Mydło spod znaku szpaka

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 29-11-2018, 22:00

Magdalena Łotowska-Kudaszewicz, architektka wnętrz, i Tomasz Kudaszewicz, fotograf, stworzyli mydlarnię z naturalnymi kosmetykami. Dla siebie, swoich dwóch synów, a przy okazji — dla innych.

Magdalena Łotowska-Kudaszewicz pochodzi z Białegostoku. Po studiach z architektury krajobrazu na tamtejszej Politechnice pracowała przez jakiś czas w biurze architektonicznym.

— Nie była to ani dobrze płatna, ani interesująca praca. Chciałam coś tworzyć rękami, a nie siedzieć przy biurku — mówi Magdalena Łotowska-Kudaszewicz.

Jej mąż, Tomasz Kudaszewicz, studiował fotografię najpierw na ASP w Poznaniu, a potem w łódzkiej filmówce. Pracował trochę w zawodzie, potem jako dziennikarz, w końcu został redaktorem naczelnym pisma literackiego. Trudno było z tego utrzymać rodzinę. Kiedy więc zadzwonił do niego kolega z propozycją pracy w Norwegii, długo się nie wahał.

— Zrobiłem prawo jazdy na samochody ciężarowe, spakowałem się i w 2012 r. wyjechałem — wspomina Tomasz Kudaszewicz.

Żona została z ich pierwszym synem w Polsce. Kilka miesięcy później z niespełna rocznym Jurkiem dołączyła do męża, bo dostała pracę w jednej z najlepszych firm architektonicznych w Oslo. Tam urodził się ich drugi syn — Józio. W wyprawce, którą dla niego dostali, był olejek do ciała. W składzie tylko olej rzepakowy.

— Urzekło nas to. Zawsze pociągały nas naturalne produkty, jedzenie, kosmetyki, ubrania. Norwegia tę pasję w nas rozwinęła — mówi Tomasz Kudaszewicz.

Jego żona filcowała wełnę, robiła ubrania. On w wolnych chwilach zajmował się serowarstwem, warzył piwo. Kiedyś, szukając informacji na temat jego produkcji, trafił na bloga amerykańskiego piwowara, który robił też piwne mydło.

— Zaskoczyło mnie, że można zrobić mydło w domu. Postanowiłem spróbować. Tak mi się to spodobało, że z czasem robiłem coraz więcej mydła, a coraz mniej piwa — opowiada Tomasz Kudaszewicz.

Jego żona zaczęła eksperymentować z masłami, musami, olejkami do ciała dla całej rodziny, także dzieci. Mieszkali pod Oslo, nad jeziorem, na skraju lasu, obok stadniny koni.

— Pięknie, ale trochę smutno, bo daleko od wszystkich — twierdzi Magdalena Łotowska-Kudaszewicz.

— Norwegia to piękny kraj, daje wielkie możliwości, ale czuliśmy się tam bardzo samotni. Brakowało nam rodziny, przyjaciół — dodaje jej mąż. Po trzech latach wrócili do Białegostoku.

Kosmetyki z szemranej okolicy

Zaczęli się zastanawiać, co dalej. Tymczasem robione przez nich kosmetyki bardzo się podobały rodzinie, przyjaciołom, znajomym i szybko się wśród nich rozchodziły. A oni przestawali się mieścić z produkcją w domu.

— Mieliśmy w którymś momencie całą garderobę zastawioną dojrzewającym mydłem — mówi Magdalena Łotowska-Kudaszewicz.

Postanowili zaryzykować i poważnie zająć się mydlanym biznesem, mając nie więcej niż 2 tys. zł. na start. Zarejestrowali działalność, wymyślili nazwę Mydlarnia Cztery Szpaki. Cztery dlatego, że ich rodzina składa się z czterech osób, a szpaki, bo to piękne i ciekawe ptaki. Wynajęli 50 mkw. w piwnicy na obrzeżach Białegostoku. Kupili podstawowe narzędzia — blender spożywczy, kilka szpatułek, dwa garnki.

— Mieliśmy pieniądze na opłacenie pierwszego miesiąca czynszu — wspomina Magdalena Łotowska-Kudaszewicz.

Jej mama pożyczyła paręset złotych na masło shea. Tata zbudował blaty, regały do leżakowania mydła, miejsce do pakowania. Ruszyli z większą produkcją mydła. Magdalena szukała informacji, inspiracji na amerykańskich blogach i modyfikując je i czerpiąc z lokalnych składników, metodą prób i błędów opracowywała receptury maseł peelingów, musów do ciała. Za surowce płacili początkowo bardzo dużo, bo kupowali małe ilości. Pracownia była w nieco szemranej okolicy, kręciło się po niej sporo podejrzanych typów. Któregoś dnia dostawa oleju kokosowego zniknęła sprzed drzwi w dwie minuty.

— Ale mieliśmy też przemiłego sąsiada piekarza, który kupował od nas mydło. Był z niego tak zadowolony, że zaproponował sprzedaż naszych kosmetyków w swoim sklepie. To była nasza pierwsza sprzedaż hurtowa. Byliśmy tym bardzo podekscytowani — śmieją się Kudaszewiczowie. Wstrzelili się w moment. Akurat zaczął się popyt na kosmetyki naturalne, zwiększała się świadomość polskiego klienta i potrzeba używania polskich, lokalnie wytworzonych produktów, a takich firm, jak ich, było jeszcze bardzo mało. W ciągu dnia wspólnie robili kosmetyki, zlecali ich badania. Architektka po nocach budowała sklep internetowy, jej mąż robił zdjęcia produktów. Młody białostocki grafik stworzył logo i identyfikację, która idealnie oddaje naturalny charakter kosmetyków.

— Ponieważ przede wszystkim nastawialiśmy się na sprzedaż online, a ludzie kupują oczami, miało to fundamentalne znaczenie dla powodzenia naszego przedsięwzięcia — wskazuje Tomasz Kudaszewicz.

Wiosną 2015 r. go uruchomili stronę z pierwszymi produktami: było mydło len i rumianek, pomarańcza z rozmarynem, detoksykujące mydło węglowe i rycynowe do mycia włosów, mus pomarańcza i konopie, superblend — połączenie masła shea, kakaowego i kokosowego oraz czyste masło shea. Spłynęły pierwsze zamówienia. Rodzina pomagała w ich pakowaniu i wysyłce. Pojechali na pierwszy przedświąteczny targ w Białymstoku.Spotkali się z bardzo ciepłym przyjęciem. To było dla nich potwierdzenie, że warto próbować dalej.

Podział obowiązków

Po niecałych trzech latach od startu mają dużą pracownię z osobnymi pomieszczeniami na magazyny surowców, opakowań, gotowych produktów, halę produkcyjną, pomieszczenia socjalne, pakowalnię. Początkowo samodzielnie tłoczyli oleje, posypywali mydła ziołami z ogródka cioci. Przy większej produkcji okazało się to zbyt pracochłonne i postanowili kupować surowce od lokalnych, polskich producentów i dostawców świetnej jakości olejów tłoczonych na zimno, maseł, olejków eterycznych czy hydrolatów. Rok temu otworzyli sklep stacjonarny blisko centrum Białegostoku. Tam też mieści się biuro firmy. Drugi sklep, w warszawskim zrewitalizowanym niedawno centrum Koneser, zainaugurowali we wrześniu 2018 r. Współpracują też z wieloma ekodrogeriami i sklepami ze zdrowymi produktami, w tym dwoma w Wielkiej Brytanii i Norwegii.

— Nawet nie wiemy, kiedy to się stało. Wszystko działo się tak szybko… — twierdzą Kudaszewiczowie.

Nadal pojawiają się na ekotargach w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu. — Bardzo lubimy bezpośredni kontakt, którego nam brakuje, jako że jesteśmy przede wszystkim przedsięwzięciem typu e-commerce — mówią małżonkowie.

Zatrudniają cztery osoby, ale sami też bardzo dużo pracują.

— Jedną z najtrudniejszych rzeczy było nauczenie się wspólnej pracy. Początkowo często i ostro się kłóciliśmy — przyznają Kudaszewiczowie.

— Kiedyś raz w tygodniu rzucałam pracę. Dziś raz na miesiąc — żartuje Magdalena Łotowska-Kudaszewicz.

— Ja też często miałem dość — przyznaje jej mąż.

Przeżywali bardzo trudne emocje, mające wpływ na ich związek. Ale jakoś sobie z nimi poradzili. Z czasem nauczyli się dzielić obowiązkami i próbują nie wchodzić w swoje kompetencje. Magdalena Łotowska-Kudaszewicz zajmuje się księgowością, kadrami, opracowywaniem nowych produktów i obserwacją rynku. Jej mąż ma na głowie organizację firmy, produkcję, wyznacza kierunki, strategię, plan rozwoju przedsiębiorstwa i pilnuje ich realizacji. W ofercie Czterech Szpaków są — poza mydłami — peelingi, olejki, sera, hydrolaty, masła, musy i kule kąpielowe. W składzie między innymi olej rycynowy, ziemia okrzemowa i węgiel.

— Naszymi klientami są często osoby mające problemy skórne, np. atopowe zapalenie skóry, alergię, trądzik, świąd, świerzb, bo mamy sporo kosmetyków bez olejków eterycznych, dzięki czemu są hypoalergiczne — podkreśla Tomasz Kudaszewicz.

Niekiedy szybko udawało się im opracować nowy kosmetyk, kiedy indziej długo szukali odpowiednich proporcji składników, by był dobry i wygodny w użyciu. Tak było z ich flagowym dziś produktem — dezodorantem w kremie. Czasami jakieś produkty się nie sprawdzały. Wszystkie przeszły niezliczoną ilość prób i testów. Testowali Kudaszewiczowie, ich znajomi, rodzina. Zdarzało się też, że nad czymś długo pracowali, ale nie mogli dojść do zadawalającego rezultatu. Jest też sporo takich produktów, nad którymi od dawna pracują, a które jeszcze nie weszły do sprzedaży, np. linia biodegradowalnych detergentów czy olejek dla dzieci Kaczuszka.

— Wciąż robimy bardzo proste kosmetyki, nie mamy też dużej oferty. Rozwijamy się powoli, organicznie dostosowując ofertę przede wszystkim do własnych potrzeb. I chcemy, żeby tak zostało — deklaruje Tomasz Kudaszewicz.

— Nie chcemy, by firma, rosnąc, stawała się korporacją — dodaje jego żona.

Są za to firmą rodzinną pełną gębą. Mama Magdaleny pomaga w opiece nad dziećmi, jej brat i ojciec — w pracach budowlanych. Sześcioletni Jurek bardzo lubi spędzać czas w sklepie, rozdawać klientom próbki albo kroić mydło. W ich pracy wciąż jest dużo zabawy, spontanu, ale biorą też odpowiedzialność za swoich pracowników, chcąc im zapewniać dobre warunki pracy i pensje.

— Wydaje się, że oni lubią z nami pracować. A my ich bardzo cenimy i jesteśmy im wdzięczni — mówi Tomasz Kudaszewicz.

— Wkładają dużo serca w to, co robią, widać, że bardzo im zależy, by klienci byli zadowoleni, a firma się rozwijała — dodaje jego żona.

„Szpaki” też chcą się rozwijać, planują wprowadzenie kosmetyków wodnych (np. kremów do twarzy, szamponów), mają mnóstwo pomysłów, które powoli wprowadzają w życie. W odróżnieniu od dużych firm nie mają jednak sztywnych deadline’ów.

— Na tle konkurencji wyróżnia nas też stosunek jakości do ceny, mamy w tym segmencie najkorzystniejszy — twierdzi Tomasz Kudaszewicz.

Potwierdzają to wierni klienci. Trafiają do nich często z polecenia.

— To najlepsza reklama. Wysyłamy też newsletter, co jakiś czas kupujemy kampanie reklamowe w mediach społecznościowych. Ale nie chcemy brać udziału w wyścigach — zastrzega Tomasz Kudaszewicz.

— Jesteśmy ludźmi z Podlasia, nasze dzieci chodzą do leśnego przedszkola i szkoły. Nasz podlaski sznyt emanuje na to, co robimy. Znamy swoją wartość, ale chcemy pracować powoli, bez ciśnienia — sumują właściciele mydlarni.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Mydło spod znaku szpaka