Napad jak w "Domu z papieru". "Ukradli tylko pieniądze, nie miłość"

  • Materiał partnera
opublikowano: 19-07-2019, 15:38

Dokonać spektakularnej kradzieży, nikogo nie skrzywdzić i do tego jeszcze uwieść tym czynem społeczeństwo - taki plan realizują bohaterowie serialu „Dom z papieru”, którego trzeci sezon jest już dostępny na platformie Netflix. Fabuła niezwykle popularnej produkcji jest kompletną fikcją, ale widać w niej sporo podobieństw do napadu na bank pod Buenos Aires w 2006 roku, określanego mianem „kradzieży stulecia".

- Musimy mieć opinię publiczną po swojej stronie. Ale jeśli po drodze ktoś ucierpi i zostanie przelana chociaż kropla krwi, ludzie nie będą na nas patrzeć jak na Robin Hoodów, a jak na bandę sukinsynów - mówi do swoich ludzi Profesor, mózg serialowego napadu na hiszpańską mennicę. Podobnymi słowami zwrócił się do wspólników Fernando „El Maestro” Araujo, organizator już zupełnie realnego napadu na bank Rio de Acassuso pod Buenos Aires. - Jeśli będziemy mieć ludzi po swojej stronie, zrobimy w kraju trochę pozytywnego szumu. Dlatego użyjemy zabawkowej broni i nie będzie żadnych ofiar - miał powiedzieć przed wejściem do banku. W całej operacji chodziło więc nie tylko o zdobycie pieniędzy, ale też popularności. 

Ten cel udało się zrealizować, bo 13 stycznia 2006 roku wydarzenia rozgrywające się w Banco Rio pokazywały wszystkie media w Argentynie. Z tym, że nie do końca wiedziały, co relacjonują. Cała operacja wyglądała bardziej na porwanie dla okupu. Uzbrojony w plastikowy pistolet „El Maestro” wiarygodnie odegrał rolę szaleńca zdolnego do zabicia zakładników, podczas gdy jego negocjacje z policją miały tylko jeden cel - zdobycie czasu na przetrząśnięcie 147 skrzynek depozytowych. Od czasu krachu finansowego w 2001, wielu Argentyńczyków właśnie w ten sposób zaczęło przechowywać swój majątek, w tym biżuterię czy drogie zegarki. 

Negocjacje trwały pięć godzin. W tym czasie napastnicy zamawiali 23 zakładnikom pizzę i napoje, zaśpiewali „100 lat” obchodzącej urodziny prawniczce, pozwalali też dzwonić do swoich rodzin. W ten sposób załatwili sobie dodatkową widownię. Pod bankiem gromadził się coraz większy tłum, co skutecznie odsuwało w czasie bezpośrednią interwencję policji. 

Gdy napastnicy przez ponad godzinę nie odpowiadali na wezwania służb mundurowych, oddział specjalny wszedł do banku. Jedynym śladem po bandytach był już wtedy napis na ścianie: „Ukradliśmy tylko pieniądze, nie miłość”. Zdezorientowani policjanci podejrzewali, że napastnicy wmieszali się w tłum zakładników i dość agresywnie potraktowali wystraszony personel. „Przestępcy traktowali nas lepiej niż policja!” - żalili się później w mediach zakładnicy. 

Tymczasem Araujo i jego ekipa uciekli tunelem prowadzącym do systemu kanalizacji burzowej. Tam czekał na nich wspólnik, który łodzią dowiózł ich do czekającej w pobliżu ciężarówki. Autorzy „napadu stulecia” uciekli z łupem wartym według różnych źródeł od 8 do 15 mln dolarów. Dokładną sumę trudno określić, ponieważ właściciele depozytów nie deklarują ich wartości. 

Kluczem do powodzenia planu Araujo był tunel łączący system kanalizacji z piwnicą banku. Wykopanie go zajęło półtora roku. Wejście do niego udało się ukryć odpowiednio ustawiając meble, stąd podejrzenia policji, że w organizacji napadu mógł uczestniczyć pracownik banku. Sam tunel oznaczony był specjalną farbą, widoczną tylko przez noktowizory. Tak piątka rabusiów utorowała sobie drogę do wygodnej emerytury w Brazylii i na Karaibach. 

Nie cieszyli się nią jednak zbyt długo. Policji udało się ustalić tożsamość Araujo, dzięki… jego żonie. Zeznała ona, że słyszała o planach napadu i ucieczki. W lutym 2010 roku ruszył proces, a na ławie oskarżonych obok „El Maestro” zasiedli 56-letni Ruben de la Torre, 40-letni Sebastian Garcia Bolster i 51-letni Julian Zalloecheverria, do których później dołączył Mario Luis Vitette Sellanes. W toku sprawy przesłuchano ok. 600 świadków i przeanalizowano ponad 200 dowodów, w tym odciski palców, zdjęcia, nagrania wideo i rozmowy telefoniczne. Wyroki nie były zbyt surowe, bo kwalifikacje czynu zmienił fakt, że napastnicy nie byli uzbrojeni w broń palną. Ze skradzionych kosztowności odzyskano jednak tylko ok. miliona dolarów.

Jak okazało się w trakcie procesu, za jednym z najbardziej kreatywnych i spektakularnych napadów w historii nie stał żaden geniusz zbrodni, tylko kontestujący artysta. 44-letni Araujo nie miał żadnej kryminalnej przeszłości. Zajmował się głównie malarstwem, nauką jiu-jitsu i paleniem marihuany. Nosił długą brodę, łaził zawsze w brudnych ciuchach i wyglądał raczej na podstarzałego hipisa wkurzonego na społeczną niesprawiedliwość. - Czasami się zastanawiam, jak taka osoba jak ja, studiująca na uniwersytecie i pochodząca z dobrego domu, pozwoliła się zepchnąć na margines - mówił w rozmowie z „El Pais”. 

Dziś wciąż oddaje się swoim ulubionym zajęciom. Uczy jiu-jitsu, gra w szachy, pasjonuje się astronomią, maluje i pali marihuanę. Nie wrócił do przestępczej działalności, planuje za to napisać scenariusz filmu opowiadającego o napadzie na bank. – Tylko idea powstania świata wzbudza we mnie tyle emocji, co idea tego napadu. Czuję to w całym ciele – zwierzał się argentyńskim mediom.

Autor: Krzysztof Girgiel

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MATERIAŁ PARTNERA

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu