Na hossę trzeba jeszcze poczekać

Włodzimierz Uniszewski
29-12-2008, 07:02

Tegoroczna katastrofa na rynkach potwierdziła mądrość chińskiego porzekadła o trudach życia w ciekawych czasach. Dramaturgia wydarzeń przerosła wyobraźnię nawet analityków Saxo Banku, starających się co roku zaszokować inwestorów przepowiedniami godnymi Nostradamusa. Tym mniej dziwi prestiżowa porażka strategów największych światowych banków, którzy w ubiegłorocznej ankiecie dla agencji Bloomberg jednogłośnie wieszczyli wzrost giełdowych indeksów.

Ponieważ rzeczywistość okazała się bardziej szokująca od najbardziej ekstremalnych prognoz, inwestorzy oswoili się już z myślą o bliskim finansowym końcu świata. Zdążyli nawet przygotować się na jego nadejście, gromadząc potężne zapasy gotówki oraz papierów skarbowych. Tę gotową na najgorsze większość zadziwić mogłaby chyba tylko prognoza zakładająca, że nowy rok okaże się relatywnie nudny, a zamiast apokalipsy nastąpi mało widowiskowa konsolidacja.

Nadejście mniej ciekawych czasów jest jednak całkiem prawdopodobne, jeśli spojrzeć na wskaźniki zmienności notowań i nastrojów. Ustanowiły one w tym roku historyczne rekordy i należy założyć, że ich ekstrema wyznaczyły moment istotnego przesilenia. Rysująca się na nich od niedawna tendencja spadkowa zapowiada uspokojenie, choć nie przesądza o zakończeniu bessy. Można jednak przyjąć, że faza kaskadowych spadków dobiegła końca i zaczął się proces konsolidacji.

W takim kontekście najmniej prawdopodobne są scenariusze zakładające poruszanie się notowań w silnych trendach o dużym zasięgu. Mimo obawy przed testem jesiennego dołka, większe prawdopodobieństwo należy przypisać innym scenariuszom. Pierwszy z nich przewiduje odbicie i konsolidację na wyższym poziomie, drugi zaś po wspomnianym odbiciu zakłada powrót na obecne poziomy. Ponowny test minimum bessy byłby bardziej prawdopodobny właśnie jako pesymistyczna kontynuacja drugiego z tych scenariuszy.

Zwolennicy pozostania przy krajowych akcjach powinni dla bezpieczeństwa przyjąć na nowy rok założenie, że wszelkie wzrosty mają charakter korekcyjny, dopóki rynek nie udowodni, że jest inaczej. Warto obserwować położenie  WIG20 względem jego średniej z 200 sesji. Dopóki znajduje się on poniżej tej linii, a ona sama ma kierunek spadkowy, o długoterminowej hossie nie ma mowy. Taki stan rzeczy trwa już od ponad roku. Już tylko niecałe 40 sesji pozostaje do pobicia rekordu z lat 2000-01, kiedy indeks nie zamknął się nad nią przez 316 sesji. Musiałby on wzrosnąć teraz o blisko 40 proc., aby się z nią spotkać. Takie spotkanie w przyszłym roku jest niemal pewne. Biorąc pod uwagę stałe obniżanie się średniej, zasięg odbicia na GPW przed napotkaniem silniejszego oporu można szacować na 20-30 proc., jeśli nastąpi ono w pierwszej połowie roku. Gdyby doszło do takiego wyraźnego odreagowania, warto rozważyć transfer środków do funduszy zmiennej alokacji lub absolutnej stopy zwrotu, których zaczyna przybywać, gdyż wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach rynki akcji będą bardzo skąpo racjonować zyski.

Włodzimierz Uniszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Na hossę trzeba jeszcze poczekać