My, wojownicy z drugiej ligi

Rozmawiał: Karol Jedliński
opublikowano: 11-06-2017, 22:00

Startupowe jednorożce to pewnik po 2020 r. Biznes, nauka plus ulgi to plan na już, a Arystoteles i mechatronika łączą się od zawsze — twierdzi Jarosław Gowin, wicepremier oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego.

"Puls Biznesu”: Kilka dni temu, podczas kongresu Impact, ogłosił pan swoją wizję Przemysłu 4.0 ą la polonaise. Czy w tym planie zawiera się wiara w polskiego jednorożca, spółkę wartą ponad miliard dolarów, a wypuszczoną spod skrzydeł np. NCBR?

Jarosław Gowin
Zobacz więcej

Jarosław Gowin Marek Wiśniewski

Jarosław Gowin: Inwestycje w innowacje łączą się ze sporym ryzykiem i niewiadomą. To jest pewne. Ale jestem również pewien, że wśród tych start-upów, które obecnie powstają, będą miliardowe perełki. Oczywiście z tysięcy kiełkujących firm jednorożce dojrzymy dopiero za kilka lat i będzie je można policzyć na palcach jednej ręki.

Dlaczego tej skali firmy technologiczne jeszcze nie powstały nad Wisłą? Przecież mamy już za sobą kilka fal finansowania cyfrowej Polski.

Dotychczas nie było jednak aż takich warunków finansowych i prawnych. Nie było też takiego zainteresowania i wiary wśród polskich przedsiębiorców w tworzenie skalowalnych firm tu, na miejscu. Dopiero ostatnio uwierzyli, że nie trzeba wyjeżdżać za granicę, że przynajmniej na samym początku start-upom łatwiej jest w kraju, gdzie jest już zaplecze funduszy inwestycyjnych. Problemem jest przejście od firmy średniej do wielkiej — tu jest bariera prawna i kompetencyjna po stronie młodych przedsiębiorców.

Bariery nie tkwią też w głowach? Co jakiś czas słyszymy o epokowych szansach po odkryciu przez naukowców i biznes kryształów, laserów czy grafenu. Później okazuje się, że te technologie komercjalizują globalni potentaci z dala od Polski.

Pytanie, czy nie jest tak, że ktoś po prostu jest szybszy, rozbudowując te technologie równolegle? Przy obecnej intensywności i tempie wyścigu liczy się każdy dzień. Wciąż mamy też za mało patentów z intencją komercjalizacji. Nowe podejście do ekosystemu innowacji, budowanego m.in. ustawami o innowacyjności czy projektowaną ustawą 2.0, ma to zmienić. Planujemy m.in. likwidować tzw. patentozę — patentowanie na uczelniach tylko dla celów statystyki.

Statystyka, liczona w złotych, to często też podstawa relacji nauki z biznesem. Obserwatorzy tychże wytykają kasty przedsiębiorców i profesorów żyjących od dotacji do dotacji. Bez komercyjnych sukcesów. Widzi pan to?

Pewne nieprawidłowości w wydawaniu pieniędzy unijnych są, ale z nimi walczymy. Nie możemy jednak patrzeć na fundusze unijne tylko przez pryzmat nieprawidłowości, musimy pamiętać, że wykorzystujemy te kwoty do rozwoju naszego kraju i musimy to robić skutecznie. Dlatego NCBR działa na zasadzie inwestowania tych pieniędzy, a nie ich prostego wydawania. Budzi to oczywiście pewne emocje, bo są one trudniej dostępne, wolniejsze jest także tempo ich wydawania, ale po prostu nie mamy innego wyjścia. Musimy też pamiętać, że fundusze unijne to nie manna z nieba, a nieumiejętne ich wykorzystywanie może psuć naturalne mechanizmy rynkowe.

Dochodzi do tego, że np. Krzysztof Domarecki, miliarder, właściciel Seleny, w swoich inwestycjach w start-upy omija publiczne pieniądze, szukając swobody w działaniu. I z otwartą przyłbicą zapewnia, że wydaje własne pieniądze na tyle skrupulatnie, że każda jego inwestycja będzie sukcesem.

Zapewniam pana, że można pogodzić efektywność i tempo inwestycji w ramach NCBR. Uruchamiamy właśnie program Infostrateg, gdzie dla spółek technologicznych z kilku kluczowych segmentów Przemysłu 4.0 przeznaczymy 1 mld zł. To niszowe dziedziny, takie jak np. mechatronika, ale dające wyższe szanse na rentowność i zwrot z inwestycji. Oczywiście, mam świadomość, że system podziału puli pieniędzy nie jest doskonały. Analizujemy prowadzone konkursy pod względem transparentności procedur. Jeżeli dostrzeżemy jakieś nieprawidłowości, nie zawaham się wyciągnąć konsekwencji, bez zamiatania sprawy pod dywan.

Jak głęboko wchodzi pan w technologie i innowacje? Ta mechatronika to pana konik?

Ksiądz prof. Tischner powiedział kiedyś, że nie trzeba być chorym na każdą chorobę świata, żeby być dobrym lekarzem. Z budową ekosystemu innowacji jest podobnie — nie trzeba być fascynatem nowych technologii, żeby dobrze odpowiadaćna potrzeby start-upów, naukowców czy przedsiębiorców. Zresztą badania brytyjskich naukowców dowodzą, że oderwanie się od problemów i zajęcie głowy jakąś abstrakcją pozwala lepiej te problemy rozwiązać. Zamiast zgłębiać tajemnice mechatroniki, wolę więc poczytać Arystotelesa.

Przedsiębiorcy głowy mają ciężkie od realiów. Weźmy obowiązującą od stycznia małą ustawę o innowacyjności. Czy w praktyce biznes z niej korzysta? Przedsiębiorcy z branży technologicznej, których pytałem, przyznali, że wciąż są w fazie „oglądania”, „analizy”. Papier wszystko zniesie?

Obserwujemy efekty działania pierwszej ustawy o innowacyjności i procedujemy drugą. Na razie mam wrażenie, że biznes życzliwie przygląda się ustawie i zastanawia się, jak te przepisy będą analizowane przez urzędy skarbowe. Pierwiosnki już są — pokłosiem tej ustawy jest wzrost liczby wniosków składanych do NCBR. Tempo to jeszcze wzrośnie po wejściu w życie drugiej ustawy, gdy przedsiębiorca będzie mógł odliczyć każdy grosz wydany na R&D. Startujemy 1 stycznia 2018 r.

Skarbówka jeszcze nie dostała instrukcji, jak traktować spółki korzystające z odpisów na R&D?

Wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział rychłą publikację generalnej instrukcji wiążącej dla instytucji skarbowych i przedsiębiorców. To ograniczy pole niepewności.

Niepewnością pozostaje skala możliwości biało-czerwonego biznesu i nauki do konsumpcji korzystnych przepisów.

Dla polskich przedsiębiorców główne ograniczenia to potencjał ich kapitału w porównaniu z konkurencją z Zachodu.

Po stronie naukowców jest bariera mentalna w starszym pokoleniu. Dobrą ilustracją są losy ustawy o tzw. doktoratach wdrożeniowych w Sejmie. Powstało coś w rodzaju profesorskiego POPiS-u. Posłowie profesorowie z obu partii zjednoczyli się, by tę ustawę blokować, argumentując, że rzekomo niszczy ona rangę polskiej nauki. Na szczęście młode pokolenie i przedsiębiorcy podchodzą do tego instrumentu entuzjastycznie. Ustawa przeszła.

Doktoraty wdrożeniowe to próbny balonik przed głębszą integracją firm i kadr naukowych?

To spory projekt, co roku ministerstwo będzie fundować 500 stypendiów dla doktorantów pracujących nad konkretnymi wdrożeniami w firmach. Dostaną — oprócz pensji w firmie — 2,4 tys. zł miesięcznie z tytułu przewodu doktoranckiego. Firma będzie miała prawa intelektualne do projektów wytworzonych przez doktoranta. Chodzi o to, żeby w Polsce w 10 lat pojawiło się kilka tysięcy naukowców traktujących firmę i uczelnię jako symbiozę, naturalny stan rzeczy.

Biznes jest gotowy na to, żeby na tej bazie budować globalne projekty? Czy może w tym zamyśle polscy naukowcy i tak będą głównie poddostawcą usług R&D dla globalnych graczy, komercjalizujących ich dokonania?

Nazwijmy rzecz po imieniu — jesteśmy w drugiej lidze innowacyjności, ale mamy aspiracje grać wyżej i te ambicje będziemy finansować. Moje ministerstwo wraz z PZU i NCBR stopniowo uruchamia fundusze dla polskich innowacyjnych firm. Mam nadzieję, że wkrótce mocniej staną one na nogach, mierząc się z globalną konkurencją.

Tu przykładem może być TDJ Pitango Ventures, fundusz, z którego przebijają marzenia o powtórzeniu sukcesu izraelskiej Yozmy. Start-up nation po polsku nie brzmi abstrakcyjnie?

Izrael to niedościgniony wzór w rozwijaniu innowacyjności. Właśnie stamtąd i z USA przejmujemy know-how m.in. o sposobie redystrybucji grantów i adaptujemy je do naszego systemu. To są nasze realia.

Izraelskie start-upy to też silnie zaplecze popytowo-badawcze w postaci tamtejszej armii.

W Polsce także taką rolę może pełnić zbrojeniówka, ale też branże chemiczna czy biotechnologiczna. Na tym polu mamy sukcesy międzynarodowe. Ponadto budujemy huby wokół spółek skarbu państwa, żeby te firmy były odbiorcami polskich wynalazków. Wciąż idzie to powoli, wyjątkiem jest KGHM Cuprum, który ma dynamiczny hub w obszarze przemysłu wydobywczego.

Właśnie — wolno. Podkręcicie tempo, zanim zacznie się przedwyborczy cyrk?

Innowacyjność w ogromnej mierze jest wyłączona z obszaru partyjnych wojenek. Klimat wokół innowacyjności jest bardzo dobry. Nasze ustawy popierają kluby opozycyjne i wierzę, że także w kolejnej kadencji Sejmu nasz kierunek prac będzie kontynuowany z uwzględnieniem nie tylko tempa, ale także jakości zasilania rynku grantami.

Trzy dekady temu Izraelczycy mówili: „no milk, no honey, no money, ale mamy wielką siłę — głód rozwoju globalnych innowacji”. Widzi pan to łaknienie w Polsce? Pułapka średniego rozwoju nas nie rozleniwi?

Moje pokolenie jest już wyeksploatowane budową zrębów gospodarki rynkowej. Natomiast młodsze, 20-30-latków, ma ten głód sukcesu. To generacja wojowników. I jeśli stworzymy im warunki prawne, finansowe, damy bezpieczeństwo — mamy szansę zatrzymać ich talent i energię w Polsce. Wówczas to właśnie pokolenie może odnieść spektakularny sukces.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu