmala
28-05-2015, 00:00

Postoje ułanów i patrole powstańców — marzenie kolekcjonera z lat 90. ewidentnie nie pokrywa się z gustem następnego pokolenia.

Na rynku sztuki zawsze łatwiej jest powiedzieć, że jakaś tendencja się rozwija, niż że ostatecznie wygasła. W przypadku tradycyjnego malarstwa szkoły monachijskiej z pewnością można jednak mówić o schyłkowej fazie — nastrojowe pejzaże z końmi zaprzęgniętymi do wiejskich wozów mają wśród młodego pokolenia dużo mniejsze szanse niż odważna awangarda. Z biznesowego punku widzenia kupić możemy więc taniej — pytanie tylko, kto postawi teraz na Wierusza-Kowalskiego, mogąc kupić Fangora, i czy w ogóle łatwo znaleźć na rynku dobrej klasy dawny obraz.

JAZDA Z MUZEUM:
Zobacz więcej

JAZDA Z MUZEUM:

„Wesoła jazda” ma prawie 2 m długości, a więc muzealne wymiary. Większość dostępnych na rynku prac Wierusza-Kowalskiego jest mniejsza, a więc i tańsza. SOTHEBY’S

Polnischen Landschaften

W Londynie za ponad 170 tys. USD (647 tys. zł) sprzedano muzealnej wielkości dekoracyjne płótno. Na grudniowej aukcji w kraju na tę samą „Wesołą jazdę” Wierusza-Kowalskiego zabrakło chętnego. W zeszłym tygodniu, obok widoku pary jadącej przez pole wozem, dom aukcyjny Sotheby’s wystawił też płótno innego monachijczyka, Maksymiliana Gierymskiego. Jego cena wyniosła 124,2 tys. USD (471 tys. zł) — to dużo, bo tematyka nie jest uniwersalna, tylko narodowościowa, a jednocześnie wcale nie przesadnie, bo oleje tego autora są na polskim rynku rzadkością.

Mało uniwersalna tematyka to niekoniecznie polska wieś, która przypominać mogłaby każdą inną wieś w naszym klimacie, ale bardziej motywy powstańcze, w których Gierymski się specjalizował.

Na jego obrazach walki o niepodległość nie są jednak przedstawione jako kipiące krwią sceny batalistyczne, ale jako szara codzienność biorących w nich udział — zamiast ostentacji i szarży widzimy powolne marsze, postoje i powroty w poczuciu przegranej. Taki powolny marsz to też właściwie dobre nawiązanie do rynkowej sytuacji, dlatego że polska XIX-wieczna sztuka już od jakiegoś czasu interesuje tylko wąskie grono tradycyjnie nastawionych odbiorców.

Szalone lata Kossaków

Nie ma chyba rynku kolekcjonerskich dóbr, na którym nie zmieniałby się z czasem dominujący gust. Nastrojowe malarstwo realistów, podobnie do batalistycznego i historycznego, należało do wyraźnie preferowanych aktywów tuż po gospodarczej transformacji. Zmiany ustrojowe uwolniły zarówno polską przedsiębiorczość, jak i apetyt na niedostępne wcześniej luksusowe dobra w grubych złotych ramach.

Zanim to nastąpiło, krajowy obrót zmonopolizowany był przez sieć państwowych des, którą podzielono z początkiem lat 90. na dwa niezależne podmioty. Miejsca, kojarzone w PRL ze starą zastawą czy paterami kupowanymi jako ślubne prezenty, zaczęły działać jako prywatne przedsiębiorstwa, w dodatku w warunkach szybko rozwijającej się konkurencji. W okresie inwestycyjnej swobody sięgano więc po najgłośniejsze nazwiska — od Malczewskiego i Witkacego po Gierymskiego i Chełmońskiego.

Na fali młodego kapitalizmu rozbłysło również nazwisko-symbol, reprezentowane przez twórczy ród Kossaków. Sceny z jednoczesnym udziałem koni i ułanów, rozgrywające się w mniej lub bardziejrozpoznawalnym pejzażu, do dzisiaj przychodzą nam do głowy jako pierwsze, kiedy myślimy o tradycyjnej polskiej kolekcji. Podobnie do tego obrazka pasuje szkoła monachijska, warto jednak zaznaczyć, że w przeciwieństwie do rodziny Kossaków monachijczycy nie stanowili żadnej precyzyjnie określonej grupy. Byli to malarze, którzy przyjeżdżali do Monachium czasem na długo, ale nieraz też na krótko, na przykład na same wystawy.

Programem, który odróżniał ich od pozostałych twórców, były natomiast ogólnie narodowościowe tematy — tak wydarzenia z historii, jak i sceny rodzajowe z polskiej wsi. Tak zwane polnischen Landschaften cechował też odpowiedni melancholijny Stimmung, czyli nastrój, a także przygaszony koloryt, określany tym razem trochę tak, jakby dotyczył innej branży. Sosy monachijskie to właśnie przypisywane tym malarzom brązy i szarości, podobnie zresztą stonowane, jak entuzjazm na aukcjach.

— Wbrew pozorom, polecałbym kupowanie tego malarstwa, bo wiadomo przecież, że kiedy zainteresowanie jest najmniejsze, kupno najbardziej się opłaca — mówi Adam Chełstowski, ekspert firmy Ad-Arte. Statystycznie, etapów w polskiej sztuce, która dostępna jest na rynku, nie jest w sumie aż tak wiele — kiedy więc zupełnie wyczerpie się podaż XX-wiecznej awangardy, a dzisiejsi twórcy nie wypełnią tej luki czymś równie dobrym, ułani na koniach i wiejskie zaprzęgi mogą zatoczyć w swoim powolnym tempie koło.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Alternatywne / Monachijczycy odchodzą, bo przegrali z awangardą