Monopolizacja rynku — to się nie może udać

Materiał partnera strony
opublikowano: 06-10-2016, 22:00

Oddanie aptek korporacji zawodowej będzie sprawą bez precedensu.

Dla pacjentów może oznaczać mniejszą dostępność leków i podwyżkę ich cen. Dla sieci aptecznych, które w zdecydowanej większości należą do polskich spółek, nowe regulacje będą istnym trzęsieniem ziemi

Według raportu opracowanego przez Fundację Republikańską (FR) pt. „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce”, rodzimy rynek farmaceutyczny jest wart ponad 30 mld zł rocznie. W kraju działa prawie 15 tys. aptek i punktów aptecznych. Ich liczba stale rośnie. Mamy 390 sieci aptecznych różnej wielkości.

Apteki dla aptekarzy

Debata nad kształtem rynku farmaceutycznego powraca co jakiś czas. Podobnie dyskusja, czy prowadzenie apteki ma być traktowane jak element gospodarki rynkowej, czy powinno być obwarowane obostrzeniami prawnymi i dostępne tylko dla farmaceutów. Od jakiegoś czasu głośno jest o pomyśle samorządu aptekarskiego, który proponuje wprowadzenie przepisu, że właścicielami aptek w minimum 51 proc. mogłyby być tylko osoby z dyplomem magistra farmacji.

— Pacjenta nie interesuje, kto jest właścicielem apteki. Czy to spółka, czy sieć, czy cokolwiekinnego. Dla pacjenta znaczenie ma to, żeby został odpowiednio obsłużony, miał zagwarantowaną dostępność leków i żeby te leki były tanie. Natomiast wszelkie regulacje, których skutkiem może być brak konkurencji, na pewno będą dla niego niekorzystne. Bo kiedy jest monopol, to właściciel nie będzie zainteresowany podnoszeniem jakości obsługi, lecz przede wszystkim zwiększeniem zysków — uważa Stanisław Maćkowiak, prezes Federacji Pacjentów Polskich.

W sprawie „aptek dla aptekarzy” w 1992 r. wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny (TK), gdy usiłowano wprowadzić przepisy, które zastrzegały prawo uzyskania koncesji jedynie dla farmaceutów i przewidywały utratę ważności już wydanych koncesji. TK uznał, że narusza to konstytucyjną zasadę swobody działalności gospodarczej oraz ochrony własności i praw słusznie nabytych.

Rynek w Polsce jest już ukształtowany. Właściciele aptek, którzy nie są farmaceutami, uczestniczą w jego rozwoju od 1989 r., kiedy zniesiono monopol państwowy. Apteki należące do niefarmaceutów to 30 proc. wszystkich placówek w Polsce. Odebranie im prawa dalszej działalności byłoby równoznaczne z masowym wywłaszczeniem i w konsekwencji — z koniecznością wypłaty ogromnych odszkodowań.

Uważam, że państwo powinno wspierać wszelkie formy działalności przedsiębiorców aptecznych, które mają na celu oferowanie pacjentom wysokiej jakości usług. 15 lat obecności na rynku aptecznym pozwoliło nam poznać oczekiwania pacjentów i zapracować na ich zaufanie. Dzięki temu mamy wiedzę i doświadczenie, jak najlepiej im służyć. Nasza firma została zbudowana krok po kroku, przede wszystkim wysiłkiem polskich farmaceutów.

Zapewniamy stabilne i rozwojowe miejsce pracy największej grupie magistrów i techników farmacji w Polsce. Jesteśmy też znaczącym podatnikiem. Tworzymy innowacje i chcemy się rozwijać, by stanowić realną konkurencję na rynku europejskim. Tymczasem proponowana regulacja uderza w polską firmę.

W innych krajach

W Europie nie ma dominującego wzorca ukształtowania rynku aptecznego, obowiązują mniej więcej po połowie dwa podstawowe modele: rynek otwarty i rynek zamknięty (w większości krajów, gdzie rynek jest restrykcyjny, w ostatnich latach widać tendencję do przechodzenia do systemu otwartego lub przynajmniej wprowadza się przepisy zwiększające konkurencyjność).

— Państwem, na które powołują się zwolennicy monopolizacji w Polsce, są Węgry. Po upadku komunizmu zrobiły odwrotnie niż my — zamknęły rynek. Ale w 2006 r. wprowadziłyprzepisy liberalizujące, żeby obniżyć ceny i podnieść poziom obsługi. Korporacja aptekarska podniosła jednak larum i rynek został z powrotem zamknięty. Nie można jednak porównywać naszego rynku farmaceutycznego, liberalnego, otwartego od 25 lat, z rynkiem węgierskim, który budował się w odwrotnym kierunku — wyjaśnia Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

Jego zdaniem, zasada „apteka dla aptekarza” to relikt sprzed stu lat, kiedy aptekarze robili leki, a nie sprzedawali głównie gotowe produkty. Dzisiaj na świecie odchodzi się od zapisów, że własność przedsiębiorstwa musi być wpisana w wykonywany zawód.

— To jest koncepcja przestarzała i współcześnie się nie sprawdza. Teraz państwo tworzy warunki prawne do prowadzenia działalności gospodarczej i wykonywania usług. Lekarz nie musi być właścicielem szpitala, ale musi być tym, kto zajmuje się bezpośrednio leczeniem pacjenta. Zresztą tam, gdzie taki zapis jeszcze istnieje, rynek tworzył się ewolucyjnie, nikt nikomu niczego nie zabierał. Trudno sobie nawet wyobrazić jakikolwiek rynek, gdzie trzeba by przewłaszczyć jedną trzecią firm w jakimś określonym czasie i żeby się nie załamał — dodaje Marcin Piskorski.

Czyj tu jest kapitał

Raport FR wykazuje, że w trzech największych sieciach, posiadających ponad 100 aptek, mniejszościowym udziałowcem jest lub był do niedawna skarb państwa. Sieci te powstały jako rezultat prywatyzacji 16 państwowych central farmaceutycznych, tzw. Cefarmów, w latach 2002-11. Niemal wszystkie Cefarmy zostały nabyte przez polskie firmy. Sieci apteczne to w zdecydowanej większości przedsiębiorstwa polskie — firmy rodzinne, rozwijane latami przez właścicieli, najczęściej farmaceutów.

Największym krajowym pracodawcą dla farmaceutów są polskie DOZ Apteki dbam o zdrowie, które liczą prawie 850 placówek i zatrudniają niemal 2,6 tys. magistrów i techników farmacji. Własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego jest zaledwie kilka podmiotów, stanowiących 4 proc. rynku aptecznego w Polsce. A skoro sieci apteczne w większości są kontrolowane przez polskie podmioty, to również argument o repolonizacji rynku jest chybiony.

Etyczny biznes

Zwolennicy „ustawy 51 proc.” argumentują, że wraz z jej wprowadzeniem podniesie się jakość obsługi pacjenta, bo właściciel niefarmaceuta to tylko sprzedawca, a właściciel farmaceuta jest etycznym przedsiębiorcą.

— To twierdzenie jest nieprawdziwe i jest na to sporo dowodów. Chociażby słynna afera korupcyjna na 2,5 mld EUR, w której uczestniczyli lekarze i aptekarze w Niemczech, gdzie obowiązuje zasada „apteki dla aptekarzy”. Jeśli chce się podnieść poziom obsługi pacjenta, to można to zrobić przez wzmocnienie nadzoru. Dzisiaj właścicielem apteki może być przedsiębiorca, ale jej kierownikiem musi być magister farmacji. Zatem uzasadnienie wprowadzenia zasady „apteki dla aptekarzy” koniecznością podniesienia jakości obsługi pacjenta jest totalnym nieporozumieniem. I zastosowaniem zupełnie nieadekwatnych narzędzi. Bo tak naprawdę to tylko pretekst. Chodzi o ograniczenie rynku — komentuje Dobrawa Biadun, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Wpływ regulacji na rynek

W krajach, w których rynek apteczny ma charakter otwarty, dostępność leków jest dla pacjentów większa. Więcej jest usług dodatkowych, prozdrowotnych, świadczonych przez farmaceutów. Na tych rynkach nie zamyka się aptek, nie ogranicza asortymentu, nie obniża standardów usług. Najniższe marże aptek i w konsekwencji ceny leków są w Norwegii.

Rafał Momot z Fundacji Republikańskiej, autor raportu „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce” podkreśla, że działanie efektywnego, niskokosztowego, propacjenckiego rynku aptecznego ma szczególne znaczenie w Polsce, gdzie pacjenci są obciążeni jednym z najwyższych w Europie współpłaceniem za leki.

Konsekwencje 51 proc.

Wejście w życie zasady „apteki dla aptekarza” da ogromne przywileje korporacji zawodowej aptekarzy i może spowodować konieczność wywłaszczeń, zwolnień i odszkodowań. Odbyłoby się to kosztem obecnych właścicieli i pacjentów.

— Około pięciu tysięcy aptek z prawie 15 tys. jest w rękach niefarmaceutów. Jeśli przyjmiemy, że jedną trzecią rynku trzeba będzie w krótkim czasie wywłaszczyć i oddać w ręce nowych właścicieli, to nastąpi nadpodaż aptek i rynek się załamie. Jeśli przyjmiemy, że wartość apteki wynosi 1 mln zł, to ich wartość wyniesie w sumie 5 mld zł. To ogromny majątek do przewłaszczenia — sprawa bez precedensu. Czy znajdą się chętni na taką liczbę aptek? Bo gdyby chcieć przejąć te 51 proc. od dawnego właściciela, to trzeba mu kilkaset tysięcy zapłacić. Czy znalazłoby się pięć tysięcy farmaceutów, którzy chcieliby taki pakiet kupić i byłoby ich stać na ten wydatek? Czy znalazłyby się kredyty? — zastanawia się Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Konsekwencją wejścia takiej regulacji w życie byłby również wzrost cen leków, powstanie lokalnych monopoli, spadek konkurencyjności i za tym wszystkim — pogorszenie jakości usług.

— Wejście w życie przepisu o 51-procentowym udziale wpłynęłoby fatalnie na wartość spółek, które dzisiaj są właścicielami sieci aptecznych. Byłby to majątek niepłynny, bo co z nim zrobić. Taka spółka nie mogłaby być łatwo sprzedana. Skala skutków jest ogromna. Do końca jej nie znamy dlatego, że nikt wcześniej takiej operacji nie przeprowadzał na rynku farmaceutycznym — mówi Marcin Nowacki.

— Mam nadzieję, że rozwiązania, które zostaną przyjęte, będą na tyle wyważone, że nie zburzą porządku prawnego w tym sektorze. I powtarzam: dla pacjenta jest zupełnie obojętne, kto jest właścicielem apteki, dla niego najważniejsze jest to, żeby leki były dostępne — podsumowuje Stanisław Maćkowiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Materiał partnera strony

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu