Na parkiecie emocje sięgają zenitu

Kamil Zatoński
opublikowano: 08-08-2011, 00:00

Analitycy nie mają dobrych informacji. Ostrzegają inwestorów przed łapaniem spadających noży.

Strach, panika, rezygnacja, a później nadzieja i chciwość — na warszawskiej giełdzie sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie

Analitycy nie mają dobrych informacji. Ostrzegają inwestorów przed łapaniem spadających noży.

Takie sesje jak w piątek to klasyka w czasie bessy. Już na początku handlu byki wywiesiły białą flagę i oddały pole bez walki. Kursy największych spółek pospadały o kilka procent, ale prawdziwy pogrom dotknął maluchy i średniaki. W rezultacie w połowie sesji relacja spółek taniejących do drożejących wynosiła aż 20 do 1. Jednocześnie ponad 30 spółek traciło na wartości po 10 i więcej procent. Po tym jak indeksy na Wall Street zaczęły dzień od zwyżek, inwestorzy skuszeni nadzieją na odbicie podciągnęli ceny także na GPW. WIG20 wyszedł nawet nad kreskę, ale nie na długo. Z akcjami największych spółek jest i tak stosunkowo nieźle. Największe straty ponoszą przede wszystkim właściciele najmniej płynnych walorów. Tam, gdzie obroty sięgają po kilka-kilkanaście tysięcy, sprzedaż nawet niewielkiego pakietu w takich warunkach, jak pod koniec ubiegłego tygodnia, to duże wyzwanie. Niestety, maklerzy nie mają tu dobrych podpowiedzi.

— Kupując akcje, trzeba mieć plan, jak z nich wyjść. To dość oczywiste, ale czasem inwestorzy brną w straty, niepotrzebnie się łudząc, że nadejdzie odbicie. Trzeba mieć albo mentalny poziom ceny, przy której trzeba pogodzić się ze stratą, albo ograniczać je automatycznie, ustawiając zlecenia stop loss — mówi Paweł Kubiak, makler DM BZ WBK.

— Trudno o dobrą radę dla tych, którzy jeszcze nie sprzedali akcji. Sporo spraw wciąż pozostaje niewyjaśnionych — chodzi o sytuację Hiszpanii, Włoch czy USA. Dlatego należy się raczej liczyć z dalszymi spadkami cen. Oczywiście mogą się zdarzyć jakieś próby odbicia, ale trzeba być wtedy ostrożnym, bo już nie raz takie krótkotrwałe zwyżki rozbudzały niepotrzebne nadzieje, a w rzeczywistości okazywały się pułapką — mówi Mirosław Saj, makler BM DnB Nord.

Analityk potwierdza, że wychodzenie z inwestycji w najmniej płynne spółki to dziś nie lada sztuka, a najpopularniejsze zlecenia z limitem ceny mogą przez długi czas nie doczekiwać się realizacji.

— Zamożniejsi klienci mogą składać zlecenia do dyspozycji maklera, wtedy jest duża szansa, że będą one bardziej efektywne. Trzeba też jednak zadawać sobie sprawę, że oznacza to automatycznie ochrony przed stratami — mówi Mirosław Saj.

Tymczasem straty rosną z każdą kolejną sesją i — zdaniem analityków — wiara w to, że spółki postrzegane jako dobre fundamentalnie, może się okazać złudna. Dla tych, którzy wciąż posiadają akcje, pocieszające mogą być jednak przykłady spółek, które od początku roku wlokły się w ogonie GPW. Akcje Yawalu, IZNS i Mediatela przez pierwsze siedem miesięcy roku przeceniono o około 60 proc. W piątek należały do nielicznych, których notowania rosły, choć akurat w tych trzech firmach na poprawę wyników trudno liczyć. To pokazuje, że dziś największą rolę na rynku odgrywają emocje.

— Kursy w wielu przypadkach oderwały się już dawno od fundamentów, ale to w tej chwili ma niewielkie znaczenie. Jeśli inwestować, to tylko spekulacyjnie, krótkoterminowo. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że można się sparzyć — mówi Mirosław Saj.

— Po poprzedniej bessie wiele spółek miało podstawy do odbicia. Inne zyskiwały jednak na deklaracjach zarządów, które — jak czas pokazał — okazały się puste. Wydaje mi się, że dzięki dodrukowaniu pieniędzy w USA rynki odbiły zbyt mocno w stosunku do skali poprawy w gospodarce światowej. Teraz niestety następuje bolesna weryfikacja — mówi Paweł Kubiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu