Motobranża tnie reklamy i zamówienia w fabrykach

Paweł Janas
13-11-2008, 00:00

Przewidując spadek sprzedaży, firmy boją się podnosić ceny. Na razie zrobiła to Toyota. Inni chcą wytrzymać przynajmniej do końca roku.

Wyprzedaże tylko na chwilę poprawiły nastroje importerów aut

Przewidując spadek sprzedaży, firmy boją się podnosić ceny. Na razie zrobiła to Toyota. Inni chcą wytrzymać przynajmniej do końca roku.

Czasy są trudne dla rynku samochodowego. Silnie odczuwają to importerzy i szykują się na kryzys. Na razie rozpoczęli zmasowany atak promocji, rabatów oraz ofert specjalnych. Wyprzedaże rocznika 2008 zaczęły się w tym roku wyjątkowo wcześnie, bo już w październiku. Na razie branża zachowuje spokój i zaciera ręce, bo wielu klientów dało się skusić korzystnymi ofertami. Przewidując jednak kurczenie się portfeli kierowców, firmy coraz częściej myślą już o scenariuszach na czarną godzinę. Przyznają, że prawdziwym wyzwaniem będą pierwsze miesiące przyszłego roku.

Bat na budżety

Importerzy będą dyscyplinowali firmowe finanse.

— Już zaczynamy przyglądać się kilka razy każdej wydawanej złotówce. Nie wszystkie planowane wcześniej kampanie reklamowane zostaną przeprowadzone — mówi Wojciech Halarewicz, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland.

To niejedyna firma, która myśli o cięciu wydatków.

— W pierwszych miesiącach przyszłego roku będziemy się zastanawiać, co można zrobić z nakładami na reklamę — zapowiada Arkadiusz Tomala, dyrektor zarządzający MMC Car Poland, importera aut marki Mitsubishi.

Przewidując zmniejszenie sprzedaży aut w przyszłym roku, firmy będą starały się też ograniczać zamówienia składane w fabrykach. Mazda nie chce zamawiać na zapas.

— Interesują nas konkretne zamówienia od klientów, a nie gromadzenie samochodów na placach. Chcemy w najbliższych miesiącach zmniejszyć stany magazynowe o 15-20 proc. — dodaje Wojciech Halarewicz.

O możliwej redukcji zamówień w styczniu—lutym myśli też m.in. Mitsubishi.

Żonglerka cenami

Dużo kłopotów sprawia koncernom euro, które w ostatnich tygodniach umocniło się w stosunku do złotego. Z jednej strony muszą walczyć o utrzymanie rentowności sprzedaży, z drugiej jednak boją się, że wyższe ceny mogą odstraszyć od salonów kolejnych klientów. Importerzy ostrożnie więc kalkują koszty, a większość wstrzymuje się z podwyżkami. Niektórzy jednak już zdecydowali się na ten dramatyczny krok, np. Toyota, która na razie wprowadziła dwuprocentową podwyżkę.

— Nie możemy wykluczyć, że w razie dalszych niekorzystnych zmian kursu w kolejnych miesiącach będziemy zmuszeni znów podnieść ceny — ostrzega Witold Nowicki, dyrektor handlowy Toyota Motor Poland.

Krzysztof Romański, fikcyjna postać z reklamy japońskiego koncernu, nadal zachęca w anonsach do zakupów. Teraz. Bo później może być drożej...

Z początkiem roku w ślady Toyoty mogą pójść inni. Kroku takiego nie wykluczają np. Mazda, Mercedes czy Ford.

— Jakoś dociągniemy do końca roku. Być może później będziemy jednak musieli podnieść ceny — przyznaje Adam Kołodziejczyk, prezes Ford Polska.

okiem eksperta

Wojciech Drzewiecki

prezes firmy IBRM Samar

Każdy producent aut stara się jak może zachęcić klientów do odwiedzenia salonów. Nikt nie podnosi cen, jeżeli to nie jest konieczne. Każda podwyżka może oznaczać spadek sprzedaży, a tego nikt nie chce. Działania wokół cen i promocji są intensywne, a reakcje na zmianę sytuacji — dynamiczne. Stąd biorą się częste modyfikacje promocji i cenników. Każdy z producentów szuka "swojej" promocji, która wyróżniłaby go na tle konkurentów. Szkoda, że producenci późno zareagowali na umocnienie złotego. Wcześniejsza reakcja zapewniłaby im lepszą pozycję w walce o klienta w trudnych czasach.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Janas

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Motobranża tnie reklamy i zamówienia w fabrykach