Monnari pójdzie pod młotek

Dawid Tokarz
opublikowano: 11-08-2009, 00:00

Sąd uznał, że spółka nadaje się do likwidacji. Marek Banasiak się nie poddaje i zapowiada walkę o układ.

Sąd uznał, że spółka nadaje się do likwidacji. Marek Banasiak się nie poddaje i zapowiada walkę o układ.

Łódzki sąd ogłosił upadłość likwidacyjną giełdowego Monnari. Tym samym odrzucił wniosek zarządu odzieżowej spółki, który chciał ratować firmę przez doprowadzenie do układu z wierzycielami.

— Nie poddajemy się. Z innymi członkami zarządu i prawnikami zdecydujemy jak dalej walczyć o układ. On wciąż jest realny i dużo lepszy dla wierzycieli i akcjonariuszy niż upadłość likwidacyjna — mówi Marek Banasiak, prezes Monnari.

Na odwołanie od decyzji sądu spółka ma tydzień. Jakich argumentów użyje? Nie wiadomo. Marek Banasiak zapewnia, że wciąż możliwe jest dokapitalizowanie spółki przez inwestora (najbliżej tego był amerykański fundusz CRG Capital), ale tylko w warunkach układu. Tyle że ten jawi się jako "mission impossible".

Układ z księżyca

Już w czerwcu ujawniliśmy w "PB", że warunki układu, zaproponowane przez władze Monnari, są mocno abstrakcyjne. Zgodnie z nimi samo dokapitalizowanie spółki przez inwestora 20 mln zł nic by nie dało. Kolejne 15 mln zł musiałyby dać banki: na gwarancje dla właścicieli galerii handlowych. Zabezpieczone hipotekami banki miałyby też powołać do życia spółkę celową, która kupiłaby nieruchomości Monnari i spłaciła jego kredyty. Tyle że na kredyt dla spółki celowej banki musiałyby wyłożyć około 70 mln zł, a dodatkowo finansować ją aż do 2013 r. (dopiero wtedy zaczęłaby zarabiać na wynajmie nieruchomości).

Zarząd spółki chciał też, by wierzyciele zrezygnowali z odsetek od długów, a kwoty główne zredukowali o 35 proc. i rozłożyli ich spłatę na raty, płatne od stycznia 2010 r. Do tego wszystkiego właściciele galerii handlowych musieliby zgodzić się na obniżkę czynszów (o 40 proc. do maja 2010 r. i o 20 proc. od czerwca do końca 2010 r.) oraz redukcję wysokich kar umownych do średnio 1 tys. zł.

Równia pochyła

Sąd uznał, że nie ma szans na przeprowadzenie takiego układu, a kondycja spółki kwalifikuje ją do likwidacji. I trudno się dziwić. Już dwa miesiące temu tylko bankom Monnari winna była ponad 105 mln zł, a pozostałym wierzycielom kolejne około 65 mln zł. A zadłużenie stale rosło, podobnie jak straty (na koniec kwietnia 2009 r. było to 16 mln zł). Wciąż za to pogarszała się sprzedaż. W lipcu przychody odzieżowej spółki wyniosły 14,4 mln zł, o 28,7 proc. mniej niż w tym samym miesiącu 2008 r.

A majątku zostało w niej jak na lekarstwo. Jedną z głównych pozycji aktywów są nakłady inwestycyjne na sklepy (warte około 33,5 mln zł), które będzie bardzo trudno odzyskać. Środki trwałe odzieżowej spółki pod koniec maja sięgały 37,2 mln zł, ale aż 30 mln zł z tego stanowiła wartość praw do znaku Monnari. Z kolei w towarach handlowych giełdowa firma miała 59,6 mln zł, ale duża ich część została zastawiona na rzecz banków.

Jednocześnie, mimo ogromnych kłopotów finansowych, Monnari stać było m.in. na wykładanie pieniędzy na ratowanie kredytu córki prezesa (jest jednym z największych akcjonariuszy spółki) i zakup samochodu dla jego żony za prawie 300 tys. zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane