Motoryzacja się nie kończy

Marcin Bołtryk
opublikowano: 14-07-2011, 00:00

Elektryczna motoryzacja raczkuje. Auta są drogie i nie pełnią roli użytkowej, lecz marketingową. Bez wsparcia rządu nieprędko się to zmieni.

Rozmowa z Przemysławem Łaszczewskim, prezesem firmy e+

Elektryczna motoryzacja raczkuje. Auta są drogie i nie pełnią roli użytkowej, lecz marketingową. Bez wsparcia rządu nieprędko się to zmieni.

"Puls Biznesu": Z badań firmy doradczej Frost Sullivan wynika, że do 2017 r. powstanie w Europie ponad 2 mln punktów do ładowania samochodów elektrycznych, a rozwój infrastruktury będzie przebiegał w bezprecedensowym tempie. W Polsce też?

Przemysław Łaszczewski:

Spektakularny rozwój infrastruktury do ładowania aut elektrycznych w naszym kraju nie jest trudny. Startujemy praktycznie od zera. Rynek samochodów elektrycznych będzie rósł, a wraz z nim będzie przybywać stacji ładowania. Dynamika wzrostu jest jednak bardzo uzależniona nie tylko od firm — takich jak nasza — budujących sieć stacji ładowania, ale też od producentów samochodów elektrycznych, rządu i nade wszystko od użytkowników. Muszą się do takich aut przekonać.

Z innego raportu, przygotowanego przez Boston Consulting Group, wynika, że raczej się nie przekonają. Specjaliści z tej firmy twierdzą, że auta elektryczne nie podbiją rynku. I że nawet w 2020 r. będzie to produkt niszowy.

Obecnie samochody elektryczne są wykorzystywane głównie jako element CSR i marketingu w firmach. Sądzę jednak, że w dłuższej perspektywie wejdą do wyposażenia flot i będą eksploatowane w codziennej pracy. Po pierwsze, zdecydują o tym koszty. Nawet dziś, kiedy samochody elektryczne są bardzo drogie, koszty eksploatacji firmowego auta spalinowego i elektrycznego w całym okresie użytkowania są podobne. Wciąż widoczna przewaga cen samochodów spalinowych zniknie wraz z barierami technologicznymi, które dziś decydują o cenie auta na prąd.

Tylko czy się uda te bariery zlikwidować?

Część zniknie sama. Od zakupu elektrycznego pojazdu odstrasza nie tylko cena, ale także skąpa oferta, obawa o dostęp do stacji ładowania, zasięg i żywotność samochodu. To dopiero początki elektrycznej motoryzacji. A obawy potencjalnych użytkowników są takie same, jakie ponad 100 lat temu żywili pionierzy motoryzacji klasycznej. Nie było stacji benzynowych ani dróg. Z podobną sytuacją mieliśmy też do czynienia na przełomie lat 80. i 90., kiedy pojawiły się pierwsze telefony komórkowe. Były drogie i ciężkie. To się zmieniło. Podobnie będzie w przypadku samochodów elektrycznych.

W takim razie, kiedy przybędzie aut elektrycznych?

Jeszcze dwa lata temu informacje o ekspansji samochodów elektrycznych na polskim rynku wywoływały co najwyżej uśmiech. Dziś w salonach już jest Mitsubishi i-miev, a Peugeot i Citroen zdecydowały się wprowadzić siostrzane dla i-mieva modele i-on i c-zero. Za kilka miesięcy pojawi się Opel Ampera. Podobne działania planują Ford, Mercedes, Smart i Volvo. Na rynku ma się też pojawić pojazd BYD produkowany w Chinach. Zainteresowanie będzie się rozwijać wprost proporcjonalnie do rozszerzania oferty. My przez trzy lata chcemy zbudować 300 punktów ładowania w 14 polskich miastach.

Trzysta punktów dopiero za trzy lata. Ile jest obecnie?

Naszych 12 w Warszawie.

To dopiero bariera! Samochód elektryczny przejeżdża do 120 km. Mała liczba punktów nie odstrasza klientów?

Punktów jest niewiele, bo aut jest mało. Z drugiej strony, małą liczbę aut można tłumaczyć niewielką liczbą punktów ładowań. Ktoś musi zaryzykować. Dlatego budujemy punkty ładowania. W Warszawie jest obecnie około 20 elektrycznych aut, więc 12 punktów w zupełności wystarcza. Tym bardziej, że każde takie auto można naładować ze zwykłej sieci w domu czy firmie po odpowiednim przygotowaniu. Ale przy ładowaniu z normalnej sieci pełne "tankowanie" trwa około 6 godzin. W punkcie przyspieszonego ładowania do dwóch godzin, a w miejscu szybkiego ładowania — pół godziny. Budowanie sieci stacji tankowania energii to nasz pomysł na biznes. Do końca roku chcemy uruchomić 50 takich punktów.

Ile kosztuje podróżowanie elektrycznym samochodem?

Jakieś 6,8 zł za 100 km. Barierą nie jest więc koszt podróży, lecz cena auta. Elektryczne jest droższe od swego spalinowego odpowiednika o ponad 100 tys. zł brutto. To cena za innowację. Nowości zawsze były i będą drogie. Staramy się znieść i tę barierę. Wiele zależy od producentów aut. My oferujemy samochód elektryczny w wynajmie z zerową wpłatą własną, z pakietem serwisowym, ubezpieczeniem, kartą umożliwiająca nieograniczone doładowywanie, gwarancją miejsca parkingowego przy punkcie ładowania, samochodem zastępczym i assistance za mniej niż 5 tys. zł netto miesięcznie. W ofercie mamy również instalację indywidualnego punktu ładowania w siedzibie firmy klienta. Czy to dużo?

Dużo, zważywszy, że podobnej klasy samochód spalinowy można mieć za jedną trzecią tej sumy. Nie da się taniej?

Na razie nie. Wspominałem o barierach. Część zniknie sama wraz z rozwojem rynku, ale do zniesienia innych potrzebne jest wsparcie. Ulgi podatkowe, zwolnienie z opłat, np. za parkowanie, udostępnienie tzw. bus pasów dla pojazdów elektrycznych — to tylko niektóre propozycje, jakie stosunkowo niskim kosztem mogą uatrakcyjnić zakup elektrycznego pojazdu, spopularyzować ten typ transportu i tym samym obniżyć ceny. Potrzeba jednak zaangażowania rządu lub co najmniej samorządów.

A nie ma go?

Jest świadomość potrzeby wprowadzenia zmian. A to już dużo. Co prawda nie ma konkretnych propozycji, ale jestem umiarkowanym optymistą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy